Zaczęłam kilka tygodni temu regularnie powtarzać afirmacje i zastanawiam się, czy nie przesadzam z ilością. Mam teraz listę chyba 15 różnych zdań, które powtarzam rano i wieczorem. Czy to nie za dużo? Gdzieś czytałam, że lepiej skupić się na kilku, ale nie wiem skąd ta zasada pochodzi i czy jest w tym jakaś logika.
To zależy od tego, jak je powtarzasz. 15 afirmacji mechanicznie przelecianych w pięć minut to nie to samo co trzy powtarzane z pełną uwagą i czuciem. Większość ludzi, kiedy robi długie listy, zaczyna je traktować jak obowiązek do odhaczenia, i wtedy efekt jest żaden, a czasem nawet odwrotny, bo buduje się wewnętrzny opór.
Jedno i drugie pomaga, ale to nie jest tak, że musisz mieć gotowy film w głowie przy każdym zdaniu. Chodzi raczej o to, żeby w momencie powtarzania nie myśleć o zakupach ani nie patrzeć w telefon. To brzmi prosto, ale wiele osób tego nie robi. Sama zresztą pytam siebie czasem: czy ja to czuję, czy tylko recytuję?
A ja mam pytanie w drugą stronę, bo słyszałam, że im więcej powtórzeń dziennie, tym szybciej afirmacje zaczynają działać. Że chodzi o 'przebicie się' przez te stare przekonania. To prawda czy nie?
Z mojego doświadczenia wynika, że za długa lista to też problem z koncentracją energii. Jak rozkładasz intencję na 15 tematów jednocześnie, to żaden z nich nie dostaje pełnego ładunku. Podobnie zresztą jest w numerologii, gdzie zbyt wiele kierunków aktywowanych naraz daje chaos zamiast wyraźnej zmiany.
Jest jeszcze kwestia, o której mało kto mówi, a mianowicie sprzeczność między afirmacjami. Jeśli masz jednocześnie 'zasługuję na odpoczynek' i 'jestem pracowita i skuteczna', to na poziomie przekonań to może działać jak krótkie spięcie, szczególnie jeśli ktoś ma głęboko zakorzenioną narrację, że odpoczynek jest lenistwem.
Słyszałam od kogoś, kto prowadzi warsztaty z afirmacji, że optymalna liczba to trzy do pięciu, bo tyle mózg jest w stanie naprawdę przetworzyć jako 'nowe'. Więcej to już szum. Ale nie wiem, czy to ma jakieś solidne podstawy, czy to po prostu jego metodologia.
Zaszkodzić w dosłownym sensie raczej nie, ale jest jedna pułapka: jeśli regularnie powtarzasz coś, w co absolutnie nie wierzysz i czujesz przy tym silny sprzeciw wewnętrzny, to możesz wzmacniać ten sprzeciw zamiast afirmacji. To nie jest efekt 15 afirmacji jako takich, tylko efekt złego dopasowania treści do miejsca, w którym teraz jesteś.
Mi sie wydaje ze dużo zalezy też od pory dnia. Rano jak sie budze mam inne zasoby uwagi niż wieczór kiedy juz jestem zmęczona. Nie raz powtarzałam afirmacje na autopilocie wieczorem i nic z tego nie wynikało. Może warto oddzielić te poranne od wieczornych pod względem treści a nie tylko pory?
Przepraszam że się wtrącę, ale mam podstawowe pytanie: czy afirmacje trzeba zawsze powtarzać na głos czy cicho w myślach też działa? Zastanawiam się, bo nie zawsze mam możliwość mówić na głos.
To wróćmy do tego, co mnie najbardziej interesuje, bo nadal nie mam odpowiedzi. Skoro jakość jest ważniejsza od ilości, to ile czasu w ciągu dnia powinno się poświęcać na tę 'jakościową' pracę? Bo jeśli mam trzy afirmacje i każdej poświęcam naprawdę uwagę, to czy to ma być 5 minut, 20, godzina?
A co z tym, co mówiła wcześniej Eugenka o tym sprzeciwie wewnętrznym? Mnie to naprawdę niepokoi, bo jak mam afirmację na spokój, a w środku mi się gotuje, to mam ją w ogóle pomijać tego dnia?
Nie pomijać, ale może zmienić formę. Zamiast 'jestem spokojna', spróbuj 'uczę się spokoju' albo 'mogę być spokojna'. Mózg mniej się buntuje na zdania, które nie brzmią jak oczywista nieprawda. Trochę łagodniejsza wersja tej samej intencji.
To co mówi Klimcia wydaje mi się bardzo ważne i niedoceniane. Miałam koleżankę, która przez wiele miesięcy powtarzała afirmacje dotyczące pieniędzy i za każdym razem kończyło się płaczem. Nikt jej nie powiedział, że to może znak, żeby sięgnąć głębiej, a nie powtarzać jeszcze głośniej.
Mam pytanie, bo czytam ten wątek od początku i nadal mi coś umyka. Czy w ogóle jest jakiś znak, po którym można poznać, że dana afirmacja już zadziałała i można ją odpuścić? Bo boję się, że przerwę za wcześnie.
Ojej, to ciekawe. Czyli cel to trochę sprawić, żeby afirmacja stała się nudna?
Można to tak ująć i to mi się podoba jako metafora. Kiedy stwierdzenie staje się dla ciebie tak oczywiste jak 'mam dwie ręce', przestajesz go potrzebować jako afirmacji. Wtedy możesz przejść do kolejnego obszaru albo po prostu skończyć. Nie każda praktyka musi trwać wiecznie.
A jak w ogóle to sprawdzić, czy to już 'wchodzi', czy tylko się przyzwyczajam? Czy jest jakiś sposób żeby to odróżnić u siebie, nie mając dużego doświadczenia z afirmacjami?
Dla mnie zawsze był sygnałem moment, kiedy zaczęłam łapać siebie na tym, że w jakiejś trudnej sytuacji zachowuję się inaczej niż wcześniej, i dopiero po chwili uświadamiałam sobie, że to właśnie to przekonanie, nad którym pracowałam. Nie myślisz wtedy o afirmacji, po prostu działasz z innego miejsca.
Właściwie to wszystko co mówimy o śmiechu i oporze sprowadza się do jednego pytania, które jest chyba sercem tego wątku. Czy ilość powtórzeń cokolwiek zmienia, jeśli jakość jest tak zła jak opisujecie? Bo brzmi jakbyście mówili, że 100 złych powtórzeń jest gorsze niż żadne.
Ale skąd ta frustracja pochodzi? Jeśli ktoś robi afirmacje bo czytał, że 'trzeba robić 100 razy dziennie' i nie widzi efektów, to właśnie ten przekaz o ilości jest źródłem problemu, nie sama praktyka, tak?
Ta analogia do zasypiania jest bardzo dobra i coś mi w końcu zaskoczyło. Czyli odpowiedź na pytanie z tematu, ile to za dużo, brzmi mniej więcej tak: za dużo zaczyna się wtedy, kiedy ilość zaczyna wytwarzać presję. Czy tak to rozumiem?
Tak bym to podsumowała. Nie ma jednej magicznej liczby dla wszystkich. Za dużo to ta ilość, po której czujesz wyczerpanie, frustrację albo działasz już tylko mechanicznie. Dla jednej osoby to może być sześć afirmacji, dla innej dwie. Odpowiedź jest w tobie, nie w żadnym poradniku.
To ma sens. Jedna afirmacja, jeden zapis. Ale mam pytanie do tej notatki, co dokładnie zapisywać? Samo 'czułam opór' czy 'czułam lekkość', czy coś więcej?
Zapisuj trzy rzeczy: co poczułaś w ciele (napięcie, luz, nic), co poczułaś emocjonalnie (opór, obojętność, coś w rodzaju ulgi) i czy po powiedzeniu tej afirmacji twoje myśli uciekły gdzieś konkretnie. To 'gdzieś' często jest ważniejsze niż sama reakcja. Jeśli po 'jestem wystarczająca' natychmiast myślisz o szefowej, to masz wskazówkę gdzie leży przekonanie.
Mam wrażenie, że ta rozmowa trochę odpłynęła od pierwotnego pytania. Pytanie w temacie było o ilość, o to czy można przesadzić. I chyba doszliśmy do tego, że tak, można, ale nie przez samą liczbę tylko przez jakość i ładunek emocjonalny. Czy ktoś ma inne zdanie? Bo mi to wydaje się zbyt jednoznaczne jak na coś, o czym tyle się dyskutuje.
To co mówi Nekromanta jest ważne, bo dotyczy czegoś szerszego. Afirmacje mogą stać się formą unikania. Zamiast zadzwonić, afirmuję że mam odwagę. Zamiast przeprosić, afirmuję że jestem osobą godną szacunku. Jeśli praktyka zastępuje działanie, to niezależnie ile tych afirmacji, efektu nie będzie. Bo umysł to też widzi.
