To znaczy że te bóstwa które się pojawiają w tekście, te straszne i spokojne, to nie są byty zewnętrzne? To jesteś ty sam? Bo to całkowicie zmienia sposób w jaki to czytam.
Ale poczekajcie - bo tu jest coś, o czym nie rozmawiamy. Jeśli bóstwa są projekcją umysłu, a Czyste Światło jest podstawą tego umysłu, to jaka jest różnica między tą tradycją a solipsyzmem? Serio pytam, nie jako zarzut, bo sama nie jestem pewna czy mam tu rację.
I tu, wracając do tytułu wątku - to jest właśnie odpowiedź na pytanie czy Bardo Thödol to przewodnik czy wizja realnego świata. Odpowiedź tradycji brzmi: to fałszywe rozróżnienie. Mapa jest realna w takim stopniu, w jakim realne jest terytorium, które opisuje. I jeśli to terytorium to umysł, to mapa jest tak samo umysłem. Czuję, że dopiero w tym miejscu rozmowa dotknęła sedna.
To co powiedział Mikolajek na końcu siedzi mi w głowie - że to fałszywe rozróżnienie. Ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czy to znaczy, że pytając 'czy piekło w tym tekście naprawdę istnieje' zadaję złe pytanie? Bo chyba właśnie to przez całą tę rozmowę robiłam.
Ok ale mam z tym pewien problem. Bo jeśli tak mówimy, to jak w ogóle odróżnić prawdziwą tradycję duchową od wymysłu? Mogę sobie wymyślić własną mapę bardo i powiedzieć 'hej, dla mojego umysłu ta mapa jest równie realna'. Co by odróżniało Bardo Thödol od, nie wiem, losowego zbioru wyobrażeń?
Hania, ale to trochę argument z autorytetu, nie? Że coś jest prawdziwe bo dużo ludzi w to wierzyło przez długo? Bo tak można uzasadnić wiele rzeczy.
Ja bym tu weszła z innej strony, bo myślę że ta dyskusja robi się trochę za bardzo filozoficzna, a gubi coś ważnego. Bardo Thödol był używany praktycznie - jako tekst czytany przy umierającym. To nie był traktat akademicki. I ta praktyczna funkcja coś mówi nam o tym, jak twórcy go rozumieli. Czy myślicie, że czytali go przy łożu śmierci bo uważali to za czysto metaforyczne ćwiczenie myślowe?
hej, mam pytanie które może jest głupie ale nie rozumiem jednej rzeczy - skoro ten tekst był czytany przy umierającym, to umierający miał go słyszeć i rozpoznawać te obrazy? ale co jeśli ktoś nigdy nie słyszał o bardo, czy to w ogóle działa? bo Kianitka mówiła wcześniej że mapa jest dla wszystkich umysłów ale tutaj to już nie wiem
Czekaj, Kianitka - to czy to znaczy, że te wizje, te spokojne i gniewne bóstwa, pojawią się każdemu po śmierci? Niezależnie od tego co wyznawał? Bo to by było dość radykalne twierdzenie z perspektywy na przykład chrześcijanina.
Ale to jest dość optymistyczna wizja, nie? Jakby tradycja tybetańska dawała wszystkim szansę bez względu na nic. Mam pytanie do osób lepiej znających temat - czy w tej tradycji jest w ogóle jakiś odpowiednik potępienia? Coś bez powrotu?
To jest dla mnie coś bardzo ważnego, bo przyznaję że mam w głowie ten abrahamowy model wbity od dziecka. I nagle Bardo Thödol mówi - hej, to jest bardziej jak nauka pływania. Możesz się utopić wiele razy, ale w końcu się nauczysz. Czy dobrze to rozumiem?
Baltazar, to dobra metafora, choć może być za łagodna. Tekst nie mówi 'w końcu się nauczysz', bo nie zakłada żadnego 'w końcu' - czas w tym kontekście działa inaczej. Ale intuicja jest słuszna - odrodzenie nie jest porażką, jest kolejną szansą na rozpoznanie. Pytanie czy ją wykorzystasz, zależy od tego co wyćwiczyłeś kiedy jeszcze żyłeś.
I tu wracamy do praktyki, bo to jest chyba klucz do całego tekstu. Bardo Thödol nie jest tylko opisem śmierci - to jest argument za medytacją za życia. Mówi: ćwicz teraz rozpoznawanie natury umysłu, bo w momencie śmierci nie będziesz miał czasu się uczyć. To trochę jak przygotowanie do egzaminu, który zaskakuje wszystkich. Ale czy nie uważacie, że ta presja jest trochę... przytłaczająca?
Właśnie - i tu chciałam zapytać o coś, co pojawia się w tytule wątku, bo trochę od niego odpłynęliśmy. 'Przewodnik czy wizja realnego świata pozagrobowego' - po tej całej rozmowie wydaje mi się, że ta alternatywa jest fałszywa, ale chcę to jeszcze raz sprawdzić. Czy ktoś sformułowałby to lepiej? Co to właściwie jest według tradycji? Bo ani 'przewodnik' ani 'wizja' chyba nie trafia.
Czyli po tej całej rozmowie wychodzi mi tak: Bardo Thödol jest jednocześnie przewodnikiem i wizją, bo dla tej tradycji te dwie rzeczy nie są rozdzielne. Mapa jest terenem. Czy ktoś ma inne odczucie po tym co tu powiedzieliśmy?
Hania poruszyła ważną rzecz, bo Bardo Thödol to nie jest jedyny tego typu tekst. W tradycji nyingma istnieje cały cykl termy - tak zwanych ukrytych skarbów - odkrywanych przez tertönów w odpowiednim momencie historii. Bardo Thödol jest jednym z nich, przypisywanym Padmasambhawie. Więc pytanie 'czy to prawdziwa mapa' w tej tradycji przekłada się na pytanie o samego Padmasambhawę i jego status.
Zaczekaj - tertöni, czyli ci co 'odkrywają' ukryte teksty. To brzmi dla mnie jak idealne pole do nadużyć. Ktoś mówi 'znalazłem starożytny skarb' i nikt nie może tego sprawdzić. Jak ta tradycja w ogóle weryfikuje autentyczność takich odkryć?
Ale my trochę znowu odpłynęliśmy od samego tekstu. Bo mnie bardziej niż kwestia autentyczności term interesuje to, co Rusalka powiedziała o fałszywej alternatywie w tytule wątku. Jeśli mapa jest terenem - to co to znaczy dla nas, którzy czytamy ten tekst z zewnątrz? Że jesteśmy automatycznie poza zasięgiem tej mapy?
To mnie zatrzymuje, bo brzmi to bardzo podobnie do tego co mistycy chrześcijańscy mówili o ciemnej nocy duszy. Jan od Krzyża opisywał stany, które brzmią jak rozpad ego - pustka, dezorientacja, utrata punktów oparcia. Czy ktoś wie czy było kiedyś porównanie tych dwóch tradycji pod tym kątem?
Mnie w tym wszystkim uderza jeszcze jedna rzecz - że te gniewne bóstwa są opisane jako bardziej przerażające, ale tekst mówi że są bliżej oświecenia niż spokojne. To jest odwrócona logika względem tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Piękne i spokojne kojarzy się ze świętością, a tu właśnie gniewne formy mają wyższą energię. Ktoś wie skąd to pochodzi doktrynalnie?
Pati, ta metafora z egzaminem jest dobra, bo tekst rzeczywiście ma w sobie coś z próby. Ale chyba ważniejsze jest to, że ta próba nie jest zewnętrzna - nie ma nikogo kto cię ocenia. Oceniasz sam siebie tym, jak reagujesz. To jest może najgłębsza różnica między tym podejściem a sądem ostatecznym w tradycji abrahamowej. Tu nie ma sędziego. Jest tylko lustro.
Dobra, zatrzymuję się na tym co Mikolajek napisał na końcu - że oceniasz sam siebie tym jak reagujesz. Ale to brzmi jak coś, co można powiedzieć o każdym doświadczeniu w życiu, nie tylko pośmiertnym. Gdzie tu jest coś specyficznego dla Bardo Thödol? Co sprawia, że to nie jest po prostu ogólna filozofia uważności ubrana w kosmologię?
To mnie zatrzymuje, bo to brzmi bardzo podobnie do tego co katoliccy kapłani robią przy umierającym - ostatnie namaszczenie, modlitwa, absolucja. Też jest zakładane że słowa dotarą do kogoś kto może już nie być przytomny. Czy ktoś próbował to zestawić? Nie mówię że to to samo, ale struktura 'głos który prowadzi przez próg' wydaje się jakimś universalem.
Muszę się tu wtrącić, bo Naparstnica trafia w coś ważnego ale też trochę upraszcza. Mistyka chrześcijańska - Eckhart, Ruysbroeck, późniejszy Merton - też ma tę meta-refleksję. Też mówi że obrazy Boga są wtórne wobec bezpośredniego doświadczenia przebóstwienia. Różnica jest raczej doktrynalna niż doświadczeniowa - w chrześcijaństwie nie możesz oficjalnie powiedzieć 'Bóg to projekcja umysłu' bez herezji, nawet jeśli doświadczenie jest podobne.
To jest chyba najostrzejsza linia podziału w tej dyskusji. Bo mamy z jednej strony podejście które mówi - zachodnia psychologizacja Bardo Thödol (Jungowie, Leary i spółka) to pomocne tłumaczenie. A z drugiej - że to tłumaczenie niszczy sens. Mikolajek, ty chyba masz jakieś zdanie na ten temat?
Mam, choć nie wiem czy dobre. Wydaje mi się że obydwa podejścia przegrywają z czymś innym - z założeniem że te dwie ramy się wykluczają. Tibetańska tradycja nie zna naszego rozróżnienia między 'realnym' a 'symbolicznym' tak jak my to rozumiemy. Dla niej coś może być zarazem projekcją umysłu i absolutnie realną obecnością - i nie jest to sprzeczność. Dopiero my wnosimy tę sprzeczność.
Ale to jest trochę wyjście awaryjne, nie? 'Te kategorie tu nie działają.' OK, tylko że jak czytam Bardo Thödol to jednak jest napisane jakby bóstwa były realne - mają imiona, kolory, emanują blaski, atakują z konkretnych kierunków. Tekst sam siebie prezentuje jako opis tego co się zdarzy, nie jako opis tego co możesz doświadczyć metaforycznie. Czy ktoś może wskazać fragment który sugeruje że sam tekst ma do siebie meta-dystans?
