Chciałem zapytać o coś, co mnie od dawna nurtuje. Czy religie naprawdę uzasadniają wojnę? Bo słyszę z jednej strony, że dżihad to tylko walka duchowa z samym sobą, z drugiej, że to święta vojna. Podobnie z krucjatami - kościół mówi dziś, że to była pomyłka, ale wtedy papieże błogosławili rycerzy. Jak to właściwie jest w różnych tradycjach? Czy pojęcie 'świętej wojny' to zawsze interpretacja późniejsza, polityczna, czy te religie od początku miały w sobie ten ząb?
Dobre pytanie, ale myślę, że zanim wejdziemy w szczegóły, trzeba rozróżnić dwie rzeczy: wojnę nakazywaną przez boga bezpośrednio i wojnę usprawiedliwianą przez kapłanów w imieniu boga. To są kompletnie różne konstrukcje teologiczne. W przypadku dżihadu mamy w Koranie wyraźne rozróżnienie - wielki dżihad to praca nad sobą, mały dżihad to walka zbrojna i jest obwarowana konkretnymi warunkami. Chrześcijaństwo natomiast nie ma w Ewangeliach czegoś takiego jak nakaz walki - doktryna 'słusznej wojny' to wytwór późniejszy, Augustyn z Hippony i Akwinata. Dlatego pytanie o 'czy religia uzasadnia przemoc' trzeba zawsze rozbić: który tekst, która epoka, czyja interpretacja.
Mam wrażenie, że w tej rozmowie od razu wskakujemy na poziom teologiczny i zapominamy o czymś podstawowym: każda z tych tradycji miała też konkretnych ludzi, konkretne struktury władzy, konkretne interesy. Można sobie cytować Augustyna do upadłego, ale krucjaty to był też mechanizm wewnętrzny - pozbądź się nadmiaru rycerzy z Europy, skieruj ich agresję na zewnątrz. Czy to religia uzasadniała przemoc, czy może przemoc szukała uzasadnienia w religii? To dla mnie kluczowe pytanie.
Właśnie ta sprzeczność - 'nie zabijaj' a jednocześnie nakaz podboju - jest kluczowa dla całej tej dyskusji. Bo ona pokazuje, że każda z tych tradycji musi jakoś wewnętrznie pogodzić impulsy pokojowe z militarnymi. I zawsze gdzieś jest wyjątek, zawsze jest 'ale jeśli'. W buddyzmie teoretycznie ahimsa, niestosowanie przemocy, jest fundamentem - a jednak mieliśmy buddyjskich mnichów błogosławiących żołnierzy w Japonii, mamy nacjonalizm buddyjski w Birmie. Skąd to napięcie?
Ten przykład z Birmą mnie zawsze zbijał z tropu. Buddyzm kojarzy mi się z medytacją i nieagresją, a tu nagle organizacje mnichów popierające wypędzanie Rohindżów. Czy to jest w ogóle 'buddyjska' przemoc, czy raczej nacjonalizm, który pożyczył szatę buddyjską? Bo jeśli to drugie, to może religia jest tu tylko przykrywką?
Ale zastanawiam się, czy to nie jest kwestia tego, że religie powstałe w kontekście plemiennym, wojennym, musiały zawierać jakieś regulacje dotyczące walki. Biblia, Koran, Wedy - to wszystko teksty z epoki, w której wojna była stałą częścią życia. Może nie chodzi o to, że religie 'uzasadniają przemoc', ale że opisują świat, w którym przemoc jest i próbują ją jakoś uregulować? To inne podejście niż mówienie, że religia jest źródłem przemocy.
Wrócę do tego, co powiedział Wiciol na początku, bo mnie to uderzyło - że doktryna słusznej wojny w chrześcijaństwie to wytwór późny, Augustyn, Akwinata. Ale w tradycji prawosławnej jest jeszcze coś innego: Bazyli Wielki pisał, że żołnierze wracający z wojny powinni przez trzy lata wstrzymywać się od komunii. Jakby zabijanie, nawet w obronie, zostawiało skazę rytualną. To jest chyba najdalej od idei 'świętej wojny' jak można zajść, nie?
Bizancjum miało własną ideologię wojenną - basileus jako 'namiestnik Boga na ziemi' walczący z niewiernymi. Ale ceremonialne oczyszczenia po wojnie były zachowane. Krucjata jako papieska instytucja, z odpustem za zabijanie, to specyficzność zachodnia. Wschód patrzył na to dość podejrzliwie - i nie bez racji, bo czwarta krucjata skończyła się złupieniem Konstantynopola przez krzyżowców. To dobry przykład, jak 'święta guerra' może obrócić się przeciw koalicjantom w wierze.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może wydać się z boku - ale czy ktoś myślał o tym, jak astrologia polityczna i cykle planetarne korespondują z falami wojen religijnych? Saturno-Jowiszowe koniunkcje historycznie zbiegają się z przełomami doktrynalnymi. Ale to tylko tło. Wracając do tematu - ciekawi mnie, czy w tradycji zaratusztriańskiej jest coś analogicznego do dżihadu albo krucjaty? Bo dualizm Ahura Mazdy i Angra Mainju to walka kosmiczna - czy przekłada się na ludzką wojnę?
Czytam to wszystko i nasuwa mi się pytanie - czy może jest tak, że każda religia, która osiąga pewien zasięg polityczny, automatycznie wytwarza ideologię 'świętej walki', bo inaczej nie da się utrzymać władzy? Jakby to była nieuchronna konsekwencja splotu religii z państwem, a nie coś wynikającego z samej teologii?
Zastanawiam się, czy ktoś wie jak to wygląda w tradycjach, o których rzadko się mówi - na przykład w sikhizmie? Bo słyszałam, że sikhowie mają własną koncepcję 'świętego wojownika', dharm yudh albo coś podobnego, i że Guru Gobind Singh wręcz tworzył zakon wojowników. Jak to się ma do tego, o czym mówicie?
Właśnie to mi chodzi po głowie przy każdej z tych tradycji - kto ma władzę interpretacji. W islamie kto ogłasza jihad? W chrześcijaństwie papież albo sobór. W hinduizmie braminów, w sikhizmie Akali. Zawsze jest jakaś klasa kapłańska lub przywódcza, która przejmuje monopol na 'właściwe odczytanie' kiedy walka jest dozwolona. To chyba jest wspólna struktura.
Tak, i to jest ważne. Szyici mają doktrynę, że wielki jihad zaczyna się od środka, walka z własnym nafs - pożądaniem, ego. To jest sufickie w duchu. Mały jihad, ten zbrojny, jest wtórny. Natomiast pewne nurty salafickie odwróciły tę hierarchię i uczynily jihad zbrojny centralnym. Więc nawet w jednej tradycji masz dwie zupełnie różne aksjologie.
Mam wrażenie, że wszyscy skupiamy się na tekstach i doktrynach, a ja chcę zapytać o coś innego - co mówi zbiorowa energia, cykl historyczny? Gdy patrzę na daty wielkich wojen religijnych, to uderzające ile z nich przypada na okresy wielkich napięć Saturna z Marsem, albo wejście Plutona w nowe znaki. Reformacja, krucjaty, podbój arabski - to nie są przypadkowe momenty w czasie.
Sakralizacja wroga - to brzmi znajomo. Czy to nie jest dokładnie to, co robili naziści z Żydami, określając ich jako 'zarazę', tyle że bez opakowania religijnego? Ciekawe, że ta sama struktura myślowa działa w różnych kostiumach.
Ale wróćmy chwilę do tego buddyjskiego przykładu, bo mnie to nadal nie daje spokoju. Wiciol powiedział wcześniej o 'ochronie sasany' - ale czy w kanonie palijskim jest cokolwiek, co wprost daje mandat do przemocy zbrojnej? Bo znam ten argument, że to nacjonalizm przebrany, ale chciałabym wiedzieć, czy tekst daje sposób do takiego przebrania się.
Czyli mamy wzorzec: tekst nie daje mandatu wprost, ale zostawia przestrzeń interpretacyjną, którą następnie wypełniają polityczne potrzeby chwili. To jest chyba wspólne dla wszystkich tych tradycji, nie tylko buddyzmu.
A czy ktoś wie jak to wyglada w tradycji zoroastryjskiej? Bo jeśli dobro i zło są kosmiczną wojną Ahury Mazdy z Arymanem, to teoretycznie każda walka z 'siłami zła' mogłaby być uczestnictwem w tej kosmicznej wojnie, nie? Czy zaratusztrianizm rozwinął coś takiego?
Kasandra odpowiadała na to wcześniej - zaratusztrianizm był religią etniczną, nie misyjną, więc ta kosmiczna struktura nie przełożyła się na instytucję świętej wojny. Ale twoje pytanie jest ciekawe z innego powodu: czy monizm kosmiczny, gdzie zło jest realną siłą, a nie tylko brakiem dobra, sprzyja bardziej militarnej teologii niż monizm, gdzie zło jest iluzją?
Chyba żadna pojedyncza doktryna nie decyduje - ani kosmologia, ani eklezjologia, ani kanon. To zawsze jest wypadkowa kilku rzeczy naraz. Tekst plus władza plus moment historyczny plus wróg, który musi być nazwany.
To pytanie, które Hipolit zadał na końcu, jest chyba najważniejsze w całej dyskusji. Czy istnieje tradycja, która miała władzę, tekst i sposobność - i jednak nie sięgnęła po przemoc? Ja szczerze nie znam takiego przykładu na dużą skalę. Kwakrzy mają pacyfizm doktrynalny, ale nigdy nie rządzili państwem. Dżiniści podobnie. Może to jest wzorzec - pacyfizm jest możliwy tylko wtedy, gdy się nie sprawuje władzy politycznej?
Właśnie ta obietnica nagrody pośmiertnej mnie zawsze zastanawia. W islamie - szahid, w chrześcijaństwie średniowiecznym - odpust zupełny za wyprawę krzyżową. Czy dżinizm albo buddyzm mają coś porównywalnego? Bo jeśli nie ma takiej nagrody, to może właśnie dlatego te religie trudniej zmobilizować do masowej przemocy?
Właśnie o to chodzi, że oceny zawsze dokonuje ktoś na pozycji władzy. W islamie mufti, w chrześcijaństwie papież albo sobór, w buddyzmie mistrz. To nie jest przypadek - każda z tych tradycji wytworzyła instytucję, która ma ostatnie słowo w interpretacji. I ta instytucja siłą rzeczy jest podatna na naciski polityczne. Więc może pytanie powinno brzmieć: czy jakakolwiek religia ma mechanizm, który skutecznie izoluje interpretację od władzy świeckiej?
Kwakrzy znowu - oni celowo nie mają hierarchii kapłańskiej. Każdy może przemawiać na zebraniu, nie ma pośrednika. Ale to ma swoją cenę: brak hierarchii oznacza brak zdolności do koordynacji na dużą skalę. Więc może pacyfizm i centralizacja naprawdę się wykluczają strukturalnie, a nie tylko historycznie?
Czytam całą tę dyskusję i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od początku. Wszyscy analizujemy, jak religie uzasadniają przemoc - ale czy ktoś zna przypadek, gdzie autorytet religijny użył swojej pozycji, żeby aktywnie zatrzymać wojnę, nie tylko jej nie zacząć? Nie jako wyjątek od reguły, ale jako centralny element doktryny w działaniu?
Wydaje mi się, że te jednostkowe gesty - Franciszek, Gandhi, Dalajlama - zawsze pojawiają się w momentach, które astrologicznie można powiązać z przejściami Neptuna przez znaki...
To mnie zastanawia, czy w ogóle możemy zbudować jakiś wskaźnik, który by przewidywał, kiedy tradycja sięgnie po przemoc. Mamy kilka czynników w tej dyskusji: tekst z furtką interpretacyjną, władza polityczna, sakralizacja wroga, obietnica nagrody. Czy to wystarczający zestaw? Czy czegoś nam brakuje?
