Słucham i rozpoznaję to u siebie. Przy medytacji mam dokładnie tak samo, ta sama lista. Ale mam pytanie: czy to w takim razie w ogóle jest problem z sposóbm, czy może chodzi o coś, czego żadne sposób samo z siebie nie naprawi?
To, co Mystica opisuje z powracaniem dyskomfortu, to jest coś, co znam aż za dobrze. Zmieniałam afirmacje, zmieniałam pory dnia, zmieniałam sposób zapisywania. I dyskomfort wracał mniej więcej w tym samym miejscu. Dopiero niedawno mi do głowy przyszło, że może problem nie jest w żadnej z tych zmiennych.
Słucham was i myślę, że gdzieś zgubiłam wątek. Zaczęłyśmy od afirmacji i perfekcjonizmu, a teraz rozmawiamy chyba o tym, jak w ogóle podchodzić do samorozwoju. Czy to jest ta sama rozmowa, czy gdzieś zboczyłyśmy?
Ale to, co mówi Idzik, trochę mnie niepokoi. Jeśli logika jest niezależna od techniki, to czy w ogóle coś można zrobić samymi afirmacjami? Czy raczej to jest coś, co wymaga czegoś zupełnie innego?
Wychodzi na to, że ja przez długi czas myślałam, że jeśli afirmacje działają, to muszę to czuć od razu. I to właśnie było to. Nie sam tekst afirmacji, nie ich treść, tylko to oczekiwanie że mam dowód w tej samej sesji.
A skąd w ogóle bierze się to przekonanie, że dobra praktyka musi być od razu odczuwalna? Czytałam gdzieś, że powtarzanie ma działać stopniowo i na poziomie nieświadomym. Czy to jest tak, że sami sobie ustawiamy poprzeczkę, której nie ma w żadnym opisie tej metody?
Zastanawiam się, czy to, o czym mówi Idzik, nie jest właśnie trudne do zobaczenia u siebie. Bo żeby zauważyć że reaguję inaczej niż kilka miesięcy temu, muszę dobrze pamiętać jak reagowałam wcześniej. A ja tego zwykle nie pamiętam tak dokładnie.
Jedna linijka to brzmi wykonalnie. Ale mam pytanie do Mystica albo Laurencji, bo jestem ciekawa czy to nie jest też forma kontroli, tylko bardziej ukryta. Zamiast oceniać sesję oceniam siebie przez notatke. Czy to się różni?
To, co Mystica opisuje z niechęcią, bardzo mi pasuje do tego jak rozumiem cały wątek. Perfekcjonizm w afirmacjach to nie jest kwestia tego, ile czasu na nie poświęcasz ani czy robisz to z pełną uwagą. To widać właśnie w emocji przed. Czy siadasz do tego z obciążeniem, czy bez.
A jak to jest, jak ktoś w ogóle nie czuje ani niechęci ani nic konkretnego przed afirmacjami, po prostu jest mu obojętnie? To znaczy, że nie ma tego perfekcjonizmu, czy że jest tak głęboko, że już go nie czuć?
Ja miałam dokładnie to samo z powtarzaniem. Przekonanie że jak przeczytam cztery razy to zadziała mocniej niż dwa razy. I potem zaczęłam się zastanawiać czy pięć nie byłoby lepsze. To jest ta pętla, na której można utknąć na długo.
To, co Storczyk opisuje, to właśnie to co próbowałam napisać na początku wątku. Perfekcjonizm w afirmacjach potrafi się przenosić z jednego parametru na inny. Przestajesz liczyć powtórzenia, zaczynasz pilnować godziny. Przestajesz pilnować godziny, zaczynasz oceniać nastrój w którym to robisz. Jakby przymus szukał sobie nowego miejsca.
Ale to jest trochę przytłaczające co piszesz. Jak można w ogóle pracować z afirmacjami jeśli każde pilnowanie czegokolwiek staje sie potencjalnym przymusem? Granica wydaje mi sie niewykrywalna.
Ja mam pytanie z innej strony. Zakładam że robię afirmacje bez żadnego przymusu, spokojnie, nieregularnie, bez liczenia. Ale efekty są małe albo nie wiem czy są. To jak odróżnić zdrowe podejście od zwykłego braku zaangażowania?
To porównanie z innymi to chyba osobny temat, który wchodzi w ten wątek. Jak czytam że ktoś robi codziennie od roku to od razu czuję że moje trzy razy w tygodniu są niewystarczające. I to nie jest mój przymus wewnętrzny tylko zewnętrzny. Czy on działa tak samo?
