Słuchajcie, od jakichś dwóch miesięcy ciągle myślę o tym, żeby wreszcie wziąć się za karty, ale stoję jak osioł w drzwiach sklepu ezo i nie wiem, co wybrać. Bo ze wszystkich stron słyszę co innego - jedna koleżanka mówi tarot bo to najpełniejszy system, druga zachwala Lenormand bo prostszy, a moja mama mówi że ona w domu wróżyła ze zwykłych kart do gry i wystarczało. To teraz powiedzcie mi - co wybrać na sam start, jak człowiek totalnie zaczyna? Bo nie chcę wydać forsy na rzecz, której potem porzucę po miesiącu, a z drugiej strony nie chcę zaczynać od najłatwiejszego, żeby potem żałować, że nie poszłam od razu na coś poważniejszego.
Każdy z tych systemów ma swoją drogę i wybór nie jest banalny. Tarot to 78 kart, każda z bogatą symboliką, do nauki w sumie na kilka lat. Lenormand to 36 obrazków bez wielkiej symboliki, ale system polega na łączeniu w pary, trójki, "grand tableau" i to jest sztuka sama w sobie. Karty do gry - 36 albo 52 w zależności od rodzaju - to system bardziej intuicyjny, polski/słowiański w użyciu, ale bardzo wymagający, bo wsparcie literaturowe jest skromne.
Z mojej praktyki: do tarota większość kobiet sięga ze względu na obrazy. To jest po prostu piękna estetycznie talia, każda karta jest jak mała ikona. Lenormand wygląda dla niewprawnego oka jak zestaw obrazków z bombonierki - bocian, dom, książka, parasol, koniczynka. Pierwszy odruch to "co to ma być". A potem człowiek się okazuje, że ten "zestaw z bombonierki" daje precyzyjniejsze odpowiedzi niż tarot.
Wracając do podstawowego pytania - polecam totalnie zacząć od tarota Rider-Waite. Z prozaicznych powodów. Po pierwsze - to najbardziej opisana talia w internecie i książkach, więc się nie zagubisz w nauce. Po drugie - obrazki małych arkanów też mają fabułę (w odróżnieniu od np. Marsylskiego, gdzie 5 pucharów to po prostu pięć kielichów), więc się łatwiej zapamiętuje. Po trzecie - jak Ci nie wyjdzie, talia za 50 złotych nie zrujnuje budżetu.
