Przepraszam, że wchodzę trochę z innej strony, ale jak słucham tej dyskusji to mam takie wrażenie, że wszędzie na świecie ludzie intuicyjnie wiedzieli, że te kontakty z 'tamtą stroną' mają jakąś cenę. Niezależnie czy to dusza, czy ofiary, czy zobowiązania. Jakby sama ta wiedza że coś kosztuje była wpisana głębiej niż jakikolwiek system religijny. Czy to nie jest zastanawiające?
Moim zdaniem dar, bo nie wiadomo kiedy i jak zostaniesz wezwany do spłaty. W pakcie przynajmniej wiesz co podpisujesz.
Ta obserwacja Wieslawa o darze kontra pakcie chodzi za mną. Bo właściwie co z tych dwóch jest bardziej niebezpieczne z perspektywy tych tradycji? W pakcie masz czarno na białym co dajesz i co dostajesz. W darze ta cena jest nieokreślona i może być egzekwowana kiedy najmniej się spodziewasz. Brzmi jak dużo gorsza opcja.
Wracając do tej kwestii inicjatywy, którą Wieslaw podniósł wcześniej - w słowiańskim folklorze jest coś ciekawego. Nie zawsze człowiek idzie do diabła sam. Czasem jest tak, że ktoś zostaje 'wskazany' albo wchodzi w sytuację przez dziedziczenie. Znachor czy czarownica może przekazać swój 'kontrakt' dalej. To nie jest osobisty wybór, to jakby przejęcie długu. Macie jakieś paralele z innych tradycji?
To przypomina mi motyw z japońskiego folkloru, gdzie pewne klątwy czy zobowiązania przechodziły przez linie rodzinne. Mononoke, duchy urazy - one często były związane z całym rodem, nie z jedną osobą. Może ta logika 'przekazywalnego długu' jest bardziej uniwersalna niż myślimy?
A w polskim folklorze to jak sie te przedmioty rozpoznawało? Że jak ktoś umierjący daje ci coś dziwnego to masz nie brać? Bo to brzmi jakby trzeba było bardzo uważać na prezenty od starszych krewnych 🙂
Ten motyw zatrowanego daru jest też bardzo silny w tradycjach afrykańskich i diasporycznych. W hoodoo mówi się o 'laying tricks' - podrzucaniu obiektów naładowanych intencją. I podobnie, znalezienie czegoś na skrzyżowaniu dróg było powodem do ostrożności. Co ciekawe - to skrzyżowanie drόg znowu. Niezależnie od kultury to miejsce ma tę samą symbolikę granicy.
Mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś wie jak w islamie wygląda ten temat? Bo dżiny były tu kiedyś wspomniane, ale ten wątek umów z nimi jakoś nie był rozwinięty.
To jest może najciekawszy paradoks całej tej dyskusji. Żeby coś wykluczyć, musisz to najpierw zdefiniować i w pewnym sensie oswoić. Każde 'tego nie rob' jest jednocześnie instrukcją obsługi. Podręczniki inkwizytorów, grimoire'y jako materiały śledcze - one przecież opisywały jak to działa lepiej niż jakakolwiek instrukcja dla zainteresowanych.
To co Melanijka mówi jest trochę przerażające. Czyli te wszystkie zakazy i opisy były jednocześnie poradnikami? Nie wiem czy to zamierzone, ale mam wrażenie że to się jakoś kręci w kółko - im bardziej zakazujesz i opisujesz, tym bardziej robisz z tego coś pociągającego.
Esoterica trafiła w sedno. Pokusa w tych tradycjach zaczyna się dokładnie w tym miejscu - nie od samego zła, ale od wiedzy że istnieje droga na skróty i że ktoś gdzieś tę drogę opisał. Faust nie szuka diabła z nudów. On szuka granicy ludzkiego poznania i chce ją przekroczyć. I to jest element który jest naprawdę ponadkulturowy - ta chęć przekroczenia tego co dozwolone.
To co Radomir napisał o granicy poznania u Fausta - to mnie zastanawia. Bo jakby spojrzeć na to z tej strony, to może pokusa nie polega na chciwości ani pysze, tylko na tej niemożliwej do ugaszenia ciekawości? Że człowiek w pewnym momencie po prostu musi wiedzieć co jest za tą ścianą?
Czekajcie, a jak to wygląda w kontekście tych wszystkich historii o muzykach, którzy sprzedali duszę za talent? Bo tam nie chodzi o wiedzę - chodzi o coś dużo bardziej konkretnego. Robert Johnson na rozstaju dróg to chyba nie szukał granicy poznania?
Ulcia90 dotknęła czegoś ważnego - kategorie importowane. Ta sama struktura geograficzna, rozstaj dróg, różne tradycje wypełniają ją zupełnie różnymi bytami. Słowiański diabeł przy rozdrożu, Legba w voudou, duchy Crossroads w bluesie. Forma ta sama, treść diametralnie różna. Może pokusa zaczyna się właśnie tam - w tym miejscu, które samo z siebie jest graniczne?
To co Wieslaw mówi o byciu dłużnikiem - to brzmi jak coś fundamentalnego. Że może ta umowa z diabłem jest tak naprawdę metaforą wchodzenia w relację zależności, której nie rozumiesz do końca w momencie podpisywania? Bo przecież w tych wszystkich legendach bohater zawsze myśli że jest sprytniejszy, a okazuje się że nie.
Właśnie to mnie tu od początku intryguje - dlaczego zawsze przegrywają? Nawet jak warunki wydają się jasne. Czy to jest przestroga moralna w tej narracji, że nawet doskonała umowa z diabłem jest z góry przegrana? Bo jeśli tak, to cała ta struktura jest w gruncie rzeczy antymagiczna - mówi: nie próbuj, i tak przegrasz.
A znacie historię świętego Dunstana? Podkuł diabła, który przyszedł do jego kuźni. Zmusił go do obietnicy że nie wejdzie tam gdzie wisi podkowa. Klasyczny przykład gdzie nie ma żadnego paktu, jest za to spryt rzemieślnika. Ale zauważcie - żeby to zadziałało, diabeł musiał być zobowiązany dotrzymać słowa. To znaczy że w tym systemie wierzeń zły byt jednak ma kodeks. Bez tego żaden pakt nie miałby sensu.
I to chyba jest odpowiedź na pytanie skąd zaczyna się pokusa w tych tradycjach - zaczyna się od tego właśnie założenia. Że istnieje pewien porządek wymiany który działa niezależnie od moralności stron. Że można handlować z kimkolwiek jeśli forma jest właściwa. Pokusa to wiara że forma wystarczy, że można ominąć treść.
Czyli mówiąc wprost - pokusa zaczyna się od przekonania że da się przechytrzyć system? Nie od chciwości, nie od rozpaczy, ale od takiego zimnego założenia że umowa to umowa i jak dobrze ją skonstruujesz, to wszystko się uda. To jest właściwie dość współczesne myślenie, nie?
Ale czy to nie jest trochę za proste? Bo w tradycjach wschodnich, przynajmniej tych buddyjskich, nie ma diabła jako strony kontraktu, a mimo to jest coś analogicznego - Mara, który kusi Buddę przed oświeceniem. I tam pokusa nie wygląda jak transakcja, wygląda jak iluzja. Zupełnie inny mechanizm.
Hej, ale wróćmy na chwilę do tej muzyki, bo to mnie naprawdę ciekawi. Czy ta legenda o Johnsonie to jest jedyna taka historia z bluesem czy są inne? Bo pamiętam że ktoś kiedyś wspominał o Tommym Johnsonas i ten miał opowiadać tę samą historię. Chodzi mi o to czy to był jeden mit czy jakiś wzorzec?
To by oznaczało że pakt jest formą wyjaśnienia doświadczenia łaski albo daru. Tak samo jak w tradycji nordyckiej skald który dostaje dar poezji od Odina - on nie 'wypracował' tej poezji, ona jest z zewnątrz. Tylko że w przypadku skaldów to jest dar bez umowy, a w przypadku muzyka z Crossroads to jest transakcja. Ta różnica jest kluczowa i nie wiem dlaczego tak mało o niej mówimy.
Właśnie mi przyszło do głowy, że może ta różnica między darem a transakcją odzwierciedla różne rozumienie relacji człowieka z sacrum. Jeśli bóg daje ci dar bez umowy, to jesteś w relacji miłości albo wybrania. Jeśli musisz coś za to oddać, to jesteś w relacji handlowej. I może właśnie te kultury gdzie dominuje model transakcji, mają też inaczej ustawioną relację z bóstwem na co dzień?
Wydaje mi się że granica leży po stronie tego kto jest drugą stroną umowy i co jest stawką. Beryt to jest umowa gdzie obie strony coś wnoszą ale zysk jest po obu stronach i nikt nie jest niszczony. W pakcie z diabłem zawsze jest coś co cię w końcu niszczy - albo duszą, albo wolnością. Moralność transakcji zależy od charakteru kontrahenta.
A czy ktoś zna jakieś tradycje gdzie pokusa i pakt nie kończą się źle dla człowieka? Nie mam na myśli tych historii o przechytrzeniu, tylko takie gdzie samo zawarcie umowy nie jest z góry potępione? Bo mam poczucie że prawie wszędzie to jest narracja moralizatorska.
To jest właśnie to co mnie trochę niepokoi w całej tej dyskusji. Mówimy bardzo spokojnie o tych mechanizmach, ale zastanawiam się - czy w tradycjach które traktują te byty jako realnie istniejące, sama analiza pokusy nie jest już formą otwierania się na nią? Czytałam gdzieś że niektóre tradycje ostrzegają żeby nie nazywać pewnych rzeczy po imieniu bo to przyciąga. Może to naiwne pytanie, ale...
Odpowiem krótko: dlatego masz symbole i eufemizmy. Diabeł staje się 'tamtym', 'starym', 'rogaczem'. Mara jest 'kusicielskim'. W każdej tradycji jest to samo obejście - możesz mówić o bycie nie używając jego imienia. Co samo w sobie zakłada że imię ma moc, a my mówimy o czymś realnym.
