Czterdzieści dziewięć dni - to jest ciekawe, bo czterdzieści dni pojawia się w zupełnie innych tradycjach. Chrześcijaństwo ma czterdzieści dni postu, Jezus czterdzieści dni na pustyni, w islamie czterdzieści dni żałoby. Czy to przypadek numerologiczny czy jest coś w tej liczbie co różne tradycje niezależnie 'wychwyciły'?
Sylwester, to jest temat na osobny wątek 🙂 ale krótko - cyfra czterdzieści w tradycjach semickich oznacza 'pełny okres próby', nie dosłowne dni. Tybetańskie czterdzieści dziewięć to siedem razy siedem - a siódemka ma tam osobne znaczenie cykliczne. Więc podobieństwo jest, ale źródła mogą być różne. Wróćmy jednak do sedna - bo zostało nam pytanie Pati o osobiste zdania. Ja sam po tym wątku myślę, że ta księga działa na kilku poziomach jednocześnie i właśnie to ją czyni wyjątkową. Nie muszę rozstrzygać czy bardo 'naprawdę istnieje' żeby czuć, że mapa jest prawdziwa.
To co Mikolajek powiedział o liczbach jest dla mnie otwarciem nowego rozdziału tej rozmowy. Bo chyba przez cały czas myślałam o Bardo Thödol jak o czymś bardzo egzotycznym, dalekim kulturowo. A tu wychodzi, że struktura - siedem razy siedem, cykl, próba - jest czymś, co pojawia się niezależnie w różnych tradycjach. Tylko język symboliczny jest inny. Czy ktoś wie, czy tybetańscy mistrzowie w ogóle interesowali się tymi zbieżnościami? Czy raczej traktowali swoją tradycję jako autonomiczną?
Ta metafora z górą i mapami wraca w tych dyskusjach zawsze. Ale mam z nią problem i chciałem to powiedzieć. Bo mapa góry zakłada, że góra istnieje obiektywnie. A co jeśli każda tradycja nie mapuje tej samej rzeczy, tylko tworzy zupełnie inny teren? Czyli nie różne drogi na Everest, tylko różne góry? Nie mówię, że tak jest - po prostu nie wiem, jak to rozstrzygnąć.
przepraszam że wchodzę ale mam pytanie praktyczne - czy Bardo Thodol jest w ogole dostepna po polsku? Bo zaczełam szukać i znalazłam jakieś fragmenty ale nie wiem czy to jest pełne tłumaczenie czy tylko wyrywki. I czy jest jakaś wersja z komentarzem bo bez tego chyba nic nie zrozumiem
Wróćmy na chwilę do czegoś, co mnie bardzo interesuje i co się pojawiło wcześniej - że tekst jest czytany przy łożu umierającego i umierający słyszy. Mam takie osobiste pytanie, bo niedawno byłem przy śmierci kogoś bliskiego. Czy w tradycji tybetańskiej jest coś, co można by zrobić, jeśli ktoś umiera w szpitalu i nie ma możliwości żadnego rytuału? Czy cisza, zwykłe towarzyszenie, coś mówi?
To co Kianitka napisała jest dla mnie bardzo poruszające. I skłania mnie do pytania, które chyba jest gdzieś w środku całej tej dyskusji - czy ta tradycja zakłada, że można komuś pomóc po śmierci? Że czytanie tekstu, że towarzyszenie, że modlitwa - realne zmienia coś dla tej osoby? Czy to jest twierdzenie tradycji, które trzeba przyjąć na wiarę, czy jest jakiś argument wewnętrzny?
Właśnie tego mi brakowało - ktoś powiedział wprost, że to jest kwestia zaufania do tradycji, a nie weryfikowalności. Ale teraz mam inne pytanie do Hani albo do Kianitki. Czy w buddyzmie tybetańskim jest coś analogicznego do chrześcijańskiego czyśćca? Bo to towarzyszenie przez czterdzieści dziewięć dni i możliwość 'pomocy' od żywych brzmi bardzo podobnie.
Muszę przyznać, że ta różnica między oczyszczeniem moralnym a rozpoznaniem poznawczym jest dla mnie nowa. Zawsze myślałam, że buddyzm jest 'bardziej etyczny' niż metafizyczny. A tu wychodzi, że w tej tradycji kluczem jest wiedza - gnoza właściwie - a nie czystość serca. To brzmi bardziej jak gnostycyzm niż jak cokolwiek innego.
Nie kojarzę żadnych bezpośrednich odniesień, ale wróciłem do pytania z początku wątku, które mnie cały czas gryzie. Bardo Thödol mówi, że po śmierci zobaczysz najpierw 'Czystą Jasność' - i jeśli ją rozpoznasz, jesteś wyzwolony. Ale skąd wiadomo, że ktokolwiek to rozpoznał? Czy tradycja ma jakieś świadectwa, przypadki kogoś, kto wrócił i potwierdził? Czy to jest tylko teoria?
Tulku - to słyszałem pierwszy raz. Czy to znaczy, że te dzieci pamiętają bardo? Czy pamiętają poprzednie życie, ale samo przejście już nie? Bo to byłoby dziwne - jakby system działał, ale ślad tego przejścia się zacierał.
To jest jedno z tych pytań, na które tradycja odpowiada w specyficzny sposób. Mówi się, że sam Padmasambhawa - czyli Guru Rinpocze - osiągnął stan, z którego mógł opisać bardo bezpośrednio. Nie jako wspomnienie po powrocie, tylko jako wizję uzyskaną w głębokiej medytacji. Terma - czyli ukryte skarby - miały być dostępne dopiero gdy dojrzeją odpowiedni odbiorcy. Kwestia czy to traktujesz jako autorytet mistyczny czy jako legendę - to osobny wybór.
To co Swietowit napisał - że 'powinienem coś wybrać i to mi się nie podoba' - dla mnie to jest serce całej tej dyskusji. Bo Bardo Thödol przecież też mówi, że w momencie śmierci musisz coś rozpoznać. Nie ma opcji 'poczekam i zobaczę'. Czy to nie jest właśnie ta sama presja tylko przeniesiona do eschatologii?
Słucham tej rozmowy i mam konkretne pytanie do Kianitki - bo jestem w sytuacji, o której wspomniałem wcześniej. Czy jest jakaś praktyka, którą można zacząć robić dla kogoś, kto już odszedł? Nie mam lamy, nie znam tybetańskich rytuałów. Czy samo czytanie polskiego tłumaczenia Kani ma sens, czy to już jest zbyt dalekie od oryginału żeby działało?
A ja mam pytanie które mnie nurtuje od jakiegoś czasu w tej rozmowie - czy w tej tradycji jest jakieś odpowiednik tego, co w chrześcijaństwie nazywamy 'łaską'? Bo mam wrażenie, że buddyzm tybetański kładzie nacisk na rozpoznanie, na wysiłek, na przygotowanie. Ale czy jest jakaś odpowiedź na pytanie 'co z tymi, którzy nie mieli szansy się przygotować'?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku - czy to znaczy, że jak ktoś ma dużo lęków i traumy, to w bardo automatycznie będzie miał trudniej? Bo te karmiczne wzorce to chyba też lęki? Czy da się coś z tym zrobić jeszcze za życia żeby to jakoś ulżyć?
Joga snu - to słyszę chyba po raz pierwszy w tym kontekście. To jest ta sama praktyka co lucid dreaming? Bo o tym czytałem, ale nigdy nie łączyłem tego z tradycją tybetańską.
Więc my każdej nocy 'doświadczamy śmierci' i tego nie pamiętamy? To jest jakieś niesamowite, jeśli traktujesz to poważnie. I jednocześnie trochę dziwne - bo skoro przechodzimy przez to co noc, to czemu nie uczymy się na tym?
Bo przechodzimy przez to nieświadomie - i na tym właśnie polega cały problem, który tradycja próbuje rozwiązać. Praktyka nie polega na tym, żeby w końcu doświadczyć czegoś nowego. Polega na tym, żeby rozpoznać coś, przez co i tak przechodzisz. To jest dla mnie jeden z tych momentów, gdzie Bardo Thödol ma naprawdę wewnętrzną spójność.
Wracam do czegoś, o czym myślę od jakiegoś czasu czytając tę rozmowę. Kianitka mówiła wcześniej o intencji przy czytaniu tekstu nad kimś, kto odszedł. Ale teraz rozumiem, że przygotowanie za życia ma ogromne znaczenie. Czy to znaczy, że dla kogoś zupełnie nieprzygotowanego to czytanie naprawdę coś zmienia, czy to bardziej... dla żyjących?
Dobre pytanie, mnie też to ciekawi. Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że ta tradycja wymaga albo lamy, albo klasztoru, albo lat praktyki. Czy jest jakiś 'wejściowy poziom' dla kogoś, kto jest po prostu ciekawy?
Mam pytanie które kręci mi się po głowie od kilku postów - czy ta 'mapa' ma jakieś wersje? Bo czytałam przekład Evansa-Wentza i przekład Chogyama Trungpy i to są prawie inne teksty. Jak bardzo interpretacja tłumacza zmienia to, w co się wchodzi?
To znaczy, że jak ktoś czyta i medytuje na podstawie Evansa-Wentza, to medytuje nad tekstem Evansa-Wentza, nie tybetańskim oryginałem? To jest trochę niepokojące.
Hania_W powiedziała, że podstawowa instrukcja jest prosta - obserwuj umysł, nie angażuj się. Ale mam wrażenie, że tu właśnie jest pułapka dla kogoś takiego jak ja. Bo jak mam 'nie angażować się' w myśl, skoro sam fakt, że próbuję się nie angażować, jest już angażowaniem? To trochę paradoks.
przepraszam że wchodzę w środek ale nie mogłam nie zapytać - czy w Bardo Thödol jest jakoś opisane co się dzieje z ludźmi którzy w ogóle nie wierzyli w żadną religię ani duchowość? bo mój tata był kompletnym ateistą i strasznie mi teraz to leży na sercu. czy tradycja cokolwiek o tym mówi?
Słucham tej wymiany i muszę powiedzieć - to jest dla mnie coś ważnego, bo też mam bliską osobę która odeszła bez żadnego związku z duchowością. I trochę czuję ulgę słysząc to co Kianitka mówi. Ale mam pytanie bardziej praktyczne: czy rytuały odprawiane przez rodzinę po czyjejś śmierci mają znaczenie jeśli ta osoba sama by w to nie wierzyła?
Wracam do tego, co mówiłam wcześniej o przekładach, bo Mikolajek odpowiedział bardzo precyzyjnie, ale chcę dopytać konkretnie - który przekład w języku polskim w ogóle istnieje i jest cokolwiek wart? Bo widzę w sieci różne wydania i nie wiem od czego zacząć.
