To co Irenka napisała na końcu jest dla mnie naprawdę mocne - że mechanizmy ochronne stają się mechanizmami opresji. Ale mam pytanie, bo nie mogę tego puścić: czy to znaczy, że każda religia, która przeżywa dostatecznie długo, musi przez to przejść? Że to jest jakiś strukturalny etap, nie wyjątek?
Właśnie tak to wygląda z zewnątrz - ale czy ktoś w środku, kto szedł na krucjatę, myślał: 'wzmacniam centrum władzy kościelnej'? Bo chyba nie, prawda? On myślał, że odpowiada na Boże wezwanie. Pytanie jak wielka jest ta przepaść między tym co instytucja robi a tym co wierny przeżywa.
Nie miałem pojęcia że ta hadith jest kwestionowana. To znaczy, że islamiści którzy mówią tylko o dżihadzie zbrojnym nie ignorują teologii - oni operują na konkretnej wersji kanonu? To trochę zmienia postać rzeczy bo wydawało mi się, że to jest nadużycie, a tu wychodzi że jest to przynajmniej jedna z wersji ortodoksji.
Tak i to jest świetna ilustracja tego jak spory o autentyczność tekstów mają realne konsekwencje. W chrześcijaństwie mamy podobne przypadki - tekst o dwóch mieczach w Ewangelii Łukasza był przez wieki interpretowany jako uzasadnienie dla dwóch władz, duchowej i świeckiej, i na tej podstawie papieże rościli sobie prawo do błogosławienia wojen. Filologia może dosłownie zabijać albo ochraniać.
To jest niesamowite, że interpretacja jednego słowa albo autentyczność jednej hadith może mieć takie skutki. Ale wracam do pytania Niedzieli o wewnętrzny dżihad - czy w hinduizmie jest coś analogicznego? Bo dharmayudha to walka dla dharmy, ale dharma to też porządek wewnętrzny. Czy jest tam rozróżnienie między walką zewnętrzną a wewnętrzną podobne jak w islamie?
Ghandi i Savarkar czytali tę samą Gitę - to chyba najlepszy przykład w całej tej rozmowie. Dosłownie ten sam tekst, diametralnie różne wnioski. Więc czy w ogóle można mówić, że tekst 'legitimizuje' lub 'zakazuje' przemocy? Czy to nie jest zawsze człowiek, który decyduje, a tekst jest tylko zasobem po który sięga?
Kwakrzy, o których mówiliśmy wcześniej, nie mają świętej wojny w doktrynie - ale też są marginalną tradycją bez ambicji terytorialnych. Ciekawsze pytanie to czy jest jakaś duża, globalna tradycja bez militarnych korzeni. Dżinizm? Oni mają ahimsę jako absolutną zasadę, bez wyjątków. Nigdy nie słyszałam o dżinijskiej wojnie świętej.
No właśnie, to jest trochę smutne że nie możemy wskazać tradycji, która 'zdała ten egzamin'. Ale może źle stawiamy pytanie? Może zamiast szukać religii bez przemocy, powinniśmy patrzeć na to jakie mechanizmy wewnątrz tradycji hamowały przemoc gdy już była możliwa?
To ciekawe przesunięcie Rajmunda. Bo jeśli szukamy hamulców a nie czystych tradycji - to nagle mamy więcej materiału. Sobor Watykanski II jest takim hamulcem, ijtihad w teorii jest takim hamulcem, Gandhiowska interpretacja Gity jest takim hamulcem. Moze historia religii to historia napięcia między tymi hamulcami a akceleratorem?
Ten obraz mi się podoba - akcelerator i hamulec w jednym mechanizmie. Ale chcę dodać jeden hamulec, który moim zdaniem jest niedoceniany: mistyka. W każdej z omawianych tradycji mistycy - sufici, kabaliści, chrześcijańscy kontemplatycy, tantricy - mieli tendencję do universalizmu. Jak widzisz Boga bezpośrednio, trudno ci jest twierdzić, że Bóg preferuje twoją grupę etniczną.
Bernard z Clairvaux to jest bardzo celny przykład i chyba rozbija tezę Irenki. Człowiek który pisał o miłości Boga jako doświadczeniu bezpośrednim - i jednocześnie pisał traktaty uzasadniające zabijanie muzułmanów jako służbę Bożą. Może mistyka daje intensywność doświadczenia, ale nie determinuje jego kierunku? Można intensywnie kochać Boga i intensywnie nienawidzić Jego rzekomych wrogów.
To jest chyba najbardziej mroczny wniosek tej całej rozmowy. Że głębokość duchowa nie chroni przed przemocą - może nawet dodaje jej energii. Bo wiara powinna być hamulcem, a wychodzi na to, że jest amortyzatorem wyrzutów sumienia. Jak wrócić z tym do tytułu wątku - czy religie uzasadniają przemoc? Wydaje mi się, że precyzyjniejsze pytanie brzmi: czy religie umożliwiają przemoc bez poczucia winy?
Ale czy nie jest tak, że religia ma jeden dodatkowy element którego nie ma nacjonalizm - ona ma sankcję metafizyczną? Nacjonalista boi się zdrady narodu, który jest jednak ludzkim konstruktem. Wierzący boi sie zdrady Boga, który jest wieczny i wszechmocny. To chyba zmienia ciężar gatunkowy?
Tak, i to jest właśnie to co obserwujemy w doktrynie dżihadu obronnego - walka za wiarę nie jest tylko patriotyzmem, ona ma kosmiczny wymiar. Żołnierz który ginie na wojnie narodowej jest bohaterem, ale żołnierz który ginie w świętej wojnie jest męczennikiem który idzie prosto do nieba. Szahid w islamie, milites Christi w średniowiecznym chrześcijaństwie - ta kategoria nie istnieje w świeckim nacjonalizmie.
Właśnie ta kategoria męczennika-wojownika jest dla mnie najcięższa do przepracowania. Bo z jednej strony rozumiem, że to nadaje głębszy sens ofierze z życia. Z drugiej - to jest dokładnie ten mechanizm który sprawia, że śmierć w walce staje się pożądana, a nie tylko akceptowalna. Czy jest jakaś tradycja, która ma to napięcie jakoś rozwiązane?
To jest odpowiedź na pytanie Rajmundy, ale też właściwie odpowiedź na cały wątek. Może żadna tradycja tego nie rozwiązała, bo każda tradycja musi funkcjonować przez ludzkie instytucje - a instytucje mają własne interesy. Duchowe uzasadnienie przemocy zawsze przechodzi przez ludzki filtr i ludzki filtr zawsze jest podatny na deformację. Ale to by znaczyło, że problem nie jest teologiczny tylko socjologiczny?
Czy jest w ogóle jakas tradycja ktora ma ten hamulec wmontowany systemowo, nie awaryjnie? Bo jak dotąd mamy wszędzie: albo alegoryzację post factum, albo mistyków jako margines, albo instytucjonalne decyzje które mogą być odwrócone. Nigdzie nie ma czegoś co by na poziomie doktryny po prostu zamykało furtkę raz na zawsze.
Dżinizm naprawdę wydaje mi się najbliższy temu co opisujesz - ahimsa jest u nich zasadą kosmologiczną, nie tylko etyczną. Nie chodzi o to że 'nie powinieneś zabijać', tylko że każde zabicie degraduje twoją duszę w sposób metafizyczny. Ale - i tu wracam do tego co mówiła Kasandra - Dżinowie nigdy nie mieli państwa do obrony. Więc to jest teoria nieprzetestowana w najtrudniejszych warunkach.
Ale buddyzm miał epizody gdzie naprawdę duże państwa buddyjskie - Asoka, królestwo Pagan - utrzymywały przynajmniej na poziomie oficjalnej doktryny niechęć do wojen zaborczych. Asoka po Kalingdze naprawdę zmienił kurs imperium. To nie jest mała tradycja marginalna. Pytanie czy Asoka to wyjątek czy możliwy wzorzec.
I tu jest chyba sedno - personalne doświadczenie działa mocniej niż systemowa doktryna. Asoka widział Kalingę. Krzyżowcy którzy wracali z wypraw i pisali o wątpliwościach - oni też coś widzieli. Mistyczka która miała bezpośrednie doświadczenie Boga i przestała potrzebować walczyć w Jego imieniu - ona też coś osobiście przeżyła. Może hamulce które działają to zawsze są hamulce osobiste, nie instytucjonalne?
Hipolit celnie to podsumowuje, ale mnie nurtuje jedno - czy naprawdę zaczęliśmy od trzech różnych rzeczy? Bo im dłużej czytam tę rozmowę, tym bardziej mi się wydaje, że jihad, krucjata i dharmayudha to nawet nie są 'warianty' - to są odpowiedzi na zupełnie inne pytania. Jihad pyta 'jak się mam zachować', krucjata pytała 'jaki mamy cel polityczno-religijny', a dharmayudha pyta 'kiedy walka jest w zgodzie z porządkiem kosmicznym'. To nie jest to samo pytanie tylko w trzech językach.
Słucham tej rozmowy i chcę zapytać o coś bardzo konkretnego, bo mi się kręci w głowie od jakiegoś czasu. Mówiliśmy dużo o tym jak instytucje wypaczają doktrynę. Ale czy ktoś tu zna przypadek gdzie to poszło w drugą stronę - gdzie jakaś konkretna doktryna o świętej wojnie faktycznie powstrzymała instytucję przed czymś co chciała zrobić? Nie post factum, nie mistyk na marginesie, tylko realna sytuacja gdzie teoria zadziałała jako hamulec?
A czy prawo międzynarodowe działa inaczej? Też zależy od konkretnych ludzi którzy chcą je egzekwować. Może to jest po prostu cecha każdego systemu normatywnego, a nie specyfika religii? Zastanawiam się czy nie stawiamy religii wyższych wymagań niż innym systemom.
No i tu jest pułapka którą wskazujesz - bo każda tradycja odpowie: 'właśnie dlatego mamy warunki, ograniczenia, etykę walki'. Islam ma fikh al-jihad, chrześcijaństwo miało bellum iustum, hinduizm ma dharmaśastrę. Problem w tym że te systemy były budowane przez tych samych ludzi którzy potem o wojnach decydowali. To jest trochę jak pisanie własnych standardów audytu.
Sangha buddyjska miała podobną strukturę - mnisi teoretycznie poza hierarchią świecką, z Winają jako niezależnym kodeksem. Ale historycznie klasztory buddyjskie w Japonii, Korei, Tybecie i na Sri Lance wchodziły w głębokie relacje z władzą. Hiei-zan w Japonii miał własnych wojowników-mnichów, sohei. To jest ten sam wzorzec - instytucja religijna zaczyna mieć interesy materialne i terytorialne, i wtedy jej niezależność doktrynalna się komplikuje.
I to jest może najuczciwsza odpowiedź całej tej dyskusji - że napięcie między doktryną a praktyką jest w wielu tradycjach świadomie tolerowane, a nie rozwiązywane. Bo rozwiązanie by wymagało albo porzucenia doktryny albo porzucenia praktyki. Żadna duża instytucja nie chce robić ani jednego ani drugiego.
Ale mam wrażenie że wciąż kręcimy się wokół instytucji, a pomijamy coś ważnego - co z jednostkami które w imię tych doktryn walczyły albo odmawiały walki? Bo to nie jest tylko historia instytucji, to jest też historia sumień. I tam chyba doktryna działa inaczej niż na poziomie strukturalnym.
