Ten przykład halal i koszerności pokazuje coś, o czym mało mówiliśmy - że przepisy religijne są żywe, interpretowane, sporne. To nie są zamknięte systemy. Każde pokolenie na nowo negocjuje, co znaczy 'czyste'. Czy ahimsa jako mniej skodyfikowana zasada jest przez to bardziej albo mniej odporna na taką reinterpretację?
Mam inne pytanie, może bardziej praktyczne: czy ktoś z was próbował faktycznie przestrzegać któregoś z tych systemów przez dłuższy czas? Nie jako religijna konieczność, ale jako eksperyment duchowy? Ciekawi mnie, co to robi z codziennym doświadczeniem jedzenia.
A wracając trochę do tego, co Seid powiedział o żywych, spornych systemach - czy ktoś wie, jak wygląda dzisiaj debata wewnątrz islamu o granicach halal? Mam na myśli mięso hodowane in vitro, żelatynę, enzymy spożywcze. To nie są kwestie, które klasyczna fikh mogła przewidzieć.
Bardzo dobry punkt. W tej chwili jest co najmniej kilka różnych fatawy dotyczących mięsa laboratoryjnego. Część uczonych uznaje je za halal, bo nie wiąże się z ubojem. Część odrzuca, bo wyjściowa komórka może pochodzić ze zwierzęcia nie zabitego rytualnie. To jest żywy spór, naprawdę żywy - nie akademicki.
To jest niesamowite, że te systemy, które mają tysiące lat, nagle muszą odpowiadać na pytania, których twórcy nie mogli sobie nawet wyobrazić. Czy ahimsa ma w ogóle ten problem? Bo zasada 'nie krzywdź' zdaje się o wiele łatwiej aplikować do nowych przypadków niż szczegółowe przepisy uboju.
I to właśnie wraca do pytania Jasminkii o elitaryzm duchowy. Jainizm to wręcz formalizuje - są poziomy i każdy zajmuje swój poziom. Czy to uczciwe? Czy to realistyczne? Mam mieszane uczucia.
Chcę tu coś dodać, bo ta rozmowa o hierarchiach duchowych i dostępności jest ważna, ale gubi się nam jeden wątek. W tradycjach abrahamowych przepisy nie tworzą hierarchii zbawienia - koszerność jest obowiązkiem każdego Żyda, nie elitarnym przywilejem. Nie ma poziomów koszerności, które przybliżają do Boga bardziej niż inne, poza samym faktem przestrzegania lub nie.
a co z post ramadanowym, czy to bardziej rytuał czy dieta? bo mój kolega muzulmanin mowil ze chodzi o dyscypline ale nigdy nie tlumaczyl mi tego do konca dokladnie
I to jest chyba coś, o czym za mało mówiliśmy - że halal to nie tylko co jemy, ale też kiedy i jak. Ramadan jest zupełnie poza kodem halal/haram, to inny wymiar tej samej etyki ciała. Czy ahimsa i koszerność mają analogiczne 'wymiary czasowe', poza samą treścią?
W judaizmie tak - jom kipur jest właśnie tym. Post nie jako dieta, tylko jako zawieszenie ciała na czas, gdy dusza jest 'odsłonięta'. I jest dokładnie tak jak Seid mówi o ramadanie: chodzi o stan, a jedzenie jest tylko jedną z rzeczy, których się zawiesza.
To co Kianitka napisała o jom kipur bardzo mi kliknęło. Bo właśnie - post jako zawieszenie ciała, nie jako dieta. W jodze i ayurvedzie jest coś podobnego - dni ekadashi, kiedy się pości, ale chodzi o to, żeby prana mogła swobodniej krążyć, bo trawienie ją pochłania. Ciało odpuszczone, żeby coś innego mogło być bardziej obecne. Czy to jest ta sama zasada co w abrahamowych?
Słuchajcie, bo chcę wrócić do czegoś konkretnego zanim za bardzo odpłyniemy. Mamy trzy systemy - koszerność, halal, ahimsa - i wszystkie trzy mają ten 'wymiar zawieszenia', jak to nazwałam. Ale są też fundamentalnie różne w tym, co regulują na co dzień. Koszerność mówi o separacji, halal o dopuszczalności i rytuałach uboju, ahimsa o nieskrzywdzeniu w ogóle. Czy te trzy osie w ogóle są porównywalne? Albo może raczej pytanie: czy istnieje między nimi wspólny mianownik etyczny?
Właśnie to mnie najbardziej zastanawia od początku tego wątku. Bo jakbym miał szukać wspólnego mianownika, to powiedziałbym: uważność na to, co wkładamy do ust. Ale to brzmi trochę banalnie. Czy nie chodzi raczej o to, że każdy z tych systemów próbuje powiedzieć coś o relacji człowieka ze światem żywym? Halal mówi: możesz zabijać, ale z poszanowaniem. Ahimsa mówi: staraj się nie zabijać w ogóle. Koszerność mówi: oddzielaj kategorie, bo w separacji jest świętość. To są zupełnie różne filozofie.
Ale to chyba jest istota żywej tradycji, nie? Że tekst jest punktem wyjścia, a nie zamknięciem. W taoizmie jest podobnie z Tao Te Ching - komentarze komentarzy komentarzy, każde pokolenie dopisuje własne rozumienie. Nie widzę w tym słabości, bo tradycja, która nie interpretuje, zamienia się w skansen.
Właśnie chciałam się zapytać o coś podobnego. Bo jak patrzę na te systemy z zewnątrz, to ahimsa wydaje się najbliżej etyki - czujesz co robisz i dlaczego. Halal i koszerność wymagają autorytetu, certyfikatu, eksperta. Czy w ogóle można samodzielnie praktykować halal albo koszerność bez wspólnoty? Ahimsa można chyba praktykować w pojedynkę.
ale jak ktos jest na przyklad w nowym miescie i nie ma dostpu do koszernego sklepu to co, przestaje byc zydowski? to brzmi jakby religia była tylko dla tych w wielkich miastach
Seid albo Oleandra, bo oboje chyba wiecie - czy ta interpretacja koszerności jako 'muru ochronnego' jest talmudyczna, czy to raczej współczesna analiza socjologiczna nałożona na starożytny tekst? Bo słyszałam to kilka razy i nigdy nie wiedziałam, skąd pochodzi.
Termin 'syag la-Torah' - płot wokół Prawa - jest talmudyczny i oznacza przepisy ochronne wokół głównych zakazów. Ale czy koszerność miała funkcję separacyjną jako pierwotny cel? Maimonides w 'Przewodniku błądzących' wyjaśniał przepisy dietetyczne racjonalnie - higienicznie i jako separację od kultów pogańskich, nie od innych ludzi. Nowożytna analiza socjologiczna Douglasa i innych to osobna warstwa. Obie interpretacje są 'prawdziwe' w swoich kontekstach, ale nie mieszajmy ich.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i zastanawiam się nad czymś. Piszemy o koszerności, halal, ahimsie jakby to były systemy etyki spożywania. Ale chyba każdy z nich pretenduje do czegoś więcej - do bycia drogą, a nie tylko zestawem reguł. Ahimsa jest wprost zasadą metafizyczną. Halal to 'dozwolone przez Boga', nie 'etyczne według ludzi'. Koszerność to 'święte' - kadosh. Czy nie gubi nam się ta różnica kiedy analizujemy to jako systemy porównawcze?
I to nas sprowadza z powrotem na ziemię - bo chyba o to chodzi w tej rozmowie od początku. Że te systemy nie są dietami. Są językami. I jak każdy język, można się go nauczyć z zewnątrz, ale nie będziesz myśleć w nim tak samo jak native speaker. Czy to znaczy, że porównywanie jest bez sensu? Nie sądzę. Ale trzeba wiedzieć co się porównuje.
Pytia, ten obraz języka jest dla mnie bardzo przekonujący. Ale czy to znaczy, że rozmowa między językami jest niemożliwa? Bo właśnie to robimy - i chyba coś z tego wynika. Nie myślimy w koszerności, w halal, w ahimsie - ale możemy się przynajmniej przybliżyć do rozumienia, skąd te systemy mówią. Zastanawiam się, czy porównanie nie jest właśnie jedynym uczciwy sposobem na to przybliżenie, nawet jeśli zawsze będzie niekompletne.
Mam pytanie, które trochę cofnie nas do konkretów. Piszemy o tych systemach jak o całościach - ale ile w nich jest jednolitości? Bo halal nie jest jednakowy u sunnitów i szyitów, koszerność różni się między chasydami a reformowanymi Żydami, a ahimsa w jainizmie jest czymś zupełnie innym niż ahimsa praktykowana przez współczesnych hinduistów na co dzień. Może nie porównujemy systemów, tylko ich uproszczone wyobrażenia?
Ale czy to nie znaczy, że te systemy na pewnym poziomie przestają być o jedzeniu albo o etyce, a stają się głównie markerami przynależności? I jeśli tak - czy to osłabia ich duchowy sens, czy go wzmacnia? Bo można powiedzieć: wspólnota jest duchowa, więc marker wspólnoty jest duchowy. Ale można też powiedzieć: stało się to sposóbm socjalnym i tyle.
Wracam do czegoś, co Kianitka82 rzuciła - że porównujemy może uproszczenia. Mam wrażenie, że ahimsa jest w tej rozmowie traktowana trochę jak 'czystsza' wersja, bardziej intencjonalna i mniej formalna. Ale zapytam wprost - czy ktoś z was kiedykolwiek próbował praktykować ahimsę w którymkolwiek z jej poważnych ujęć? Bo z zewnątrz wygląda prosto, a podejrzewam, że z wewnątrz jest co najmniej tak samo wymagająca jak koszerność.
Ale chwila - czy projekt osobisty jest naprawdę 'inny' czy po prostu kontynuuje logikę adaptacji, która zawsze zachodziła w tych tradycjach? Weganizm motywowany ahimsą bez guru to może nie ortodoksja, ale buddyzm Zen przyszedł do Japonii z Chin i też się przekształcił nie do poznania. Każda tradycja gdzieś, kiedyś była adaptacją.
ale moznaby powiedziec ze buddyzm zen miał wciaz mistrza, liste nastepstw, szkole. Ravenna sama przyznala ze nie miala zadnego z tego. To chyba jednak roznica jakosciowa nie?
Seid, pociągnę ten wątek transmisji. Bo jeśli dobrze rozumiem - w każdym z tych systemów jest coś, czego nie możesz się sam nauczyć z tekstu. Musi ci ktoś przekazać. Czy to dotyczy też rozumienia tego, co jecie? Znaczy - czy jest różnica między tym, kto wie, że mięso jest koszernie ubite, a tym, kto rozumie, dlaczego shechita w ogóle ma sens duchowy?
