okej to ja mam teraz pytanie które może być głupie ale - skoro tekst jest czytany umierającemu przez kogoś żywego, i zakłada że świadomość jeszcze jest dostępna po śmierci ciała, to czy jest jakaś tradycja buddyjska która mówi jak długo ta świadomość jest dostępna? bo jeśli ktoś czyta przez 3 dni a świadomość odpłynęła po 5 minutach to cała ta ceremonia jest...
49 dni to mnie uderza, bo w żydowskiej tradycji żałoby jest 30 dni intensywnej żałoby i potem rok kadiszu. I w islamie też są okresy żałoby liczone w dniach. Nie mówię że to jest powiązane doktrynalnie, ale liczba i idea że dusza potrzebuje czasu po śmierci wraca w tak różnych tradycjach że aż trudno to zignorować. Czy ktoś wie czy jest jakaś praca porównawcza na ten temat?
Obydwoje macie rację i to jest właśnie ten problem. Tekst operuje na obu poziomach jednocześnie. 49 dni to jest rama dla żywych - żałoba, modlitwy, rytuały. Ale tradycja traktuje to też jako realne stany przez które przechodzi świadomość umierającego. Nie ma tu wyboru 'albo jedno albo drugie'. Dla Tybetańczyków pytanie 'ale czy naprawdę tyle trwa?' jest błędnie postawione.
Dobra, ale ja się przy tym konkretnym pytaniu zatrzymuję, bo to ma praktyczne znaczenie. Jeśli ktoś traci bliską osobę - matkę, ojca - i chce zrobić coś sensownego przez te 49 dni, to co tradycja faktycznie mówi żeby robić? Czy jest jakiś odpowiednik modlitwy różańcowej, coś prostego, czy to jest zarezerwowane wyłącznie dla lamów?
Muszę się tu wtrącić, bo Kianitka opisuje to ładnie, ale dedykowanie zasług to jest coś co istnieje w buddyzmie mahajana szerzej, nie tylko w kontekście Bardo Thödol. W therawadzie też jest coś podobnego - pattidana. Więc to nie jest jakaś wyjątkowa cecha tej konkretnej księgi, to jest szerszy element buddyjski. Pytanie do Kianitki - czy ty uważasz że Bardo Thödol jest w jakimś sensie unikalne jako tekst, czy to jest po prostu jedna z wielu buddyjskich map śmierci?
To pytanie Naparstnicy jest dobre, ale mam wrażenie że odpowiedź jest oczywista - jest unikalne ze względu na szczegółowość. Inne buddyjskie teksty o śmierci są albo bardzo abstrakcyjne filozoficznie, albo bardzo lakoniczne. Bardo Thödol to jest naprawdę rozbudowana kartografia stanów. Ale z drugiej strony masz rację że nie jest odizolowane - wyrasta z tradycji.
Rusalka, nie znam Ojojo Yoshu na tyle żeby odpowiadać z pewnością, ale z tego co wiem to tam nacisk jest zupełnie inny. Amidyjska tradycja idzie w kierunku Czystej Krainy - masz być zabrany przez Amidę, nie musisz nic sam rozpoznawać. To jest strukturalnie bliżej chrześcijańskiego 'ktoś na ciebie czeka' niż tybetańskiego 'rozpoznaj'. Cały ciężar sprawczości jest odwrotnie rozłożony.
I to jest chyba najgłębsza różnica którą do tej pory zidentyfikowaliśmy - kto działa po śmierci. W tradycji Czystej Krainy i w chrześcijaństwie działa ktoś z zewnątrz, ty jesteś odbiorcą łaski. W Bardo Thödol ty jesteś zarówno aktorem jak i widownią. Nie wiem czy to lepsze czy gorsze, ale wymagające jest na pewno.
Ale chwilę, bo mnie to zatrzymuje. Bo Swietowit mówi że medytacja buddyjska mówi 'sprawdź sam', a właśnie ustaliliśmy że umierający ma słuchać lamy który mu czyta. To nie jest 'sprawdź sam', to jest 'rób co ci mówią'. Jak to się klei?
okej ale to zakłada że umierający gdzieś w środku już to wie, a co jeśli naprawdę nie wie? co jeśli ktoś umarł nagle, bez żadnej praktyki, bez żadnego przygotowania - wypadek, cokolwiek? czy wtedy ta księga jest dla niego zupełnie bezużyteczna czy jest jeszcze jakaś szansa?
A czy jest gdzieś w tekście coś o tym co się dzieje jeśli kompletnie przegapisz wszystkie szanse? Bo mamy pierwsze bardo, drugie, trzecie - ale jeśli za każdym razem uciekniesz od blasku i wciągniesz cię przyciąganie do odrodzenia - to znaczy że gdzieś tam na końcu jest odrodzenie niezależnie od tego co zrobiłeś. Nie ma jakiegoś buddyjskiego odpowiednika piekła wiecznego?
I tu wracamy do tego czym ta tradycja fundamentalnie różni się od abrahamicznej. Bo tam wieczność potępienia jest realna i ostateczna - przynajmniej w doktrynie ortodoksyjnej. Tu zawsze jest wyjście, tylko że może być odległe o epoki. To zmienia całą logikę moralną, nie? Jeśli nie ma wiecznego piekła, to jak motywować do praktyki?
Kunegunda to mnie zatrzymuje - bo właśnie o tym chciałem żebyśmy pogadali, tylko jakoś nam ten wątek uciekał przez ostatnie posty. Bodhisattwa to jest coś strukturalnie innego niż jakikolwiek zbawiciel w tradycji abrahamicznej, i mam wrażenie że jak się to porównuje pobieżnie, to się zupełnie gubi istotę. Więc może ktoś kto to lepiej zna niż ja - co dokładnie oznacza że bodhisattwa 'zostaje'? Zostaje gdzie, robi co?
Bodhisattwa składa ślubowanie - bodhi-sattva to dosłownie 'istota przebudzenia' - że nie wejdzie w ostateczną nirwanę dopóki wszystkie czujące istoty nie osiągną wyzwolenia. Co praktycznie oznacza że zostaje w cyklu samsary, ale już nie jest przez nią wiązany tak jak zwykła istota. Działa z wolności, nie z przymusu. I teraz pytanie do was - gdzie widzicie tu analogię z Chrystusem, a gdzie wam ona odpada?
Mnie odpada na jednym konkretnym miejscu. Chrystus umiera - to jest centralny punkt, ofiara jest jednorazowa i ostateczna. Bodhisattwa nie umiera za kogoś, tylko trwa w gotowości przez nieskończony czas. To są zupełnie różne narracje poświęcenia. Jedno to gest, drugie to stan.
Naparstnica ma rację co do struktury, ale Rusalka dotknęła czegoś prawdziwego w kwestii funkcji. Obydwa służą jako punkt kontaktu dla tych którzy nie są w stanie dotrzeć do absolutu bezpośrednio. Ale jest jedna różnica której nie można pominąć - w tradycji tybetańskiej bodhisattwa zakłada że ty też jesteś zdolny do tego samego. Składasz ślubowanie i sam zostajesz bodhisattwą. Nie ma osoby z zewnątrz która cię zbawia, ty sam wchodzisz w tę rolę.
I to jest może najciekawsza rzecz którą dzisiaj powiedzieliśmy w kontekście Bardo Thödol - bo ten tekst jest właśnie na tym pierwszym poziomie. Nie zakłada że umierający złożył jakiekolwiek ślubowanie. Zakłada tylko że ma tę naturę. To jest tekst inkluzywny w sensie absolutnym. Czy ktoś wie czy istnieje jakaś tradycja chrześcijańska która coś podobnego zakłada - że łaska jest dostępna każdemu niezależnie od tego co zrobił za życia?
Apokatastasis. Mamy o tym wątek na forum. Orygenes i Grzegorz z Nyssy mówili że wszyscy w końcu zostaną zbawieni - to jest właśnie ta linia myślenia. Tylko że to jest herezja z perspektywy ortodoksji. W mainstreamie chrześcijańskim jednak wieczne potępienie jest realne.
Trochę czytam ten wątek od początku i jedno mi nie daje spokoju - czy Tybetańczycy traktowali i traktują ten tekst dosłownie? Znaczy - czy to jest dla nich opis realnej geografii tego co się dzieje po śmierci, czy bardziej metafora? Bo my tu dyskutujemy bardzo filozoficznie, ale nie wiem jak sami wyznawcy to rozumieją.
Dobra, ale Swietowit, to jest porównanie które trochę kuleje, bo w kwantowej jest matematyka za tym. Co stoi za tym że bardo jest dosłowne i metaforyczne jednocześnie? Sama tradycja?
I tu wracamy do tego co mnie najbardziej w tym tekście uderza - że Bardo Thödol jest jednocześnie instrukcją obsługi i opisem tego co się wydarzy bez instrukcji. Te dwie rzeczy są wplecione razem. Jakbyś kupił mapę i ona sama w sobie zmieniała teren po którym chodzisz. Nie wiem czy to jest argument za tym że to 'realna' geografia - ale na pewno to jest coś innego niż chrześcijański opis nieba i piekła, który jest po prostu informacją o tym co cię czeka.
