Ostatnio wróciłam do czytania o mahajanie i utknęłam przy jednej rzeczy, która nie daje mi spokoju. Bodhisattwa to ktoś, kto osiągnął pełne przebudzenie — albo jest tuż przed nim — ale świadomie rezygnuje z wejścia w nirwanę, żeby pozostać w kole odrodzin i pomagać wszystkim czującym istotom. Idea jest taka, że dopóki chociaż jedna istota cierpi, prawdziwe wyzwolenie nie ma sensu egoistycznie brać dla siebie. Mnie od razu nasuwa się pytanie: czym to się właściwie różni od chrześcijańskiej ofiary Chrystusa czy świętych, którzy wstawiają się za grzesznikami? Bo powierzchownie wygląda podobnie — ktoś rezygnuje z czegoś dla innych. Ale mam wrażenie, że różnica jest fundamentalna i chciałabym to tutaj porozwikłać z kimś, kto też to czuje.
Właśnie to mnie w tym temacie od dawna zastanawia. W chrześcijaństwie masz do czynienia z ofiarą — ktoś płaci cenę za grzechy innych, jest pewna ekonomia zbawienia. U bodhisattwy nie ma grzechu, nie ma długu do spłacenia. Jest tylko współczucie, po buddyjsku bodhicitta. Ale czy to nie jest przypadkiem jeszcze bardziej radykalne? Bo chrześcijański święty jednak liczy na to, że sam też się zbawi — modli się za innych, ale własne zbawienie ma gdzieś z tyłu głowy. Bodhisattwa jakby wymazuje tę perspektywę w ogóle.
Czytam to z wielkim zaciekawieniem, bo znam buddyzm bardzo słabo. Mam takie naiwne może pytanie — czy bodhisattwa to jest jakiś poziom duchowy, który człowiek może osiągnąć za życia, czy to bardziej taki ideał, do którego się dąży? Bo słyszałam o Dalajlamie, że jest uznawany za bodhisattwę — to znaczy, że on jest jednocześnie normalnym człowiekiem i kimś, kto osiągnął przebudzenie?
Dziękuję, że ktoś w końcu założył taki temat, bo ja od miesięcy szukałam czegoś o bodhisattwach po polsku i nic sensownego nie mogłam znaleźć! Mam pytanie do Szamana i Almandynki — czy ten ślub bodhisattwy można złożyć jako zwykły człowiek, bez inicjacji, po prostu intencją? Czytałam gdzieś, że niektórzy medytujący robią coś takiego na początku sesji.
Właśnie to zdanie mnie trochę zatrzymuje — 'póki przestrzeń trwa'. To brzmi jak wieczność. Czy to nie jest w jakimś sensie przekleństwo? Znaczy — ktoś świadomie zamyka się na wyzwolenie na zawsze? Mnie to zupełnie inaczej uderza niż chrześcijański święty, który jednak w niebie ma jakiś spokój.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to co piszesz Almandynko o braku 'twardego centrum' jest dla mnie trudne do ogarnięcia praktycznie. Jak można działać z pełnym współczuciem, pomagać innym, być obecnym — bez poczucia własnego ja? To brzmi pięknie filozoficznie, ale w praktyce duchowej jak to wygląda? Bo ja jak medytuję, to zawsze jest 'ja', które medytuje.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się — czy w takim razie bodhisattwa to nie jest przypadkiem odpowiednik tego, co w niektórych tradycjach ezoterycznych zachodnich nazywa się 'służbą'? Mam na myśli takie pojęcie, które pojawia się w teozofii czy antropozofii — hierarchia duchowych nauczycieli, Mahatmowie, którzy pozostają blisko Ziemi, żeby pomagać ludziom w ewolucji. Steiner o czymś takim pisał, nie?
Dobra ale mam konkretne pytanie bo trochę gubie sie w tych nazwach. Powiedzcie mi po ludzku: jak długo trwa bycie bodhisattwą? Jedno życie, kilka, nieskończoność? Bo z tego co czytam to jakby kosmiczna skala czasu.
Trzech eonów? To jest jakiś absurd. Mam rozumieć, że ktoś świadomie bierze na siebie miliardy wcieleń? I co — pamięta przez to wszystko swój ślub? Jak to w ogóle działa?
Cała ta rozmoa jest super ale mam jedno pytanie które mnie nurtuje od początku — w chrescijaństwie Chrystus złożył ofiarę RAZ i to wystarczyło. Bodhisattwa musi to robić bez końca. To jest więc dwa zupełnie różne podejscia do zbawienia innych? Jedno jednorazowe i drugie bezustanne?
Właśnie zatrzymałem się na tym słowie 'obecności'. To jest chyba klucz do różnicy między tymi modelami. W chrześcijaństwie Chrystus wchodzi w ludzką historię, płaci cenę i wychodzi — zmartwychwstały, po prawicy Ojca. Bodhisattwa nie 'wychodzi'. Zostaje. Czy to nie jest paradoksalnie bliższe takiej mistyce chrześcijańskiej, gdzie Bóg jest immanentny, niż temu oficjalnemu teologicznemu modelowi ofiary?
A ja wróciłabym do pytania Wiesii, bo ono jest naprawdę ciekawe. Mnie zastanawia co innego — czy bodhisattwa czuje ciężar tych kolejnych wcieleń? Bo Chrystus cierpiał, to jest centralny punkt chrześcijaństwa. Czy bodhisattwa też cierpi, czy jest w jakimś stanie ponad cierpieniem przez całą tę drogę?
Karuna bez osobistego bólu — to brzmi jak coś, do czego dążą też niektóre zachodnie techniki medytacyjne, prawda? Czytałam coś o tym, że w mindfulness chodzi właśnie o to, żeby być z trudnymi emocjami bez utożsamiania się z nimi. Czy to jest jakaś dalekosiężna wersja tego samego?
Dziękuję Almandynce za to wyjaśnienie, bo ja właśnie miałam dokładnie takie skojarzenie z mindfulness i nie wiedziałam czy dobrze myślę! Chciałam zapytać o te dziesięć bhumich, które Szaman wspomniał — czy są one opisane w jakichś konkretnych tekstach, które mogłabym przeczytać po polsku? Bo szukam czegoś bardziej konkretnego niż ogólne omówienia.
Wracając do porównania z chrześcijaństwem — zastanawiam się, czy figura bodhisattwy nie jest jednak bliższa Matce Boskiej niż Chrystusowi? Mam na myśli to, że Maryja w kulcie ludowym jest kimś, kto wstawia się za ludźmi nieustannie, jest zawsze obecna, jej rola jest właśnie takim nieustającym towarzyszeniem. Chrystus odkupił, a Maryja cały czas 'przy'. Czy to jest zupełnie bez sensu?
A czy w buddyzmie nie ma czegoś co było by odpowiednikiem grzechu? Bo jak nie ma grzechu to nie ma czego odkupywac i może dlatego ten model jest inny? W chrscijaństwie cały sens ofiary bierze sie wlasnie z tego ze jest dług do spłacenia.
Dobra, rozumiem już tę różnicę z grzechem i karmą. Ale mam inne pytanie — czy jest jakaś hierarchia tych bodhisattwów? Znaczy, Awalokiteśwara jest ważniejszy od jakiegoś mniej znanego? Bo skoro jeden jest wcielany jako Dalajlama, a inni nie, to chyba nie wszyscy są równi?
Ta specjalizacja mnie zastanawia. Ksitigarbha dla najniższych światów — to brzmi jak ktoś, kto idzie w najgorsze miejsca, żeby wyciągać tych, którym jest najgorzej. Czy to jest tak rozumiane, że bodhisattwa może dosłownie zejść do czegoś w rodzaju piekła? Bo to by było chyba najbardziej poświęcające ze wszystkich możliwych działań.
To zestawienie Ksitigarbhy z zstąpieniem do otchłani jest naprawdę mocne. Ale czy ktoś wie, czy to jest przypadkowe podobieństwo, czy jest jakaś hipoteza o wpływach? Bo ta Sutra pochodzi z III lub IV wieku n.e., chrześcijaństwo się już rozwijało, jedwabny szlak działał...
Sam składałem cztery śluby bodhisattwy kilka razy podczas sesji medytacyjnych w tradycji zen. To jest moment, który zaskakuje tym, że jest jednocześnie całkowicie niemożliwy i całkowicie oczywisty — ślubować wyzwolenie wszystkich czujących istot, wiedząc, że to niewykonalne. Mój nauczyciel mówił, że właśnie ta niemożliwość jest polem praktyki. Nie da się tego zrozumieć głową, można to tylko powtarzać, aż coś się zmieni w nastawieniu.
Zdecydowanie nie intelektualna. To bardziej jak pęknięcie czegoś, co do tej pory wydawało się spójne. Siadujesz, składasz te cztery śluby i nagle słyszysz siebie jak mówisz 'ślubuje wyzwolić wszystkie czujące istoty' — i śmieszność tego i powaga tego uderzają jednocześnie. Może właśnie o to chodzi — paradoks, który nie ma rozwiązania, tylko ma być noszony.
To co Cezary opisuje z tymi ślubami — czy te cztery śluby są takie same we wszystkich szkołach buddyzmu mahajany? Szaman wcześniej mówił o dziesięciu bhumich, ale nie słyszałam żeby wspominał coś o ślubowaniu. Czy to jest etap na tej ścieżce, czy coś osobnego?
Okej, ale ja mam pytanie bardziej przyziemne. Mówicie o ślubowaniu wyzwolenia wszystkich istot, o zejściu do piekieł jak Ksitigarbha — to brzmi jak coś dla zaawansowanych mnichów, nie dla zwykłych ludzi. Czy przeciętny buddysta na Tajwanie albo w Japonii naprawdę tak to rozumie, czy to bardziej jest jakaś elitarna teologia?
To jest naprawdę dobre pytanie i chyba najuczciwsza odpowiedź brzmi: różnie, zależnie od tradycji i osoby. W buddyzmie tybetańskim te śluby składa się stosunkowo wcześnie, jako wyraz kierunku, a nie osiągnięcia. W Japonii Ksitigarbha, czyli Jizo, jest bóstwem głęboko ludowym — figurki Jizo stoją przy drogach, stawiają je rodzice dzieci, które umarły. To niekoniecznie filozofia, ale żywa relacja z konkretną postacią.
Dziękuję za to Almandynko, bo właśnie tego mi brakowało w tej rozmowie! Te figurki Jizo przy drogach — to jest coś, co widziałam na zdjęciach z Japonii i zawsze mnie to wzruszało, ale nie wiedziałam, że to właśnie Ksitigarbha. Czy te dzieci, dla których się stawia figurki, to są dzieci nieochrzczone jak w katolickim limbo? Czy to jest podobny koncept?
To zestawienie z limbo mnie zatrzymało. Skoro w katolicyzmie dziecko bez chrztu trafiało do limbo, a Jizo w buddyzmie aktywnie wychodzi tym dzieciom naprzeciw — to czy to nie pokazuje właśnie tej różnicy, o której Almandynka pisała na początku? Że w buddyzmie nie ma sędziego, który wyklucza, jest tylko ktoś, kto idzie po tych wykluczonych?
A czy bodhisattwa musi byc człowiekim żeby pomagać? Bo jeśłi karma to nie tylko ludzie, inne istoty tez mają karme, to czy np. zwierze może być bodhisattwą? Albo jakiś byt, którego nie widać?
