Chciałam zapytać o coś, co mnie ostatnio trapi. Słyszałam, że afirmacje pomagają zmienić myślenie o sobie, ale co jeśli człowiek jednocześnie czuje się winny za coś, co zrobił? Czy to w ogóle działa, kiedy w głowie cały czas kręci się myśl 'ale przecież tamto to była moja wina'? Sama próbowałam powtarzać coś w stylu 'jestem dobrym człowiekiem', ale czułam się przy tym jak hipokrytka. Czy ktoś miał podobnie?
To jest jedno z najczęstszych pytań, które przewija się w tematach o afirmacjach, i zarazem jedno z bardziej złożonych. Problem polega na tym, że afirmacja działająca wbrew aktualnemu przekonaniu wywołuje coś, co psychologowie nazywają dysonansem poznawczym. Twój umysł słyszy 'jestem dobrym człowiekiem' i natychmiast wysuwa kontrargument: 'ale tamto zrobiłaś'. To nie jest znak, że afirmacje nie działają. To znak, że zaczęłaś od zbyt dużego kroku. Zamiast mówić sobie coś, w co w tej chwili absolutnie nie wierzysz, lepiej zacząć od czegoś, co jest do przyjęcia dla twojego umysłu. Na przykład: 'uczę się rozumieć, co się wtedy stało' albo 'pozwalam sobie na stopniowe przebaczenie'. To nie jest słabsza afirmacja. To jest mądrzejsza afirmacja, bo umysł jej nie odrzuca od razu.
Mnie to bardzo uderza, bo sama przez to przechodziłam. Przez długi czas miałam wrażenie, że afirmacje o przebaczeniu sobie brzmią jak usprawiedliwianie się. Jakby powiedzenie 'zasługuję na wybaczenie' oznaczało 'to co zrobiłam było okej'. I to mnie blokowało bardziej niż sama wina. Dopiero kiedy oddzieliłam od siebie dwie rzeczy - że coś było błędem i że nadal mogę siebie lubić - cokolwiek ruszyło. Ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy to była zasługa afirmacji, czy po prostu czasu.
Moim zdaniem problem jest inny. Afirmacje działają tylko przy odpowiednim ustawieniu energetycznym, a poczucie winy to energetyczny ciężar, który blokuje przyjmowanie pozytywnych wibracji. Dopóki nie oczyści się pola wokół siebie, żadna afirmacja nie przeniknie głębiej. Najpierw oczyszczenie, potem afirmacje - w tej kolejności, nie odwrotnie.
Dokładnie o to chodzi - nie chodzi o wmówienie sobie, że nic złego się nie stało. To nie jest cel afirmacji o przebaczeniu. Celem jest oddzielenie oceny czynu od oceny własnej wartości jako człowieka. Mogłaś zrobić coś, co było złe, i jednocześnie być osobą, która zasługuje na to, żeby żyć dalej bez nieskończonej kary. Te dwa stwierdzenia nie wykluczają się. Afirmacja nie mówi 'to co zrobiłaś było dobre'. Mówi 'możesz przestać się karać w nieskończoność'.
Wchodzę w temat, bo jest tu coś, o czym jeszcze nikt nie powiedział. Pętla winy, o której jest ten wątek, ma swoją specyficzną dynamikę: wina generuje negatywną narrację o sobie, ta narracja blokuje afirmację, a nieskuteczna afirmacja utwierdza w przekonaniu, że 'nie zasługuję nawet na to, żeby to działało'. Widziałem to wiele razy. Problem nie leży w samej afirmacji - leży w tym, że osoba używa jej jako próby ucieczki od winy, zamiast jako narzędzia do pracy z winą. Różnica jest fundamentalna. Ucieczka nie działa. Praca - tak.
Przepraszam, że się wtrącę, ale mam pytanie do tego co napisał Augur08. Czy to znaczy, że jeśli ktoś nie jest gotowy na tę konfrontację, to afirmacje o przebaczeniu sobie po prostu nie mają sensu i lepiej ich w ogóle nie stosować? Czy mimo wszystko mogą coś robić, nawet jeśli człowiek jeszcze nie jest w tym miejscu?
Mam takie przemyślenie po tym wszystkim. Czytałem trochę o tym jak Księżyc w horoskopie wpływa na sposób przeżywania winy i samooskarżenia - Księżyc w Skorpionie albo affliktowany Saturn mogą bardzo nasilać tę tendencję do samo karania. Może warto sprawdzić, czy nie ma jakichś układów w natalu, które po prostu predysponują człowieka do tej pętli? Wtedy praca z afirmacjami byłaby świadoma tego kontekstu.
Wracając do tego, co powiedział Pustelnik na początku, o tych mniejszych krokach. W numerologii mamy podobną zasadę przy pracy z liczbą karmiczną - nie próbujesz od razu 'naprawić' całego wzorca, tylko pracujesz z jednym aspektem na raz. Afirmacje o przebaczeniu mogą działać podobnie: nie 'jestem wolna od winy', tylko 'pozwalam sobie zrozumieć jedną rzecz z tamtego czasu'. Małe zdania, które są prawdziwe już teraz, a nie dopiero w przyszłości.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mnie zatrzymało. Czy afirmacja o przebaczeniu sobie jest w ogóle możliwa, jeśli ktoś skrzywdzony przez nas jeszcze nam nie przebaczył? Bo mam takie poczucie, że to byłoby trochę... nieuczciwe wobec tej drugiej osoby.
Właśnie o tym mówiłam wcześniej w tym wątku. Długo myślałam, że przebaczenie sobie jest egoistyczne, dopóki ktoś mi nie powiedział: czyjej winy potrzebuje ta druga osoba, żebyś ty była lepsza? I to pytanie mnie zatrzymało. Bo moja wina nic jej nie dawała. Ona szła dalej, a ja kręciłam się w kółko.
To co celestyna napisała brzmi ważnie. Ale mam pytanie: jak afirmacje mają się do tego wszystkiego, co tu pada? Bo już trochę się pogubiłam. Zaczęłam ten wątek właśnie dlatego, że afirmacje mi nie działają, kiedy czuję winę. I teraz mam wrażenie, że zanim w ogóle zacznę powtarzać jakiekolwiek słowa, muszę przejść przez coś dużo trudniejszego. Czy to jest wniosek z tej rozmowy?
Tak, ale to nie jest zła wiadomość. Afirmacje nie są pierwszym krokiem, są częścią drogi, niekoniecznie jej początkiem. Jeśli rozumiesz już, że wina i ocena czynu to nie to samo co ocena siebie, to afirmacja 'mogłam popełnić błąd i nadal jestem osobą wartościową' nie jest kłamstwem. Jest stwierdzeniem, które możesz zacząć testować. To jest inaczej niż wchodzenie z afirmacją tam, gdzie jeszcze nie ma żadnego gruntu.
Ale jednak energia ma znaczenie przy tym wszystkim. Jeśli ktoś jest w środku ciężkiego stanu emocjonalnego, to żadna afirmacja nie przebije się przez tę blokadę. Najpierw trzeba podnieść wibracje ciała - ruch, oddech, cokolwiek co zmienia stan fizyczny. Dopiero potem słowa mają szansę dotrzeć.
Dobra, ale ile czasu realnie potrzeba, żeby te afirmacje o przebaczeniu sobie zaczęły działać? Pytam konkretnie, bo czytam ten wątek i mam wrażenie, że każda odpowiedź to kolejna warstwa 'najpierw to, potem tamto'. Rozumiem, że to nie jest magiczna pigułka, ale gdzieś musi być jakiś punkt gdzie widać efekt.
Właśnie. Czekanie aż uwierzysz zanim zaczniesz mówić to jest dokładnie ta pułapka, o której pisałem wcześniej. Afirmacja nie jest wyznaniem wiary. Jest propozycją, którą zaczynasz sprawdzać. Mówisz 'jestem osobą, która zasługuje na wybaczenie' nie dlatego, że to czujesz, ale dlatego że chcesz sprawdzić, czy to może być prawda. To jest różnica między kłamstwem a hipotezą.
Ja bym tu dorzucił, że ton głosu przy afirmacji ma ogromne znaczenie energetyczne. Kiedy mówisz coś z dołu, to wyślesz dokładnie taką samą energię w eter. Więc jeśli afirmacja brzmi jak pytanie, to może to nie jest najlepsze podejście, bo pytanie to wciąż wątpliwość.
To właśnie to. Dokładnie to zdanie. I zawsze jest w środku, nie na początku, tylko jak już jesteś w połowie, więc czujesz się jeszcze gorzej, bo nawet afirmacji nie skończyłaś. Czy to się zmienia z czasem, czy ten głos zostaje, tylko cichnie?
Z mojego doświadczenia: cichnie i traci autorytet. Nie znika całkowicie, przynajmniej nie szybko. Ale jest różnica między głosem, który cię zatrzymuje, a głosem, który słyszysz, mówisz 'tak, słyszę cię' i idziesz dalej. To drugie jest osiągalne dużo szybciej niż pełna cisza.
Wracając do pytania Jagienki: ten głos w środku afirmacji to jest chyba najbardziej wspólne doświadczenie w tym wątku. I nikt tu nie powiedział, że to znaczy, że afirmacja nie ma sensu. Wręcz przeciwnie. Może to jest jakiś punkt wyjścia do dalszego rozmawiania, bo ten moment przerwy coś ujawnia.
Czytam ten wątek od początku i mam takie proste pytanie: czy ktoś tu faktycznie wyszedł z tej pętli winy dzięki afirmacjom? Bo dużo tu teorii, ale nie widzę za bardzo osobistych przykładów, że to działa.
To znaczy, że nie poczujesz, kiedy to się zmienia? Że po prostu pewnego dnia patrzysz wstecz i widzisz, że już jest inaczej? Trochę dziwne, bo przez cały czas czekasz na jakiś sygnał.
Właśnie tak to zwykle działa. Zmiana w myśleniu nie ma daty ani wyraźnej granicy. To nie jest jak nastawienie kości, że słyszysz trzask i gotowe. Dlatego zresztą afirmacje są frustrujące dla kogoś, kto szuka momentu, w którym 'zadziałało'.
Mam pytanie do kogoś, kto przez to przeszedł. Czy w pewnym momencie zaczęłyście wierzyć w to, co mówicie? Bo ja wciąż mam wrażenie, że powtarzam coś, co brzmi jak kłamstwo, i nie wiem, czy to kiedykolwiek przestanie tak brzmieć.
A ja się zastanawiam, czy nie za bardzo komplikujemy temat. Może zamiast kombinować z formą, wystarczy po prostu zacząć mówić i nie przerywać, cokolwiek się czuje w środku. Opór też mija, jak się przez niego przejdzie kilka razy.
To jak w ogóle wybrać tę właściwą? Pytam serio, bo jak szukam afirmacji w internecie, to są albo bardzo ogólne, albo bardzo górnolotne i żadna nie pasuje do tego, co czuję.
A co czujesz? Nie musisz tu opisywać całej sytuacji, ale jeśli powiesz, czy to bardziej wstyd, żal, złość na siebie czy coś jeszcze innego, to łatwiej powiedzieć, od której strony zacząć. Bo afirmacja na wstyd wygląda inaczej niż afirmacja na złość.
