A propos tej obrony - właściwie nie rozmawialiśmy o tym, jak jihad jest klasyfikowany w prawie islamskim pod wzgledem inicjatywy. Czy jest różnica między tym kto zaczyna? Bo pamiętam że sunnickie prawo miało kategorię 'dar al-harb' i 'dar al-islam' i tam granica między obroną a ofensywą była bardzo płynna...
Tak, to jest kluczowe rozróżnienie w fiqh. Dar al-harb to 'dom wojny', dar al-islam to 'dom islamu'. W klasycznej doktrynie, szczególnie u Szajbaniego, obowiązek jihadu ofensywnego istniał jako fard kifaya - zbiorowy obowiązek, który spada na społeczność, nie na każdego z osobna. Ale w sytuacji bezpośredniego zagrożenia stawał się fard ajn - indywidualnym obowiązkiem każdego muzułmanina. Ta różnica jest potem używana w bardzo różnych kierunkach przez różne szkoły.
Słuchajcie, a czy ktoś wie jak ta klasyczna doktryna 'dar al-harb' ma się do współczesnych państw muzułmańskich, które podpisały Kartę ONZ i traktaty o nieagresji? Bo teoretycznie te traktaty stoją w sprzeczności z obowiązkiem ofensywnego jihadu. Jak współcześni uczeni islamscy to rozwiązują?
Większość współczesnych uczonych mainstreamowych, jak Yusuf al-Qaradawi, przyjmuje, że traktaty międzynarodowe są wiążące i że jihad zbrojny bez legalnego autorytetu państwowego jest niedopuszczalny. To oczywiście nie zamyka dyskusji, bo grupy takie jak ISIS po prostu ogłaszają własny 'legalny autorytet'. Ale dominująca opinia fiqh jest taka, że odpowiedzialność za ten rodzaj jihadu spoczywa na państwie, nie na jednostce.
Dokładnie ten problem widać w pojęciu 'bellum iustum' u Augustyna. On pisał w kontekście, gdzie Kościół dopiero wchodził w sojusz z władzą cesarską. Potem Tomasz z Akwinu rozbudował kryteria - słuszna przyczyna, właściwa intencja, ogłoszenie przez prawowitą władzę. Ale 'prawowitą władzę' definiował ten sam system, który wojnę ogłaszał. Czy ktoś widzi tu analogię z czymś współczesnym?
No właśnie, analogia z autoryzacją jihadu przez państwo, o której mówiła Irenka, jest uderzjąca. Mam wrażenie, że niezależnie od tradycji ten sam wzorzec: ktoś powołuje instytucję, instytucja legitymizuje przemoc, a potem broni się przed pytaniem o legalność powołując się na siebie. To jest tautologia, nie teologia.
Ale czekaj, czy w dharmayudha w hinduizmie jest w ogóle coś analogicznego do tej instytucji? Bo ile rozumiem, Mahabharata prezentuje wojnę jako obowiązek kastowy ksatriji, nie jako decyzję żadnego centralnego organu. Kto tam miał 'ostatnie słowo'?
A mi się wydaje, że wewnętrzny autorytet jest w praktyce trudniejszy do zakwestionowania niż zewnętrzny. Papieżowi można się sprzeciwić - historia zna przykłady. Ale komuś, kto twierdzi, że sam Bóg przemawiał do jego sumienia? Jak to podważysz bez obrazy jego przekonań?
To jest pytanie, które wraca jak bumerang w każdym nurcie. W chrześcijaństwie mistycznym też masz 'rozeznanie duchów' - discretio spirituum. Mnisi pisali całe traktaty o tym, jak odróżnić autentyczne natchnienie od iluzji własnego ego. I zawsze konkluzja była podobna: sam nie możesz być sędzią we własnej sprawie, potrzebujesz spowiednika albo mistrza. Czyli instytucja wraca nawet tam, gdzie chciała jej się pozbyć.
Czeremcha, ale to chyba nie jest przypadkowe, tylko strukturalne. Każda tradycja, która chce być spójna i przetrwać jako wspólnota, musi wytworzyć mechanizm weryfkacji. Inaczej każdy ma swoją własną objawioną prawdę i nie ma żadnej wspólnoty, tylko chaos. Więc może pytanie nie brzmi: dlaczego instytucje kontrolują interpretację, tylko: jak upewnić się, że ta kontrola nie służy wyłącznie polityce?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy krążymy wokół czegoś, co można by opisać trochę szerzej. Kiedy patrzy się na cykle historyczne - a Saturn i Jupiter mają bardzo wyraźne cykle związane z powstawaniem i upadkiem imperiów religijnych - to te momenty, gdy instytucja sięga po przemoc, często pokrywają się z...
To jest teza, którą można by bronić empirycznie. Krucjaty zaczęły się w momencie, gdy papiestwo potrzebowało konsolidować pozycję w Europie - reforma gregoriańska, spór o inwestyturę. ISIS pojawia się po rozpadzie struktur państwowych w Iraku. Buddyjski nacjonalizm w Birmie rozkwita gdy tożsamość etniczna jest zagrożona zewnętrznym naciskiem. Kryzys władzy jako wyzwalacz - to brzmi spójnie.
Chyba tak, i to jest ponure. Polityczny wróg może się poddać i żyć. Wróg kosmiczny, heretyk, kafir w najgorszej interpretacji - jego samo istnienie jest problemem. To jest jakościowa różnica, o której mówisz, Rajmundo. Czy jest jakaś tradycja, która wytworzyła mechanizm odsakralizowania wroga? To znaczy - zrezygnowania z tej etykiety?
I tu wracamy do punktu wyjścia tej dyskusji, czyli do pytania z pierwszego posta - czy religie uzasadniają przemoc czy jej zapobiegają. Po tym co powiedzielismy, mam poczucie że ta sama tradycja może robić obie rzeczy jednocześnie, czasem w tej samej instytucji. Al-Hallaj i instytucja, ktora go stracila, to byl ten sam islam. Franciszek z Asyżu i papiestwo prowadzące krucjatę - to byl ten sam Kościół. Czy to jest odpowiedź?
Hipolit, to co mówisz na końcu jest chyba najważniejszą obserwacją całej tej rozmowy. Że ta sama tradycja może jednocześnie produkować al-Hallaja i jego katów. Ale mam pytanie - czy to jest błąd systemu, czy może wbudowany mechanizm? Bo może ta dwubiegunowość jest strukturalnie konieczna?
Ale to rodzi pytanie praktyczne - jak odróżnić mistyka, który naprawdę widzi głębiej, od kogoś kto po prostu uwierzył we własne urojenia i robi szkody? Bo z zewnątrz mogą wyglądać tak samo. Al-Hallaj wyglądał tak samo jak niejedne sekty, które skończyły się tragedią.
Dokładnie to chciałam powiedzieć wcześniej, ale nie umiałam tego tak sformułować. Discretio spirituum u Jana Kasjana i późniejszych ojców jest szczegółowe, przemyślane - ale kto go stosuje? Przeor, opat, kościelna hierarchia. Nigdy sam mistyk. Czy jest jakaś tradycja, gdzie ten filtr leży gdzie indziej?
Kwakrzy to ciekawy przykład, ale spójrzcie co z nich wyszło - jedna z najbardziej pokojowych tradycji w historii chrześcijaństwa. Odmawiali służby wojskowej nawet gdy to było śmiertelnie niebezpieczne. Czy to przypadek, że tradycja, która rozproszyła autorytet weryfikacyjny, nie produkowała świętych wojen?
Niedziela, ale kwakrzy to ruch z XVI-XVII wieku, mały, bez władzy terytorialnej i bez ambicji politycznych. Trudno porownać ich ze strukturami, które zarządzają państwami albo walczą o przeżycie. Czy ten model skaluje się do czegoś większego? Bo islam zaczął jako mała wspólnota i też miał elementy wewnętrznego konsensusu - a potem stał się imperium.
To jest super spostrzeżenie. Może problem nie jest w teologii, tylko w skali? Małe wspólnoty mogą sobie pozwolić na rozproszony autorytet, bo nie mają zasobów do obrony ani terytoriów do zarządzania. Jak rośniesz, musisz centralizować, a centralizacja zawsze kusi do legitymizowania przemocy.
Właśnie, i to widać w astrologii mundialnej bardzo wyraźnie - Jowisz jako planeta ekspansji w opozycji do Saturna jako struktury daje właśnie te kryzysy, gdy wspólnota rośnie za szybko i nie nadąża z tworzeniem instytucji. Ale może to dygresja - w każdym razie ta korelacja między skalą a przemocą jest chyba jedną z najważniejszych rzeczy, które tu padły.
I upaya pojawia się właśnie w buddyzmie nacjonalistycznym na Sri Lance i w Birmie. Mnichy twierdzą, że przemoc wobec muzułmanów jest upaya, bo chroni dharmę. To jest dokładnie ten sam mechanizm, co 'obrona Kościoła' w krucjatach. Różne słowa, ta sama logika.
Więc wracamy do pytania Irenki sprzed kilku postów - czy jest coś w strukturze religijnej legitymizacji przemocy, co jest specyficznie religijne? Bo upaya, racja stanu, cel uświęca środki - to wszystko wyglądają tak samo niezależnie od tradycji.
To jest smutne i chyba trafne. Czy znacie jakiś przykład historyczny, gdzie wspólnota religijna oficjalnie cofnęła sakralizację wroga? Nie milczeniem, nie zmianą tematu - ale naprawdę powiedziała: myliliśmy się, tamci nie byli wrogami Boga?
Sobór watykański II i Nostra Aetate wobec żydów? Oficjalne odwołanie oskarżenia o bogobójstwo. To nie jest mała korekta, to jest zmiana fundamentalna. Zajęło kościołowi prawie dwa tysiące lat, ale się stało. Nie wiem czy to był precedens wyjątkowy czy coś podobnego zdarzyło się gdzieś indziej.
Właśnie o to chciałam zapytać - czy to jest wyjątek który potwierdza regułę, czy może część tradycji ma wbudowane mechanizmy rewizji? Bo w islamie jest pojęcie ijtihad - samodzielna interpretacja przez uczonego - i teoretycznie pozwala na reinterpretację dawnych kategorii. Dlaczego tak rzadko widzimy to w kierunku desakralizacji wroga?
I tu się zamyka koło tej rozmowy w ciekawy sposób. Zaczęliśmy od pytania czy religie uzasadniają przemoc. A skończyliśmy na tym, że mechanizmy, które miały chronić tradycję - zamknięcie kanonu, centralizacja autorytetu, sakralizacja własnej grupy - same stają się przeszkodą w rewizji błędów. Przemoc nie jest anomalią, jest produktem ubocznym tych samych mechanizmów, które tworzą spójność wspólnoty. Ale to nie znaczy, że jest nieunikniona - Nostra Aetate, kwakrzy, al-Hallaj, suficki uniwersalizm - to też są części tych tradycji.
