No ale to jest właśnie ten problem, o którym Kalinowa mówiła wcześniej. Bo jeśli mówisz, że liczy się stan zbierającego i kontekst, to wróciłem do pytania o placebo i o sugestię. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę mnie to ciekawi. Jak odróżnić 'roślina ma duchowe właściwości' od 'zbierający wpływa na efekt swoim nastawieniem'? Czy to w ogóle da się rozróżnić w tej tradycji?
Ja się przy tej rozmowie zastanawiam nad tą szałwią, którą mam w ogrodzie. Zielarz68 pisał wcześniej o klasztornej tradycji i że Kościół zakazywał magii, ale nie ziołolecznictwa. Ale czy to znaczy, że mogę używać szałwii z ogrodu do okadzania bez poczucia, że robię coś sprzecznego z wiarą, jeśli jestem wierząca? Tego pytania nikt tu jeszcze wprost nie postawił, a mnie siedzi w głowie od początku tego wątku.
Henia, ja myślę że to zależy też od tego, jak to rozumiesz. Jeśli okadzasz z intencją 'niech tu będzie czysto i spokojnie', to jest to modlitwa czy rytuał higieniczny. Jeśli robisz to z intencją 'przyzywam ducha rośliny', to jest to coś innego. Ale szczerze? Mam wrażenie, że ta linia jest bardzo płynna i każdy musi ją dla siebie wyznaczyć. Co czujesz kiedy trzymasz tę szałwię?
Intencja 'chcę sprawdzić' to jest bardzo uczciwa intencja i w wielu tradycjach jest traktowana jako wystarczający punkt wyjścia. Inicjacja przez ciekawość jest stara jak ludzkość. Problem pojawia się kiedy ktoś robi coś bez żadnej intencji, mechanicznie, żeby 'odhaczyć'. Wtedy rzeczywiście większość tradycji powie: prawdopodobnie nic się nie wydarzy. Ale ciekawość to nie jest 'brak intencji'.
Uff, to mnie trochę uspokaja, bo ja zawsze zaczynam od ciekawości i potem to przechodzi w coś głębszego albo nie przechodzi. Wracając do tej mojej bylicy - Paprotka, a te chaotyczne sny o których pisałam, to czy bylica może je jeszcze bardziej rozkręcić zanim je 'uspokoi'? Bo Rozalinka pisała, że po kilku dniach zaczęła się budzić w nocy i to mnie trochę zniechęca do eksperymentowania.
Dobra, ja po tej dyskusji mam mały plan - spróbuję tę bylicę ze sklepu zidentyfikować po zapachu (Glozka56 pisała wcześniej o różnicach), potem może zrobię małą saszete i zoabczymy. Ale mam jeszcze jedno pytanie do całej grupy: czy szałwia lekarska z ogrodu (ta Heni) i biała szałwia do okadzania to są naprawdę tak różne w działaniu? Bo tu na forum wszyscy mówią o 'białej szałwii', a ja mam tylko tę zwykłą ogrodową i nie wiem czy to ma sens.
To jest jedno z moich ulubionych pytań, bo odpowiedź jest bardziej skomplikowana niż 'tak' albo 'nie'. Biała szałwia, czyli Salvia apiana, to konkretny gatunek używany przez rdzennych Amerykanów - ma specyficzny skład olejków, mocniejszy i żywiczny zapach. Szałwia lekarska, Salvia officinalis, jest bliżej tradycji europejskiej - klasztornej, śródziemnomorskiej. Obie są szałwią, ale mają różne biografie kulturowe. I ta biografia ma znaczenie.
Jest jeszcze kwestia, której nikt tu nie poruszył - biała szałwia jest rośliną, której populacje dziko rosnące są mocno zagrożone właśnie przez masowy eksport. Jeśli kupujesz suszone wiązki w sklepie ezoterycznym, bardzo często pochodzi to z niezrównoważonego zbioru. Z ekologicznego punktu widzenia używanie tego, co rośnie w ogrodzie, jest po prostu bardziej odpowiedzialne.
Jest na to nawet termin - cultural appropriation w kontekście roślin ceremonialnych. Część rdzennych społeczności wprost prosi, żeby nie kupować i nie palić białej szałwii, jeśli nie ma się z tą tradycją żadnego związku. To nie jest zakaz magiczny, tylko szacunek wobec konkretnych ludzi i ich praktyk.
Dobra, ale mam pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu w tej dyskusji. Mówimy o szałwii, bylicy, harmali - i cały czas pojawia się wątek, że 'intencja ważna', 'tradycja ważna', 'kontekst ważny'. Ale nikt nie powiedział wprost: co właściwie ma się wydarzyć, kiedy to palimy? Jakie jest oczekiwane działanie? Bo między 'ładnie pachnie i uspokaja' a 'otwiera kontakt z duchami' jest jednak jakaś przepaść.
W tradycjach, z których korzystam przy pracy rytualnej, dym działa jako mediator między poziomami rzeczywistości. To nie jest wyjaśnienie naukowe, to jest opis z wewnątrz systemu. Ale jeśli pytasz jak to 'fizycznie działa' - to jest trochę jak pytanie, jak działa modlitwa. Można opisywać mechanizm psychologiczny, można opisywać metafizyczny, i oba opisy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Właśnie przez tę rozmowę zaczynam rozumieć, dlaczego te zioła w ogóle weszły do praktyki rytualnej, a nie pozostały tylko lecznicze. Dym zmienia atmosferę pomieszczenia dosłownie - zapach, wilgotność, coś w powietrzu - i to samo zmienia stan umysłu palącego. A zmieniony stan umysłu to lepsza rozmowa z własną intuicją. Czy to nie jest w sumie prostsze wyjaśnienie niż mediacja między poziomami?
Wtrącę się tu, bo widzę że rozmowa znowu się uogólniła, a mam konkretne pytanie do Swiatowida91 albo Glozki56. Harmala w postaci nasion - czy była używana jako dym, czy jako napar, czy w obu formach? Bo gdzieś czytałem, że palenie nasion jest historycznie starsze niż przygotowywanie wywarów, ale nie jestem pewien skąd to mam.
W najstarszych poświadczeniach - np. w kontekście haomy/somu, gdzie identyfikacja z harmalą jest jedną z hipotez - mamy do czynienia głównie z naparem lub sokiem. Palenie nasion jako okadzanie to tradycja irańska i bliskowschodnia, gdzie harmala jako ispand jest palona do dziś na znak błogosławieństwa i ochrony przed złym okiem. To są więc dwa różne zastosowania, które mogły rozwinąć się równolegle, niekoniecznie jedno z drugiego.
I tu wychodzi chyba największy problem w tej dyskusji - że słowo 'harmala' może oznaczać bardzo różne rzeczy w zależności od kontekstu. Ktoś na początku tego wątku wspomniał ją razem z szałwią i agnieszką jako 'zioło o właściwościach duchowych' - a okazuje się, że to jest trochę jak wrzucenie do jednej kategorii rumianku i maku.
Dobra, rozumiem podział który zrobiła Glozka56, ale mam pytanie do tej agnieszki - jeśli działała przez układ hormonalny, to czy mnisi faktycznie wiedzieli co robią? Znaczy, czy to była świadoma decyzja 'bierzemy zioło żeby stłumić popęd', czy to było bardziej symboliczne, a efekt był niezamierzony?
Czekajcie, bo mam wrażenie że ta rozmowa dochodzi do bardzo ciekawego miejsca. Mówimy właściwie o tym, że starożytni i średniowieczni używali tych roślin empirycznie - próbowali, obserwowali, włączali do systemu - bez żadnej biochemii w tle. I to działało, bo działało. Czy to nie jest argument za tym, żeby traktować te rośliny poważnie nawet bez duchowego uzasadnienia?
Mam pytanie, które mnie gryzie od kilku postów. Mówimy o agniszce jako o roślinie 'tłumiącej popęd', ale ja natknęłam się kiedyś na zupełnie inne zastosowanie - podobno w niektórych tradycjach ludowych używano jej jako rośliny miłosnej. Czy ktoś wie jak to się ma do siebie? Sprzeczne informacje czy kontekst zależy od regionu?
Myślę, że to jest raczej cecha całej magii ziołowej niż konkretnych roślin. Prawie każde zioło, które wchodzi do tradycji rytualnej, zyskuje z czasem wiele warstw znaczeń - często przeciwstawnych. Bylica jest roślina ochronną i jednocześnie otwierającą. Szałwia oczyszcza, ale może też przyciągać. To jest wpisane w logikę tradycji, która nie działa na zasadzie 'jedna roślina, jeden efekt'.
To mnie dalej nie przekonuje, bo opis 'wzmacnia stan w którym jesteś' brzmi jak tłumaczenie na wszystkie sytuacje jednocześnie. Jak coś wyjaśnia i pozytywne i negatywne skutki, to właściwie nic nie wyjaśnia. To jest mój problem z tymi systemami.
Chcę wrócić do agnieszki w kontekście bardziej praktycznym, bo dyskusja robi się bardzo filozoficzna. Czy ktoś rzeczywiście pracował z agnieszką rytualnie, nie jako suplement? Znaczy, w okadzaniu, w woreczku, w jakimś obrzędzie? Bo cały czas rozmawiamy o tym co pisali mnisi albo co jest w tradycji, ale nie mamy konkretnego głosu z praktyki.
Pracowałam z agnieszką, ale głównie jako element mieszanek do ochrony przestrzeni, nie samodzielnie. Suszone owoce mają bardzo specyficzny zapach przy paleniu - ostry, żywiczny, trochę pieprzny. Efekt jaki obserwowałam to coś w rodzaju spokojeniai, wyciszenia, ale nie senności. Dla mnie to jest zioło bardziej 'ziemskie' niż 'otwierające', jeśli to coś znaczy w tym kontekście.
To wyjaśnienie Kuni bardzo mi pomaga, bo czytałam o tym podziale w kilku miejscach, ale nigdy nie było podane tak konkretnie. Mam pytanie poboczne - czy zioła 'ziemskie' można łączyć z ziołami 'otwierającymi' i czy taka kombinacja ma sens w praktyce? Albo to się wyklucza?
To znowu wracamy do punktu gdzie każde doświadczenie jest indywidualne i nie da się tego sprawdzić. Nie mówię że to złe, po prostu zauważam że ta tradycja ziołowa jest zbudowana tak, że trudno ją obalić, ale też trudno potwierdzić.
Ale Kalinowa, to co opisujesz - usiadłam, robiłam coś rytualnie, poczułam spokój - to jest rytuał. To że nie wiesz czy to szałwia czy spokój... a może to jest jedno i to samo? Roślina jako pretekst do zmiany stanu jest pełnoprawnym użyciem rośliny w tradycji.
Dobra, ale jeśli roślina jest tylko nośnikiem intencji, to czemu nie zapalić świeczki albo kadzidełka z supermarketu i zrobić to samo? Co takiego wnosi szałwia kontra jakiekolwiek inne kadzidło?
Mnie to przekonuje, bo zapach naprawdę robi różnicę. Jak palę szałwię to czuję coś innego niż przy różanym kadzidełku. Może to tylko psychologia, ale efekt jest inny. Czy to nie wystarczy żeby powiedzieć że szałwia 'działa' inaczej?
