Tak, właśnie to chciałabym usłyszeć. Bo z tej rozmowy wynika, że sama afirmacja werbalna może być za dużo dla małego dziecka, zwłaszcza przy lęku, który jest cielesny. Ale co zamiast? Albo co przed?
Znam mamę, która wymyśliła z córką 'kamień odwagi' - mały kamień, który dziecko ściskało w kieszeni przed wejściem w nowe miejsce. Żadnych słów, tylko przedmiot. Po kilku miesiącach dziecko przestało go potrzebować, ale wcześniej bardzo pomagało samo wiedzieć, że jest.
I to jest clou tej rozmowy, moim zdaniem. Afirmacja działa, jeśli ma realne zakotwiczenie w przeżytym doświadczeniu. U dzieci to jest trudniejsze, bo mają mniej takich doświadczeń. Dlatego kamień, gest, rytuał - to wszystko jest budowaniem bazy, z której afirmacja słowna może potem wyrosnąć. Bez bazy słowo jest puste.
Moja córka ma sześć lat. Więc rozumiem, że kamień albo jakiś rytuał ruchowy to lepszy start niż zdanie do powtarzania. Ale jak to zacząć, żeby ona sama chciała, a nie czuła, że mama jej każe?
Najlepiej, jeśli to ona wymyśli. Możesz zapytać: 'co by ci pomogło, kiedy czujesz, że się boisz nowego miejsca?' Dzieci często mają gotowe odpowiedzi, tylko nikt ich nie pyta. Kamień, piosenka, gest - cokolwiek powie, traktuj poważnie i powtarzajcie to razem kilka razy w bezpiecznych warunkach, zanim trafi do trudnej sytuacji.
Właśnie to, co powiedziała Judytka67, jest moim zdaniem kluczem. Dziecko musi samo dojść do swojego sposobu. Próbowałam raz zaproponować córce sąsiadki gotowy kamień 'bo tak się robi' i ona go wyrzuciła po tygodniu. Ale kiedy sama znalazła patyczek na spacerze i powiedziała, że to jej 'patyke odwagi', to nosiła go przez pół roku. Różnica jest kolosalna.
Czyli dobrze rozumiem, że muszę to ćwiczyć z córką w domu, kiedy jest spokojna, a nie czekać na moment lęku? To zmienia mi perspektywę, bo myślałam, że afirmacje czy rytuał stosuje się wtedy, kiedy jest problem.
Dokładnie. I to jest chyba największy błąd, który widzę też u siebie z perspektywy czasu - próbowałam stosować techniki w kryzysie, zamiast budować je codziennie, kiedy nie było kryzysu. Dziecko musi mieć te zasoby zanim ich potrzebuje, nie w chwili gdy już ich pilnie szuka.
Ja bym dodała, że wieczór działa lepiej niż rano, bo dziecko jest już rozluźnione i nie ma presji czasu. Rano przed wyjściem to za dużo bodźców, żeby cokolwiek do niego dotarło głębiej. Przynajmniej w moim otoczeniu tak to wygląda.
A co z afirmacjami przed snem - czy nie ma ryzyka, że dziecko zacznie myśleć o trudnych rzeczach właśnie wtedy, kiedy powinno zasypiać? Pytam, bo moje dzieci czasem zaczynają rozmawiać o strachu właśnie gdy tylko kładą się do łóżka.
Czyli wychodzi na to, że to co nazywamy afirmacją u dzieci, to często nie jest zdanie do powtarzania, tylko cały zestaw rzeczy - gest, przedmiot, pora dnia, sposób mówienia. Czy to nie jest po prostu inaczej nazwany rytuał rodzinny?
To jest dla mnie bardzo konkretna odpowiedź, dziękuję. Zostaje mi jeszcze jedno pytanie - co z dzieckiem, które jest wyjątkowo dosłowne i pyta 'ale czy to prawda, że daję radę?' kiedy właśnie czuje, że nie daje rady? Moja córka tak robi i nie wiem co wtedy mówić.
to jest świetne pytanie i uczciwe zachowanie córki. W takiej sytuacji nie warto bronić afirmacji jako 'prawdy'. Można powiedzieć coś w stylu: 'nie musisz teraz w to wierzyć, ale to jest zdanie na potem, kiedy będzie łatwiej'. Albo zmienić formę z twierdzenia na pytanie - 'co by się stało, gdybyś dała radę?' - to omija opór, bo dziecko nie musi zgadzać się z faktem, tylko wyobrażać sobie możliwość.
Moja córka ma siedem lat, więc chyba jest gdzieś na tej granicy. Powiem szczerze, że kiedy próbowałam z nią 'co dobrego się dziś wydarzyło', to przez pierwsze kilka razy dostawałam 'nie wiem' albo 'nic'. Dopiero jak zaczęłam podpowiadać przykłady, zaczęła sama wymyślać. Czy tak powinno wyglądać wprowadzanie tej metody?
Dokładnie tak to u mnie wyglądało. Podpowiedź na początku to nie ściąganie, to uczenie schematu. Dziecko musi zobaczyć, jak ta refleksja w ogóle wygląda od środka, zanim samo zacznie ją stosować. Po kilku tygodniach moja córka zaczęła mówić bez podpowiedzi i w sumie wymyślała rzeczy, o których ja w ogóle nie wiedziałam że się wydarzyły.
Zastanawia mnie jedna rzecz w tej całej rozmowie. Mówimy o afirmacjach, rytuałach wieczornych, pytaniach refleksyjnych - ale to wszystko zakłada, że dziecko jest w miarę chętne do współpracy. Co z dziećmi, które po prostu wzruszają ramionami na każdą próbę takiej rozmowy? Mój starszy syn w pewnym wieku zaczął traktować takie momenty jak 'gadanie mamy' i wychodził z pokoju.
Wracając do tematu afirmacji dla młodszych dzieci - czy ktoś stosował afirmacje śpiewane? Czytałam gdzieś, że melodia pomaga zakodować treść, szczególnie u małych dzieci. Nie wiem czy to ma jakieś potwierdzenie, czy to tylko intuicja.
To jest ciekawy kierunek, bo moja córka bardzo lubi śpiewać. Może to jest łatwiejsze wejście niż zdanie powiedziane na serio, które czuje jak 'mama mnie uczy'. Mam tylko pytanie - czy afirmacja śpiewana powinna być wymyślona razem z dzieckiem, czy mogę ją zaproponować gotową?
zdecydowanie razem z dzieckiem. I tu jest jeden ważny niuans - nie chodzi o to, żeby zaproponować melodię i zapytać 'podoba ci się?', bo dziecko powie tak, żeby sprawić przyjemność. Chodzi o to, żeby dziecko samo zaśpiewało coś o sobie i ty to tylko uporządkowałaś w zdanie. Wtedy ma poczucie autorstwa.
Wracam do wcześniejszego wątku o tym granicy wiekowej, bo mam pytanie w drugą stronę - czy jest jakaś granica, od której afirmacje zaczynają być już 'normalne' w sensie takim, jak u dorosłych? Czyli kiedy dziecko może pracować z afirmacją tak jak my to rozumiemy w tej kategorii?
To co pisze Barni bardzo dobrze tłumaczy, dlaczego afirmacje u dzieci trzeba dobierać ostrożniej niż u dorosłych. Dorosły, który codziennie powtarza 'jestem spokojny' i w to nie wierzy, odczuwa dysonans i może zrezygnować. Dziecko może to przyjąć bez dysonansu - w obie strony.
To trochę przytłaczające, co piszesz, bo zaczyna wyglądać jakby sama afirmacja była za mała. Staram się mówić córce dużo pozytywnych rzeczy, ale życie jest jakie jest - zdarzają się napięcia, kłótnie, trudne momenty. Czy to przekreśla wieczorną pracę?
Nie przekreśla i nie chodzi o idealne środowisko. Chodzi o to, żeby pozytywne komunikaty były wyraźnie częstsze i konkretniejsze niż negatywne. Wieczorna rozmowa może być tym, co przeważa szalę, nawet jeśli dzień był trudny - pod warunkiem, że jest regularna i autentyczna, a nie odpracowana z obowiązku.
Czy ktoś próbował afirmacji rano zamiast wieczorem? Pytam bo czytałem, że kortyzol jest wyższy rano i podobno sprzyja zapamiętywaniu. Nie wiem czy to ma sens przy dzieciach.
Zupełnie inne doświadczenie - mój syn lepiej reagował rano, ale to było coś bardzo krótkiego, dosłownie jedno zdanie przy jedzeniu, bez nacisku. Wieczorem nie chciał żadnych rozmów, bo kojarzył je z 'mama znowu coś chce'. Więc chyba nie ma jednej dobrej pory, jest tylko ta, która pasuje do konkretnego dziecka.
To co piszecie o obecności bez słów bardzo mi coś wyjaśniło. Zawsze myślałam, że afirmacja to konkretna fraza powtarzana regularnie. A wychodzi, że u dzieci to jest szersza kategoria - obejmuje też to, co niewyartykułowane. Jak do tego podchodzić praktycznie? Czy w ogóle można to nazwać afirmacją?
Czekajcie, to ja się teraz gubię. Córka ma pięć lat. Przez ostatnie tygodnie wieczorem mówiłam jej kilka zdań - coś w stylu 'jesteś dzielna, dasz sobie radę, jesteś kochana'. Myślałam, że to właśnie są afirmacje. A teraz wychodzi, że może nie? Albo że to działa, ale nie tak jak rozumiałam?
