Zastanawiam się, czy w tej dyskusji nie mieszamy dwóch różnych sytuacji. Jedno to rodzic, który chce wspierać dziecko ogólnie. Drugie to rodzic, który widzi konkretny problem i próbuje go afirmacjami 'naprawić'. W pierwszym przypadku trudno mówić o szkodzie, w drugim Barni ma rację - to już nie jest teren amatorski.
To rozróżnienie Michasi bardzo mi pomogło poukładać, o czym właściwie pytałam na początku. Ja jestem zdecydowanie w tej pierwszej sytuacji - nie mam córki z problemem, chcę ją wspierać. Ale teraz zastanawiam się, czy nie skończymy w tej drugiej, jak zaczniemy obserwować efekty i dostosowywać. Czy to w ogóle realne ryzyko?
To, o czym Agnisia.pl pisze, to chyba naturalna droga każdego rodzica który cokolwiek świadomie stosuje. Zaczynasz od ogólnego wsparcia, potem widzisz, że coś nie gra, i zaczynasz celować. Pytanie, czy jest jakiś sygnał ostrzegawczy, który mówi: tu powinieneś się zatrzymać i poszukać kogoś z zewnątrz?
Wracając do początku tej dyskusji - padło kiedyś pytanie od kogo właściwie powinno wychodzić. Od rodzica czy od dziecka. Im dalej czytam, tym bardziej myślę, że ta odpowiedź jest kluczowa dla wszystkiego, co tu powiedzieliśmy. Bo jeśli od dziecka, to większość problemów z kontrolą, mechanicznością i celowaniem w konkretny problem znika sama.
To chyba dobry moment żeby zapytać Agnisię.pl - czy jej córka sama wraca do tych afirmacji poza wieczornym rytuałem? Czy pojawia się w ciągu dnia, przy jakiejś sytuacji, czy tylko jako część usypiania? To by wiele powiedziało o tym, co dla niej znaczą.
To pytanie Nokturni_J mnie zaskoczyło, bo nigdy tak o tym nie myślałam. Ale jak zaczynam się zastanawiać... tak, wraca. Kilka razy usłyszałam od niej coś w stylu 'mamo, jestem odważna' przy jakimś trudnym momencie w ciągu dnia. Raz przed dentystą, raz kiedy bała się powiedzieć coś koleżance. Nie wiem czy to 'moja' afirmacja czy coś, co po prostu weszło jej do głowy jako zdanie, które pomaga. Chyba nie umiałam do tej pory tego rozróżnić.
To, co opisujesz, brzmi dla mnie jak dobry znak. Afirmacja, która pojawia się sama, bez inicjatywy rodzica, przy konkretnej sytuacji - to jest właśnie ten moment, kiedy przestaje być recytowaniem, a zaczyna być czymś własnym. Zastanawiam się tylko, czy ona świadomie pamięta, że to 'ta wieczorna rzecz' czy dla niej to po prostu... zdanie, które ma.
To, co mówi Paradoxa, to de facto argument, że afirmacja sama w sobie nie wystarczy - musi być zakorzeniona w czymś prawdziwym. Trochę jak z pewością siebie: nie buduje się jej mówieniem 'jestem pewna siebie', tylko małymi sukcesami. Afirmacja może co najwyżej towarzyszyć temu procesowi. Czy to jest jednak argument przeciwko afirmacjom dla dzieci, czy tylko argument za tym, żeby nie traktować ich jako jedynej metody?
Właśnie ta nierozstrzygalność jest tu kluczowa. Nie mamy jak oddzielić afirmacji od kontekstu, w którym ją stosujemy. I dlatego wszystkie twierdzenia o skuteczności afirmacji dla dzieci są w najlepszym razie obserwacjami, nie dowodami. Co nie znaczy, że to nie działa - po prostu nie wiemy, co dokładnie działa.
Ale kołysanki nie mają za cel zmiany przekonań o sobie. To chyba jednak inna kategoria. Nie mówię że afirmacje są złe, po prostu wydaje mi się, że to porównanie trochę upraszcza.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wracamy do pytania, od którego zaczęłam - czyli od kiedy. I chyba rozumiem teraz, że to pytanie jest źle postawione. Nie chodzi o wiek jako liczbę, tylko o to, czy dziecko ma już doświadczenia, które afirmacja może 'opisać'. Dobrze to rozumiem?
Tak, i to jest dobre podsumowanie całej tej rozmowy. Choć dodałabym jeden warunek: żeby dziecko miało też zdolność do odniesienia słów do siebie - czyli jakieś podstawy poczucia 'ja'. To pojawia się stopniowo i nie ma sztywnej cezury wiekowej, ale raczej rzadko jest spełnione przed czwartym rokiem życia. Potem to już bardzo zależy od dziecka.
I tu dochodzimy do czegoś, co mnie od początku tej rozmowy trochę uwiera. Cały wątek zakłada, że rodzic podejmuje decyzję o afirmacjach dla dziecka. Ale kto pyta dziecko, czy chce? U dorosłych afirmacje działają między innymi dlatego, że są intencjonalne - człowiek świadomie wybiera, że chce coś zmienić. Przy dziecku ta intencja leży po stronie rodzica, nie dziecka.
Myślę, że za dużo tu szukamy gwarancji. Afirmacje dla dzieci nie są jakimś eksperymentem - to po prostu pozytywny komunikat. Każda mama, która mówi dziecku 'dasz radę' albo 'jesteś dzielna', już stosuje zasadę afirmacji, tylko tego nie nazywa. Formalizowanie tego w rytuał to kwestia wyboru, nie konieczności.
Słucham i zaczynam rozumieć, że może zamiast szukać idealnego wieku, powinnam się zastanowić, co chcę osiągnąć. Bo jeśli chcę, żeby córka czuła się bezpieczna - to może to nie jest w ogóle zadanie dla afirmacji, tylko dla czegoś innego. A afirmacje wchodzą wtedy, kiedy dziecko samo zaczyna mieć jakiś wewnętrzny dialog ze sobą.
To, co napisała Agnisia.pl, jest chyba jedną z lepszych konkluzji w tym wątku. Pytanie 'czego szukam' jest ważniejsze niż 'od kiedy'. I właściwie otwiera kolejne pytanie - jak poznać, że dziecko ma ten wewnętrzny dialog? Czy to coś, co widać z zewnątrz?
Wracam do wątku o rytuale, bo mam wrażenie, że go urwałyśmy. Czy ktoś próbował w praktyce czegoś innego niż wieczorne powtarzanie zdań? Sama zastanawiam się, czy rysowanie albo ruch mógłby być lepszym nośnikiem dla małego dziecka niż mówione słowa.
To zmienia całe pytanie z 'od kiedy afirmacje' na 'w jakiej formie'. Bo może małe dziecko jest w stanie pracować z afirmacją, tylko nie przez słowa. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób i teraz jestem bardziej ciekawa niż na początku tego wątku.
To, co napisała Michasia, trochę mnie zaskoczyło - bo ja zakładałam, że to ja sama powinienem obserwować córkę i dojść do wniosku, kiedy czas. A teraz wychodzi, że może w ogóle nie ma 'czasu na afirmacje', jest tylko 'forma odpowiednia dla tej osoby w tej chwili'. Czy dobrze to rozumiem? Bo to by zmieniało moje pierwotne pytanie kompletnie.
Rozumiesz to dobrze. I dobrze, że to czujesz, bo to jest właśnie ta zmiana w myśleniu, która sprawia, że to przestaje być technika, a staje się relacja. Tylko zadam ci jedno pytanie: co konkretnie chcesz, żeby córka po takim działaniu czuła albo robiła inaczej? Bo to zawęzi odpowiedź na pytanie o formę.
to akurat brzmi jak coś, gdzie afirmacja werbalna może być za ciężka. Lęk przed nowym to często reakcja z ciała, nie z myśli. Dlatego ciekawa jestem, czy próbowałaś czegoś, co angażuje ruch albo rytuał przestrzenny, nie słowny. Na przykład jakiś gest, który córka robi przed trudną sytuacją?
Ale czy to jest problem? Mam na myśli - jeśli dziecko robi coś, co mu pomaga, to czy musi wiedzieć dlaczego? Moja kuzynka robi z synem przed wyjściem do przedszkola coś, co oni nazywają 'ładowaniem baterii' - ściskają razem pięść i mówią 'gotowy'. On ma cztery lata i kompletnie nie wie, że to jakakolwiek technika. A działa.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy my tu w ogóle mówimy o tym samym, co pytała Agnisia.pl na początku. Bo zaczęło się od wieku, a teraz rozmawiamy o gestach, rytuałach i metapoznaniu. Czy ktoś ma jakiś bardziej konkretny punkt, od którego można zacząć? Nie teorię, tylko działanie.
I chyba dlatego model 'stopniowej afirmacji' ma sens - zaczynasz nie od 'jestem świetna', tylko od 'mogę spróbować'. To bliżej prawdy dziecka i mniej koliduje z tym, co realnie czuje. Czy ktoś z was stosował to w praktyce? Bo to brzmi logicznie, ale ciekaw jestem, jak to wygląda konkretnie.
Dodam jeszcze jedną rzecz, bo mi to chodzi po głowie od kilku postów. Rozmawiamy tu cały czas o tym, co rodzic robi z dzieckiem. A co z tym, że dziecko słyszy, jak rodzic mówi o sobie? Jeśli mama mówi przy dziecku 'jestem beznadziejna w gotowaniu', to żadna wieczorna afirmacja tego nie zasłoni. Może to jest ważniejszy wątek niż sam wiek.
A czy to znaczy, że rodzic, który sam pracuje z afirmacjami, automatycznie robi coś dobrego dla dziecka? Nawet jeśli nie angażuje go bezpośrednio?
Dobra, ale wróćmy do pytania Agnisii - ona pyta konkretnie o lęk dziecka przed nowym. Mamy już dużo teorii, ale czy ktoś ma jakiś przykład, co faktycznie pomogło w takiej sytuacji? Niekoniecznie afirmacja wprost.
