Zaczęłam ostatnio porównywać ze sobą różne techniki wyciszenia umysłu i uderzyło mnie coś dziwnego - mnisi chrześcijańscy opisują kontemplację niemal tak samo jak buddyści opisują samatha albo sufici swój dhikr. Wszędzie jest ten moment, kiedy myśli cichną i zostaje coś innego. Ale czy to naprawdę jest 'to samo'? Bo z jednej strony efekt wydaje się zbliżony, z drugiej - każda tradycja mówi co innego o tym, czym ten stan w ogóle jest. Ciekawi mnie, czy ktoś z was ćwiczył kilka z tych ścieżek i może powiedzieć coś z własnego doświadczenia, nie tylko z książek.
Ćwiczyłem przez kilka lat medytację vipassana, a wcześniej dość regularnie chodziłem na rekolekcje kontemplacyjne. I szczerze - na poziomie doświadczenia jest zbieżność, którą trudno zignorować. Ale mam pewną rezerwę wobec spłaszczania tego do jednego mianownika. Buddyjska medytacja celuje w rozpoznanie natury umysłu jako takiego - bez treści, bez obserwatora. Chrześcijańska kontemplacja zakłada relację, spotkanie z Kimś. To nie jest tylko różnica słów, to różne mapy tej samej okolicy, ale prowadzące do różnych punktów docelowych. Pytanie brzmi: czy mapa to już terytorium?
O rany, ale ciekawy temat! Ja medytuję od jakiegoś czasu głównie przy czakrach i zawsze myślałam, że to po prostu 'wyciszanie się'. Nigdy nie wiedziałam, że między kontemplacją a medytacją jest taka różnica. To znaczy, że ja w ogóle nie wiem, co właściwie robię? 🙂 Czy ktoś mógłby powiedzieć, jak w ogóle odróżnić jedno od drugiego w praktyce?
Dhikr to rzeczywiście coś odrębnego. Tam się zaczyna od intensywnego powtarzania - imion Boga, fraz koranicznych - i to nie wyciszanie umysłu, tylko jego 'przesycenie' jednym punktem, aż reszta odpada. Niektóre bractwa sufickie używają też ruchu, oddechu, dźwięku. Sam efekt końcowy - fana, zaniku ego - bywa opisywany podobnie jak buddyjska sunyata albo chrześcijańskie 'obumieranie sobie'. Ale żaden z tych systemów nie powiedziałby, że to jest to samo. Dlatego właśnie mam wątpliwości wobec zbyt szybkiego zestawiania.
A ja mam może głupie pytanie, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli sufici krzyczą i się kręcą, to jak to jest 'stan spokoju'? Myślałem, że medytacja to siedzenie w ciszy. Czy oni nie osiągają czegoś innego przez ten ruch?
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie. Mówicie o 'efekcie końcowym' jakby to była jedna rzecz mierzalna. Ale jeśli ktoś wchodzi w kontemplację chrześcijańską z przekonaniem, że spotka Boga, to jego doświadczenie jest kształtowane przez to oczekiwanie. Buddysta, który siada bez konceptu bóstwa, doświadcza inaczej - bo umysł nie jest czystą tablicą, on przetwarza przez filtry wiary. To nie znaczy, że jedno jest 'prawdziwsze'. Ale zestawianie tych stanów tak, jakby były identyczne, wydaje mi się zbyt pochopne.
Mam z tym osobiste doświadczenie. Przez długi czas praktykowałam medytację bez żadnej etykietki - po prostu siadałam i obserwowałam oddech. Potem przez jakiś czas byłam na rekolekcjach kontemplacyjnych. I coś się zmieniło - nie sama technika, ale intencja. I to zmieniło też doświadczenie. Nie wiem jak to opisać inaczej niż: sama cisza brzmiała inaczej.
Tylko intencja. Dosłownie robiłam to samo - oddech, obserwacja, cisza. Ale w kontemplacji chrześcijańskiej czułam, jakby ktoś był po drugiej stronie tej ciszy. W medytacji buddyjskiej - pustość, ale nijako przyjazna. To trudno wyrazić słowami i wiem, że brzmi mgliście. Może to tylko kwestia tego, czego szukamy?
To, co opisuje Baska54, ma swoją nazwę w religioznawstwie - efekt inklinacji. Nie mówię tego, żeby zdyskredytować jej doświadczenie, wprost przeciwnie. To pokazuje, że tradycja jest aktywnym uczestnikiem doświadczenia mistycznego, nie tylko tłem. William James próbował wyodrębnić 'rdzeń' doświadczenia mistycznego ponad tradycjami, ale krytycy potem pokazali, że nawet jego kategorie były zachodniochrześcijańskie.
Nie skazane na powierzchowność, ale wymaga uczciwości metodologicznej. Można porównywać techniki - i to jest wartościowe. Można porównywać opisy stanów - i to też ma sens. Ale nie można twierdzić, że za tym stoi ta sama 'rzeczywistość'. Przynajmniej nie bez przyjęcia pewnych założeń filozoficznych z góry. I to jest wybór, który każdy musi zrobić sam.
Dobra, ale ja mam pytanie praktyczne. Powiedzmy, że ktoś nie należy do żadnej religii, po prostu chce się wyciszyć i poeksperymentować z różnymi technikami. Czy można bezpiecznie mieszać - powiedzmy dziś dhikr, jutro vipassana? Czy to jest jakiś problem?
No ale trochę to brzmi jak każda tradycja mówi 'u nas jest lepiej i bezpieczniej, nie mieszaj'. Czy to nie jest po prostu zachowanie instytucji, które chcą zatrzymać uczniów przy sobie? Bo ostatecznie nikt chyba nie ma patentu na ciszę.
I tu właśnie wracamy do sedna pytania, od którego zaczęłam. Jeśli każda tradycja ma swój kontekst, swoją mapę i swój cel - to porównanie kontemplacji, medytacji i dhikru jest może mniej pytaniem o 'stan umysłu', a bardziej o to, dokąd chcemy dotrzeć. I może nie ma jednej odpowiedzi, czy to jest 'to samo'. Może to jest jak pytanie, czy Wisła i Nil to ta sama rzeka, bo obie mają wodę.
To co napisała Strzaska57 na koniec bardzo mnie uderzyło. Bo ja zaczęłam medytować przy czakrach, bo ktoś powiedział, że to 'wyciszanie się', i nawet nie zastanawiałam się, dokąd to prowadzi. A teraz wychodzi, że cel jest może ważniejszy niż sama technika? Czy dobrze rozumiem?
I to jest właśnie ta różnica, o której mówię od początku. Kontemplacja chrześcijańska nie zaczyna się od techniki, tylko od relacji. Benedyktyni powiedzieliby, że to Bóg kontempluje w tobie, a ty tylko się na to otwierasz. Buddysta powie, że nie ma nikogo, kto kontempluje - jest tylko obserwowanie. To nie jest kwestia metody, to są fundamentalnie sprzeczne ontologie.
Ja przyznam, że przez długi czas myślałam podobnie jak Sennica. Że liczy się efekt. Ale coś się zmieniło, kiedy zaczęłam wchodzić głębiej. Na powierzchni to naprawdę nie robi różnicy. Ale głębiej - zaczyna robić. I nie wiem, jak to inaczej wyjaśnić.
Stopniowy, ale był jeden moment kiedy zdałam sobie sprawę, że w buddyjskiej ciszy czuję się... jakby anonimowa. A w kontemplacji chrześcijańskiej - jakby ktoś znał moje imię. To brzmi kompletnie irracjonalnie, wiem.
To jest jedno z najtrudniejszych pytań fenomenologii doświadczenia religijnego. Dan Zahavi pisał o tym dużo - czy opis doświadczenia jest już częścią doświadczenia, czy następuje po nim. W tradycjach kontemplacyjnych ten problem jest rozwiązywany inaczej: w chrześcijańskiej mistyce masz mistrza duchowego, który pomaga ci odczytać doświadczenie. W zen jest roshi, w sufizmie szejk. Żadna z tych tradycji nie zakłada, że praktykujesz sam i interpretujesz sam.
No ale to brzmi trochę jak 'nie rób tego bez licencji'. Kontemplacja chrześcijańska przez wieki była dostępna tylko w klasztorach. Sufizm przez długi czas był ezoteryczny. A teraz nagle mamy książki Tomasza Mertoona w każdej bibliotece i kursy vipassany online. Czy tradycja nie otworzyła się sama z siebie na 'samouków'?
To mnie trochę niepokoi, bo ja właśnie tak zaczęłam - z filmów i artykułów. I do tej pory myślałam, że medytuję przy czakrach, a teraz wychodzi, że mogłam przez cały czas robić coś zupełnie innego i nie wiedzieć tego. Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić, co tak naprawdę robię?
I właśnie to jest chyba pytanie, które ta rozmowa otwiera, ale nie zamknie - czy rozróżnienie między medytacją, kontemplacją i dhikrem ma znaczenie dla efektu, który czujesz ciałem, czy tylko dla drogi, którą ta cisza cię prowadzi? Bo może przez pierwsze lata te ścieżki wyglądają podobnie, a rozchodzą się dopiero głębiej. I jeśli tak jest, to może nie ma co się śpieszyć z etykietkami.
To, co napisała Strzaska, jest dla mnie kluczowe - może przez pierwsze lata naprawdę nie ma różnicy. Ale ile lat to jest 'pierwsze lata'? Pięć? Dziesięć? I co się wtedy zmienia?
Właśnie dlatego tradycje, które mają długą historię kontemplacyjną, kładą taki nacisk na mistrza. Nie po to, żeby kontrolować ucznia, ale dlatego, że pewnych progów nie widać samemu. Widzisz je dopiero kiedy ktoś, kto był tam wcześniej, wskazuje: 'to tu'.
Słuchajcie, trochę się gubię w tej rozmowie, ale jedno zdanie Baski z wcześniej zostało ze mną - to o 'znaniu imienia'. Czy ktoś może mi powiedzieć, czy w medytacji buddyjskiej w ogóle jest miejsce na takie poczucie? Czy to z zasady niemożliwe?
Poczekajcie, ale jeśli w buddyzmie tybetańskim jest coś takiego jak osobista relacja z bóstwem medytacyjnym - to co to właściwie odróżnia od chrześcijańskiej kontemplacji? Wydaje mi się, że ta granica, od której zaczęliśmy, się rozmywa.
No i tutaj wracamy do pytania Baski - skoro od środka mogą wyglądać podobnie, to co decyduje, w której tradycji jesteś? Tylko to, co ci powiedziano zanim usiadłaś?
Nie tylko. Cały kontekst formacji - co czytasz, w jakiej wspólnocie siedzisz, jakie pytania zadajesz sobie przed wejściem w ciszę. To nie jest tylko intelektualne otoczenie, to kształtuje sam organ percepcji. Serce, jeśli chcemy mówić po staremu.
