Paprotka porusza coś ważnego. Mam podejrzenie że część efektów ziół rytualnych to właśnie działanie przez węch, a nie przez dym wchłaniany do płuc czy cokolwiek innego. Szałwia biała zawiera tujony, ale w kadzeniu ich stężenie jest minimalne. Za to zapach jest intensywny. Czy ktoś spotkał się z tym ujęciem w jakichś źródłach etnobotanicznych?
Czytałem o tym w kontekście badań nad ceremonialnym użyciem szałwii u ludów Ameryki Północnej - konkretnie nad tym że rytualny kontekst plus zapach razem dają efekt, którego żadne z osobna nie daje. Nie pamiętam autora, ale to było gdzieś w obrębie etnobotaniki lat 90. Jeśli chcesz, mogę poszukać.
Wracam do tematu harmali, bo mam wrażenie że trochę nam umknęła przy agniszce i szałwii. W kontekście ceremonialnym - mam na myśli ajawaskę i podobne mieszanki - harmala jest składnikiem który blokuje enzymy i umożliwia działanie DMT. To jest czysto biochemiczne. Czy to nie jest najlepszy przykład na to że 'działanie rytualne' ma twarde podstawy chemiczne?
To jest sedno całej tej dyskusji, nie tylko o harmali. Przez te kilkadziesiąt postów kręcimy się wokół jednego pytania - czy duchowe działanie roślin jest 'prawdziwe' niezależnie od biochemii, czy biochemia jest jego nośnikiem, czy jedno i drugie jest tym samym opisanym różnym językiem. I szczerze, nie sądzę żebyśmy tu doeszły do jednoznacznej odpowiedzi, ale samo pytanie jest warte stawiania.
Glozka ma rację że to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, ale chcę dodać coś od strony praktycznej. W pracy z ziołami rytualnym podejście 'biochemia i tradycja razem' jest po prostu najbezpieczniejsze - rozumiesz co robisz z ciałem i jednocześnie pracujesz z symboliką rośliny. Harmala zażywana bez wiedzy o jej interakcjach z lekami jest poważnym ryzykiem. Wiedza farmakologiczna chroni, a nie niszczy przeżycia.
Ale warto się zastanowić czy ta granica - szałwia tak, harmala nie - jest granicą tradycji czy granicą bezpieczeństwa. Bo w różnych kulturach harmala jest zupełnie normalnym składnikiem obrzędowym, dostępnym jak u nas szałwia. Kto decyduje że dla kogoś z Europy to jest inaczej?
Mam pytanie trochę z innej strony - czy w ogóle jest coś takiego jak 'bezpieczna' roślina rytualna? Bo czytając tę rozmowę mam wrażenie że nawet szałwia ma tujony, bylica ma tujon, harmala ma własne interakcje. Czy jest jakaś roślina którą można palić czy pić bez obaw?
Lipowa, to pytanie jest dobre i odpowiem rzeczowo. Lipa, lawenda, melisa, rumianek - w normalnych ilościach są bardzo łagodne. Nawet kadzenie szałwią w standardowych ilościach nie jest niebezpieczne dla zdrowej dorosłej osoby. Problem zaczyna się przy skumulowanych dawkach, przy ciąży, przy konkretnych schorzeniach. Rośliny nie są 'niebezpieczne' jak leki, ale nie są też zupełnie obojętne.
A co z dziurawcem? Słyszałam że on też działa na psychikę trochę i że jest jakiś problem z lekami. I jednocześnie to jest bardzo popularne zioło, sprzedawane wszędzie. Pytam bo sama go pijam od jakiegoś czasu.
I to właśnie jest ta warstwa praktyczna o której mówi Halineczkaa - niezależnie od tego czy roślina działa 'rytualnie' czy 'biochemicznie', działa też na ciało i tego nie można pominąć. Ciekawe że w starych zielnikach to było oczywiste, a gdzieś po drodze wypadło.
A wracając do agniszki, bo trochę nam umknęła - czy ktoś tu właściwie pracował z nią w kontekście rytualnym, nie tylko rozmawiamy o niej teoretycznie? Mam na myśli konkretne użycie, nie czytanie.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale mam pytanie do Froena i Zielarza - skąd w ogóle wiedzieliście żeby sięgnąć właśnie po agnieszke? Nie znam tej rośliny prawie wcale, nigdy jej nie widziałam w sklepach zielarskich. Jak się ją zdobywa?
Mam wrażenie że cały czas rozmawiamy o roślinach które można palić albo pić jako napary. A co z noszeniem przy sobie? W niektórych tradycjach zioła nosi się w woreczku, rozkłada przy łóżku, wkłada między strony książki. Czy to jest inny sposób pracy z nimi i czy działa inaczej?
Ta gałąź z noszeniem ziół przy sobie to mnie zawsze intryguje bo jest zupełnie poza moim doświadczeniem. Glozka, jak rozumieć ten 'stały kontakt energetyczny' - to jest metafora czy coś dosłownego w tych tradycjach? Bo mam wrażenie że różne systemy mogą to rozumieć bardzo różnie.
A ja mam pytanie o sachety - czy jest jakaś zasada dotycząca tego KIEDY je wymieniać albo kiedy zioła w nich 'tracą moc'? Pytam serio, bo mam taki woreczek od dłuższego czasu i nie wiem czy nadal cokolwiek robi.
Ja słyszałam że ziół z sachety nie wyrzuca się do kosza, bo to jakby 'zamknięcie' intencji w śmieciach. Ale nie wiem czy to realna zasada z jakiejś tradycji czy coś wymyślonego po drodze. Ktoś z was wie skąd to pochodzi?
Wracam na chwilę do agniszki, bo wątek trochę nam odpłynął w sachety. Froen pisał że efekt na sny był wyraźny. Mam pytanie - czy to były sny które coś 'wnosiły', czy raczej intensywne bez szczególnego kierunku? Bo to dość ważna różnica jeśli mówimy o pracy rytualnej.
To co Froen opisuje bardzo podobne do tego co czytałam o pracy ze snami w ogóle, bez żadnych ziół. Że kryterium jest właśnie ten 'posmak' który zostaje. Może agniszka po prostu wzmacnia sny które i tak miałyby przyjść? Nie tworzę nowych, tylko intensyfikuję istniejące.
Ale to jest właściwie lepsza koncepcja niż 'roślina daje wizje', bo brzmi mniej... nie wiem, mniej jak halucynogen a bardziej jak coś co pomaga słuchać siebie. Czy tak to rozumieją tradycje które z tym pracują, czy to moje uproszczenie?
Cały czas słyszę o bylicy jako tej bezpieczniejszej alternatywie do agniszki przy snach. Ale sama bylica ma tujon, to już było wspomniane wcześniej. Czy ktoś wie jak duże stężenie tujonu jest w kadzeniu bylicą versus np. w piciu naparu? Bo to chyba ma znaczenie.
Słyszałam że moxibustion w medycynie chińskiej to jest właśnie bylica, ta sama roślina. I to jest normalny zabieg, robi go wielu terapeutów. Czy to jest ta sama bylica co ta o której rozmawiamy, czy inna odmiana?
I to połączenie medyczne i rytualne to jest chyba klucz do całej tej rozmowy. W tradycjach gdzie zioła są 'święte', są jednocześnie lecznicze i rytualne - nie ma tam tej linii którą my próbujemy przeprowadzić. Pytanie do wszystkich: czy myślicie że to rozdzielenie jest stratą czy ochroną?
To pytanie Paprotki mnie zatrzymało - czy to rozdzielenie medycznego i rytualnego jest w ogóle możliwe, czy sami je wymyśliliśmy? Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie że my cały czas próbujemy poukładać coś co pierwotnie nie było podzielone na szufladki. Zioło leczyło i odprawiało rytuał jednocześnie i nikt nie pytał które jest 'prawdziwe' działanie.
Ja nie bardzo rozumiem co to znaczy praktycznie. Tzn. jeśli zapalę szałwię w domu to czy to jest medycyna czy rytuał? Pytam naprawdę, bo sama to robię i nie wiem jak to klasyfikować.
Ale intencja zmienia działanie? Tzn. ta sama szałwia zapalona mechanicznie bez intencji i zapalona jako element rytuału daje inne efekty? Serio pytam, bo to mnie zawsze zastanawia w kontekście różnych praktyk.
Lipowa, a w jakiej dziedzinie jest inaczej? Mam na myśli serio. Wiemy jak działają leki przeciwbólowe na receptory, ale nie wiemy czym jest ból subiektywny. Wiemy że medytacja zmienia aktywność mózgu, ale nie wiemy co to znaczy dla 'duszy'. Ta granica jest wszędzie, nie tylko w ziołach.
Mam pytanie które mnie gryzie od dłuższego czasu w tym wątku - cały czas rozmawiamy o bylicy i agnieszce jako roślinach 'onirycznych', ale pierwotny temat dotyczył też harmaliny. I o niej jest tu najciszej ze wszystkich wymienionych. Ktoś pracował z harmaliną w kontekście rytualnym, nie kombinowanym z ayahuaską?
