Trzy oddechy to brzmi prosto, ale teraz myślę, że i tak bym je zrobiła 'poprawnie'. Liczyłabym, czy są dość głębokie, czy przepona pracuje. To jest właśnie ten mechanizm, o którym tu mówimy, nie? Nawet technika relaksacyjna zamienia się w sprawdzian.
właśnie. I to jest moment, w którym warto sobie powiedzieć wprost: perfekcjonizm nie potrzebuje trudnego zadania. Wystarczy mu każde zadanie, żeby zacząć je oceniać. Trzy oddechy, afirmacja, notatka po, minuta ciszy - wszystko może stać się testem. Pytanie nie dotyczy techniki, tylko tego, co robisz z oceną, kiedy się pojawi. Czy ją widzisz i odkładasz, czy zaczynasz od niej zależeć?
A co jeśli nie widzę jej wyraźnie? Mam takie wrażenie, że ocena u mnie jest bardzo cicha, nie krzyczy 'źle zrobiłaś', tylko mówi coś w stylu 'mhm, niezbyt'. I przez to przez długi czas myślałam, że w ogóle nie mam perfekcjonizmu, bo nie jestem wymagająca i głośna wobec siebie.
U mnie dokładnie tak samo z tym 'nigdy do końca'. I teraz zastanawiam się, czy afirmacje nie wpadają w ten sam schemat właśnie dlatego, że nie ma wyraźnego końca praktyki. Kiedy wiesz, że skończyłaś na dziś? Bo ja zawsze mam poczucie, że mogłam powtórzyć jeszcze raz, z większym przekonaniem.
Mnie to przypomina coś z pracy z notatkami. Też zaczęłam zostawiać puste miejsce na końcu strony, żeby nie dopisywać w nieskończoność. Fizyczny koniec przestrzeni działał jak umowa z sobą. Może coś podobnego z afirmacjami, zapisać je odręcznie tyle razy, ile ustaliłaś, i zostawić resztę kartki pustą?
Mnie właśnie to uderzyło w tej rozmowie, że wszystkie te techniki działają personalnie, a nie ma jednej, która pasuje do perfekcjonizmu w ogóle. Ale to trochę frustrujące, bo jak mam wiedzieć, co dla mnie zadziała, skoro żebym to sprawdziła, muszę to przetestować, a testowanie samo w sobie staje się kolejnym zadaniem do oceniania?
To 'obserwuję co się dzieje' brzmi dla mnie jak coś, co powinnam sobie zapisać i powiesić nad biurkiem. Bo mój domyślny tryb to właśnie 'sprawdzam czy działa', i to po każdym razie z osobna. Dzięki za to rozróżnienie, naprawdę mi coś kliknęło.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i chcę zapytać o coś prostszego. Mówicie o perfekcjonizmie podczas afirmacji, ale czy to się dzieje też u osób, które nie uważają się za perfekcjonistki? Bo ja w życiu zawodowym nigdy się w taki sposób nie określałam, a tu czytam opis za opisem i wszystko do mnie pasuje.
To, co napisała Krysia_58, jest bardzo znajome. Im więcej czytam o afirmacjach, tym mam więcej kryteriów do spełnienia i paradoksalnie jest mi trudniej zacząć. Na początku po prostu powtarzałam zdania, nie wiedząc, że istnieje 'właściwy' sposób. Teraz wiem o czasie teraźniejszym, o emocjach, o wierze, o wizualizacji i przez to każdy raz jest okazją do sprawdzenia, czy to wszystko spełniam. Wiedza mnie zablokowała.
Słucham tej rozmowy i przypominam sobie coś, co robiłam przy notatkach z tarota. Zaczęłam od bardzo szczegółowych zapisków i doszłam do momentu, gdzie nie mogłam postawić karty bez notatnika. Dopiero kiedy celowo zostawiłam go w domu przez tydzień, zobaczyłam, co naprawdę zostało ze wszystkich tych zasad. Może podobnie z afirmacjami: zrezygnować z całej listy na jakiś czas i zobaczyć, co zostaje?
To 'co zostało' kontra 'co straciłam' to jest bardzo konkretna zmiana w języku. Zastanawiam się, czy afirmacje w ogóle mogłyby tak działać, żeby pytać siebie 'co z tego zostało we mnie', a nie 'czy zrobiłam je dobrze'. Ale nawet to teraz słyszę jako kolejną wskazówkę, którą zaraz zaczę sprawdzać, czy stosuję właściwie.
i to jest bardzo ważne spostrzeżenie, które warto zatrzymać. Widzisz moment, w którym nowe sposób jest przejmowane przez stary mechanizm. To samo w sobie jest dużym krokiem, bo większość ludzi w tej pętli nie widzi wejścia, tylko kręci się dalej. Pytanie, czy samo widzenie tej chwili daje ci jakiekolwiek oparcie, czy też od razu staje się kolejną rzeczą do oceniania?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że my tu wszyscy rozmawiamy o perfekcjonizmie, ale jednocześnie bardzo perfekcjonistycznie staramy się go zrozumieć i rozebrać na czynniki pierwsze. To może być trochę absurdalne, ale też mam pytanie: czy samo rozmawianie o tym nie jest innym wyjściem z tej pętli, czy tylko ją przedłuża?
Mnie ta rozmowa dała przede wszystkim to, że zaczęłam inaczej patrzeć na moment, kiedy przerywam afirmacje. Wcześniej myślałam, że to słabość albo brak dyscypliny. Teraz widzę, że często przerywam właśnie dlatego, że zrobiłam je 'niewystarczająco' i zamiast kontynuować niedoskonale, po prostu odpuszczam. To nie jest lenistwo, to jest ucieczka przed oceną. I nie wiem, co z tym zrobić, ale przynajmniej wiem, co to jest.
Słucham tego i myślę, że mam inny problem niż większość tutaj. Ja nie przerywam przez ocenianie, ja w ogóle nie zaczynam, bo czekam na właściwy moment. Jak się czuję lepiej, to myślę: teraz nie ma sensu, bo i tak jest dobrze. Jak się czuję gorzej, to myślę: teraz nie ma sensu, bo jestem w złym nastroju. Czy to też jest forma perfekcjonizmu? Czy to coś innego?
Mam pytanie do Laurencji i Mystici. Mówicie, że afirmacje działają lepiej w momencie oporu, bo mózg dostaje sprzeczną informację. Ale czy nie ma tu ryzyka, że jeśli ktoś jest w naprawdę złym miejscu i powtarza 'jestem spokojna, wszystko jest dobrze', to ta sprzeczność zamiast pomóc, wzmacnia poczucie, że kłamie? Sama tak miałam i przestałam to robić.
ja próbowałam tej wersji z 'uczę się' przez jakiś czas i dla mnie rzeczywiście coś zmieniło, ale nie wiem, czy to była afirmacja, czy po prostu to, że przestałam czuć się kłamcą. Ciężko mi rozdzielić, co tu zadziałało.
Wracam do czegoś, co powiedziała wcześniej Oksanka64, tej pauzy bez notatnika. Zastanawiam się, czy afirmacje można zrobić tym samym: celowo zrobić je gorzej niż zwykle, skrócić, powiedzieć tylko jedno zdanie zamiast pięciu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Czy ktoś próbował czegoś takiego? Nie jako sabotaż, tylko jako test granicy?
A ja mam może głupie pytanie, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Wszyscy tutaj mówią o perfekcjonizmie przy afirmacjach, ale jak w ogóle wiadomo że się ma perfekcjonizm, a nie po prostu chęć robienia czegoś dobrze? Czym to się różni na co dzień, bo dla mnie to zdaje sie to samo.
Słucham tej rozmowy o miernikach i myślę, że dotknęłyście czegoś, co u mnie działa tak: zanim jeszcze skończyłam afirmację, byłam już w głowie w miejscu, gdzie sprawdzam, czy 'coś poczułam'. I to sprawdzanie było ważniejsze niż sama afirmacja. Jakbym robiła ją tylko po to, żeby móc zrobić ten sprawdzian. Czy ktoś miał podobnie?
ja miałam dokładnie tak. Nawet zdarzało mi się powtarzać afirmację drugi raz, bo pierwsza 'nie była dość szczera'. Jakby była jakaś poprzeczka szczerości, którą trzeba przekroczyć, żeby się liczyła.
Mam pytanie, które może być głupie, ale po tej rozmowie mi się kręci w głowie. Jeśli perfekcjonizm przy afirmacjach wynika z nawyku samooceny, to czy same afirmacje mogą ten nawyk zmienić, czy raczej trzeba go zmienić, żeby afirmacje zaczęły działać? Bo mi to wychodzi na kółko bez wejścia.
To, co Krysia_58 mówi o spontaniczności, bardzo mi coś uświadamia. Może problem z afirmacjami jest też taki, że je rytualizujemy, robimy z nich Ważną Praktykę z dużą literą, i przez to wejście w nie staje się ciężkie jak wejście na egzamin. Jak po prostu powiem sobie jedno zdanie jadąc po zakupy, to nie ma czego oceniać.
ale czy to nadal jest afirmacja, jeśli jest bez intencji i bez skupienia? Bo mi się wydaje, że samo zdanie to jeszcze nie afirmacja, to jest zdanie. Pytam szczerze, bo nie wiem gdzie jest granica.
To, co Idzik napisał o intencji, jest dla mnie nowe. Zawsze myślałam, że afirmacja 'liczy się' tylko wtedy, kiedy siadam specjalnie po to, żeby ją zrobić. Że musi być wydzielony czas, wydzielone miejsce. Może właśnie to jest źródło tego całego napięcia u mnie.
Właśnie to chciałam powiedzieć wcześniej, może niezbyt wprost. Rytuał z założenia powinien pomagać, ale jak staje się ciężki, to paradoksalnie wchodzi w drogę. I zastanawiam się, czy my tu rozmawiamy o perfekcjonizmie w afirmacjach, czy o perfekcjonizmie w samym podejściu do samorozwoju. Bo mi się wydaje, że to drugie jest starsze i głębsze.
to ciekawe rozróżnienie. Perfekcjonizm w samorozwoju jako taki. Jak to u ciebie wygląda w praktyce, tzn. skąd wiesz, że to jest właśnie to drugie, głębsze, a nie po prostu trudność z konkretną metodą?
