Temat chyba trochę prowokacyjny w tytule, ale pytanie jest naprawdę poważne i mało poruszane w takim kontekście. Chodzi mi o to, czy w starożytnych religiach seks faktycznie był elementem kultu, czy to raczej mit i późniejsze uproszczenie? Bo kiedy czytam o hierodulach w świątyniach Isztar w Babilonie, jedni historycy piszą, że to był dosłownie rytuał, inni że to grecka i rzymska kalumnia na wschodnie religie. Gdzie jest prawda? I drugie pytanie od razu - czy tantra ma cokolwiek wspólnego z tym starożytnym kultem, czy to zupełnie inna historia?
To jest temat, przy którym naprawdę trzeba rozdzielić kilka warstw, bo one się nam w głowie mieszają. Po pierwsze - hierodule. Herodot pisał o Babilonie, że każda kobieta musiała raz w życiu oddać się obcemu przy świątyni. Ale Herodot słynął z przekoloryzowania, a żadne teksty klinowe tego nie potwierdzają. Natomiast istnienie kapłanek związanych seksualnie z kultem w Mezopotamii - to jest udokumentowane, tylko kontekst był zupełnie inny niż prostytucja. Chodziło o hierogamię, małżeństwo święte, gdzie kapłanka wcielała się w boginię, a król lub kapłan w boga. To był rytuał kosmogoniczny, nie erotyczny w naszym rozumieniu. Tantra to już zupełnie inny kontekst i inna tradycja, nie powiedziałabym, że są ze sobą powiązane bezpośrednio.
Ale czy ta hierogamia to był prawdziwy stosunek, czy symboliczny? Bo coś takiego jak 'symbolyczne małżeństwo z bogiem' brzmi jak eufemizm albo właśnie jak to, że jednak coś fizycznego się działo, tylko ładniej opiszą.
Dokładnie, i właśnie ta idea 'aktu kosmicznego' to jest chyba klucz. W tantryzmie lewej ścieżki, czyli w Vamachara, mamy dosłownie seksualną praktykę rytualną, ale jej cel jest odwrotny niż nasze skojarzenia - nie chodzi o przyjemność ani nawet o unię z partnerem, tylko o przekroczenie ego i dualności. Partnerka jest tam wcieleniem Shakti, boskiej mocy żeńskiej. To jest bliższe tej mezopotamskiej hierogamii niż jakiejkolwiek 'świętej prostytucji'. Ale rozumiem, że słowo 'prostytutka' w tytule wątku może też dotyczyć czegoś innego - kapłanek Afrodyt w Koryncie, prawda?
Bo to było użyteczne politycznie i moralnie. Grecy i Rzymianie opisując wschodnie lub 'barbarzyńskie' religie chętnie podkreślali ich 'upadek moralny'. Widzisz ten schemat też w opisach kultu Kybele - gdzie kapłani się kastrowali - albo Bachusowych misteriów. Za każdym razem mamy element seksualny lub mutylacyjny mocno podkreślony przez zewnętrznych obserwatorów. To nie znaczy, że nic takiego nie było, ale stopień, w jakim to było rytualne vs. seksualne w potocznym sensie, był mocno zniekształcany. A co do Koryntu - ta liczba 'tysiąca hierodoul' pojawia się u Strabona jako cytat z dawniejszego źródła i wielu badaczy traktuje ją dziś z dużym sceptycyzmem.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne, ale szczere - co w ogóle znaczy, że seks jest 'święty'? Jak to działa w głowie wyznawcy? Bo z zewnątrz wygląda to albo jak racjonalizacja przyjemności, albo jak coś kompletnie niezrozumiałego.
Ale tantry to jest w gruncie rzeczy bardzo niejednorodna tradycja, prawda? Bo kiedy mówię 'tantra' to ludzie myślą o seksualnych rytuałach, a większość praktyk tantrycznych to medytacja, praca z mantrami, wizualizacja bóstw. Ta seksualna gałąź to margines całej tradycji, mocno przereklamowany na Zachodzie. Czy ktoś wie, ile procent tekstów tantrycznych w ogóle dotyczy praktyk seksualnych?
To mam pytanie bo mi to pomaga zrozumieć - jeśli energia kundalini wznosi się przez czakry to czy w tym systemie też jest jakiś związek między czakrą sakralną a tą energią seksualną? Bo słyszałam że svadhisthana to właśnie centrum energii twórczej i seksualnej, ale nie wiedziałam że to może mieć jakiś starszy rytualne tło.
A w jakichkolwiek europejskich religiach pogańskich też były takie praktyki? Bo cały czas mówimy o Indiach i Mezopotamii, ale co ze Słowianami albo Celtami?
To co z tymi Słowianami? Bo czytałam gdzieś o Kupale i że też tam były takie praktyki, ale nie wiem czy to prawda czy wymysł.
Mnie w tym wszystkim uderza to, że we wszystkich tych tradycjach - mezopotamskiej, celtyckiej, hinduskiej - seks jako rytuał jest zawsze połączony z jakimś większym kosmologicznym sensem. Płodność ziemi, połączenie nieba i ziemi, energia kosmiczna. Nigdy nie jest to tylko 'pozwolenie' na coś. Jest zawsze osadzony w opowieści o świecie. I właśnie to chyba zniknęło. Zostało ciało, ale odpadł kontekst.
A czy gnostycy mieli jakiś stosunek do tego? Bo pamiętam że chyba były sekty gnostyckie oskarżane o orgie, ale nie wiem czy to był mit podobny do tego z Koryntem.
I to jest w ogóle klasyczny schemat - oskarżenie o seksualne wybryki pojawia się zawsze jako broń przeciw grupom religijnym, które chcesz zdyskredytować. Katarzy, templariusze, sabatianki, gnostycy. Ciekawe jest to, że te oskarżenia są tak powtarzalne, że wręcz tworzą własny gatunek literacki. Historycy religii mają na to nawet termin - mówi się o topice demonizacji.
Ale to rodzi pytanie - czy w takim razie mamy w ogóle wiarygodne źródła potwierdzające, że gdziekolwiek i kiedykolwiek rytuał seksualny był prawdziwą, zorganizowaną praktyką religijną, a nie tylko przypisem do czegoś innego? Bo może wszystkie te przypadki to jest ta 'topika demonizacji' stosowana przez kolejne pokolenia?
Wracając do pytania Wala - bo to jest dla mnie kluczowe. Mamy Mezopotamię, mamy teksty, ale interpretacja jest sporna. Mamy tantry, ale tam kontekst jest jasny. A co z Grecją? Bo Korynt to jedno, ale jest jeszcze temat misteriów eleuzyńskich. Tam też pojawiają się sugestie, że był jakiś akt rytualny, może symboliczny, może nie. Ktoś coś wie?
Eleuzynia są osobnym problemem, bo mieliśmy ścisłe zakazy mówienia o tym co się dzieje. Całkowita tajemnica inicjatoryjna. Więc to co wiemy, to tylko strzępki z relacji osób, które zostały za ujawnienie tajemnic skazane albo potępione. Ale chyba żadne z tych źródeł nie mówi wprost o akcie seksualnym - raczej o wizjach, świetle, pokazywaniu kłosa zboża. Bardziej śmierć i odrodzenie jako doświadczenie mistyczne.
Nigdy o tym tak nie myślałam, że orgazm mógłby być traktowany jako stan mistyczny analogiczny do transu czy medytacji głębokiej. Ale jak się zastanowić, to właściwie dlaczego nie - jeśli kryterium jest wyjście poza zwykłą świadomość, to takich bram jest więcej niż jedna.
To znowu wracam do mojego pytania z wcześniej, tylko inaczej - skoro dostęp nie jest automatyczny, to kto w danej tradycji decydował, że ktoś jest gotowy? Czy w tych świątyniach był jakiś system inicjacji, nadzór, kto to weryfikował?
Ale to trochę dziwne - bo jeśli coś jest ze swojej natury sakralne, to dlaczego potrzebuje tylu warunków wstępnych? Jakby była jakaś sprzeczność - niby seks jest święty, ale nie dla wszystkich i nie zawsze?
No dobra, ale ta analogia z ogniem jest trochę za prosta, nie? Bo ogień jest niebezpieczny fizycznie, to rozumiem dlaczego dzieci nie dostają. Ale tutaj mówimy o czymś innym - o doświadczeniu, które jest rzekomo wbudowane w naturę ludzką. Każdy to ma, nie trzeba się uczyć. Więc po co ta hierarchia dostępu?
Ale co konkretnie może pójść nie tak? Bo jak słucham tej rozmowy, to wychodzi, że bez guru, bez lineażu, bez inicjacji - jest jakaś katastrofa. Ale jaka? Co się dzieje, jeśli ktoś po prostu próbuje sam?
Dokładnie to samo można zresztą powiedzieć o każdej praktyce z wysokiego poziomu - o głębokich stanach medytacyjnych, o pewnych rytuałach inwokacyjnych. Nie chodzi o sam akt, chodzi o to, że psychika musi być w odpowiednim miejscu, żeby to przerobić. Seksualność jest tu tylko jednym z elementów.
Chcę wrócić do kwestii, którą postawiła Kunisia, bo mi ona siedzi w głowie. Eleuzynia i tajemnica. Jeśli była tam jakaś składowa seksualna, to dlaczego starożytni Grecy, którzy przecież w publicznym kulcie nie stronili od erotyki - vide Dionizja - tak szczelnie to zamknęli? Co tam było do ukrycia, jeśli seks sam w sobie nie był tematem tabu?
To jest właśnie pytanie, które nie daje mi spokoju od lat. Bo masz rację - Grecy byli zaskakująco otwarci w kwestiach erotycznych, przynajmniej w kontekście publicznym. Więc jeśli cokolwiek w misteriach kryło się za zakazem ujawniania, to nie musiało być seksualne. Mogło być coś zupełnie innego - może widok, wizja, doświadczenie, które po prostu nie daje się przełożyć na słowa bez utraty znaczenia.
To nie jest nowa teoria - 'The Road to Eleusis' wyszło w 1978 roku i Wasson był prawdziwym badaczem, nie żadnym szarlatanem. Mają argument lingwistyczny, botaniczny i ikonograficzny. Kontrowersyjna, owszem, ale poważna. Natomiast i tak nie rozstrzyga pytania Damiana, bo nawet jeśli kykeon miał właściwości psychoaktywne, to co z tym mają wspólnego hierodule albo rytuał seksualny?
No właśnie. I to jest ta pułapka tej dyskusji - szukamy seksu w każdym misterium, bo temat wątku tak skierował uwagę. A może powinniśmy odwrócić pytanie: czy seks był sakralny dlatego, że prowadził do podobnych stanów co misterium, czy raczej misterium czasem używało seksualności jako jednego z wielu języków?
Drugie. Zdecydowanie drugie, jeśli patrzeć przez tantrę. Seksualność to tam jeden z pięciu elementów pańczamakawy, nie centralny element rytuału. Centrum jest yantram, mantra i wewnętrzna transformacja. Maithuna jest przy tej interpretacji czymś w rodzaju pieczęci, nie sedna.
