Zacząłem ostatnio myśleć o tym, jak bardzo różni się podejście do osób, które 'noszą ducha' - w zależności od tradycji. W szamanizmie syberyjskim ktoś taki przechodzi przez chorobę inicjacyjną, dosłownie rozpadanie się, żeby potem zostać złożonym na nowo. Prorok w tradycji abrahamicznej to ktoś, kto odbiera słowo z zewnątrz, nie musi się rozpadać. A medium spirytystyczne znowu działa zupełnie inaczej - użycza ciała, ale podobno zachowuje świadomość albo nie. Ciekawi mnie, jak wy to widzicie: czy to w ogóle porównywalne zjawiska, czy mówimy o zupełnie różnych mechanizmach?
To jest pytanie, które mnie od lat nie daje spokoju. Bo jak się przyglądasz tekstom źródłowym - czy to Eliademu, czy starszym relacjom etnograficznym - to szaman w klasycznym rozumieniu wcale nie jest 'opętany'. On podróżuje, zachowuje podmiotowość, negocjuje ze światem duchów. Medium zaś traci siebie. To fundamentalna różnica i mylenie tych dwóch ról jest moim zdaniem bardzo powszechnym błędem we współczesnej ezoteryce zachodniej.
Słucham tej dyskusji i myślę o czymś innym: a co z prorokami? Bo Ezechiel na przykład miał wizje, które opisuje dosłownie jako bycie przenoszonym, unoszonym, słyszenie głosów. Współcześnie psychiatria miałaby pewnie dużo do powiedzenia na ten temat. Ale w tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej to jest właśnie ten 'dar', o którym mowa w tytule wątku. Czy prorok to też 'nosiciel ducha' w tym samym sensie co medium?
To co Reginka napisała mnie uderza. Bo jest przecież pytanie, które w tych tradycjach stale powraca: skąd wiadomo, że prorok mówi prawdę? W islamie istnieje cały system weryfikacji autentyczności objawienia. W judaizmie podobnie - sprawdzano, czy proroctwo się spełnia, czy prorok żyje zgodnie z Torą. A w szamanizmie jak się to weryfikuje? Czy wspólnota jakoś ocenia, czy ktoś naprawdę 'ma kontakt', czy tylko udaje?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale czy te osoby same wybierają ten dar, czy to ich jakoś 'dosięga' niezależnie od woli? Bo czytałam gdzieś, że szaman nie może odmówić, bo zachoruje albo umrze. To prawda?
Ale jak to w ogóle można odróżnić od zwykłego zaburzenia psychicznego? Bo słyszę 'głosy', 'wizje', 'choroba' i to brzmi jak opis schizofrenii. Nie mówię, że tak jest, ale skąd pewność, że to nie jest po prostu choroba, a nie żaden dar?
No właśnie - i tu dochodzimy do sedna różnicy między tradycją a współczesną ezoteryką rynkową. W tradycji jest wspólnota, która weryfikuje. W nowożytnym spirytyzmie, New Age, modnym 'channelingu' - tej weryfikacji często nie ma. Każdy może ogłosić się medium i sprzedawać usługi. To jest poważny problem, bo rozmywa sens całego zjawiska.
Chciałabym tu wrócić do proroków, bo Reginka poruszyła ważny wątek. W tradycji żydowskiej jest pojęcie 'nabi' i 'roeh' - dwa różne typy proroków. Jeden widzi, drugi mówi. I co ciekawe, w Torze są też wyraźne ostrzeżenia przed fałszywymi prorokami. Czyli tradycja sama w sobie zakłada, że dar można sfałszować lub pomylić. To nie jest coś, co my wymyśliliśmy jako problem współczesności.
A jak to jest z mediumnictwem w praktyce? Bo ja byłam kiedyś na seansie i kobieta mówiła rzeczy, których nie mogła wiedzieć. Ale nie wiem, jak to ocenić - czy to był 'prawdziwy' kontakt z duchem, zimne czytanie, czy jeszcze coś innego. Jak wy podchodzicie do własnych doświadczeń z medium?
Ja mam podobnie jak Teodozja. Byłam raz u kogoś, kto miał dar wyczuwania energii i powiedział mi o rzeczy z przeszłości, o której nie mógł wiedzieć. Ale potem słyszałam, że to może być rodzaj intuicji rozbudowanej do granic, nie koniecznie kontakt z czymś zewnętrznym. Nie wiem, co o tym myśleć.
Dziękuję za tę rozmowę, bo właśnie o tym myślałam od dawna. Chciałam zapytać - czy ktoś z was osobiście czuł, że ma jakiś dar w tym sensie? Albo był w kontakcie z kimś wiarygodnym, kto taki dar posiadał? Bo czytanie o tym to jedno, ale doświadczenie jest chyba inne.
To co Reginka napisała o tej osobie, która unika słowa 'dar' - to mnie zatrzymuje. Bo w tradycji hebrajskiej prorok też nie był kimś, kto miał prezent od Boga i mógł go używać kiedy chciał. Słowo 'nabi' etymologicznie wskazuje raczej na kogoś, kto jest noszony, przepływany, czasem wbrew swojej woli. Izajasz mówi 'biada mi, bo mam nieczyste wargi' - żaden entuzjazm, żaden wybór. Czy ta twoja znajoma, Reginka, też to tak opisuje? Że to raczej coś przez nią, nie od niej?
W szamanizmie ewenków jest coś bliskiego temu - słowo 'uyan', które można tłumaczyć jako 'miękki', 'giętki'. Szaman to ten, kto jest wystarczająco miękki, żeby przepuścić przez siebie coś, co dla twardego byłoby zabójcze. To absolutnie nie jest chwała ani wyróżnienie. To raczej rodzaj konstytucji ciała i psychiki, który naraża cię na rzeczy, na które inni są po prostu zamknięci.
Ale poczekajcie - bo ta 'miękkość' brzmi pięknie, ale ma też ciemną stronę. Jeśli ktoś jest takim filtrem, to co go chroni przed tym, co przepuszcza? W tradycjach syberyjskich jest cały system ochrony rytualnej dla szamana. A co z dzisiejszymi mediumistami, którzy działają bez żadnej tradycji za plecami? Przepraszam za dosadność, ale to trochę jak wchodzić do reaktora bez kombinezonu i mówić, że masz dar tolerancji promieniowania.
Dobra, ale wróćmy do ziemi. Bo tu się mówi o syberyjskich szamanach, o starożytnych prorokach - a ja się pytam o tu i teraz. Jak ktoś dzisiaj, w Polsce, w bloku, ma sprawdzić czy ma 'dar' czy zaburzenie? I nie mówię o filozofii, mówię o konkretnej sytuacji życiowej.
A czy można mieć jedno i drugie naraz? Znaczy - i coś w rodzaju wrażliwości, i jednocześnie jakiś problem psychiczny? Bo mam wrażenie, że ludzie to traktują jak albo-albo, a życie chyba nie jest takie proste.
Właśnie o tym myślałam czytając całą tę dyskusję. Mam kuzynkę, która od lat słyszy głosy i jest pod opieką psychiatryczną. Ale ona sama mówi, że niektóre z tych głosów są pomocne, nawet jeśli inne ją przerażają. Lekarz tego nie rozróżnia - leczy wszystko razem. Nie wiem, co o tym myśleć.
Ale tu muszę zabrać głos, bo myślę, że trochę idealizujemy tradycyjne podejście. Nie każda społeczność szamańska radziła sobie z tym mądrze. Znam opisy z Syberii, gdzie człowiek z 'chorobą szamańską', który nie przeszedł inicjacji, po prostu funkcjonował na marginesie społeczności przez całe życie. Tradycja dawała ramy, ale nie gwarantowała rozwiązania. Pytanie do Szamana: czy znasz przypadki, gdzie te ramy nie wystarczyły?
Dziękuję za tę rozmowę, to naprawdę bardzo wiele dla mnie porządkuje. Chciałam zapytać o coś praktycznego: czy w waszej ocenie współczesne kursy 'rozwijania intuicji' albo 'otwierania na duchy' mają jakikolwiek sens w kontekście tego, o czym tu mówicie? Czy to jest namiastka inicjacji, czy kompletnie co innego?
Ale skoro tradycyjne inicjacje są niedostępne dla większości z nas, to czy nie jest tak, że te kursy to jedyne, co mamy? Trochę czuję, że ta dyskusja zmierza do wniosku, że albo masz urodzonego szamana z Syberii za mentora, albo lepiej nie zaczynaj. A to chyba nie jest fair wobec ludzi, którzy naprawdę coś czują i szukają.
Czytam to od dłuższego czasu i mam jedno proste pytanie, które mi się kręci w głowie: czy ktoś z piszących tutaj sam siebie uważa za medium, szamana albo proroka? Pytam serio, nie złośliwie. Bo dużo tu teorii, ale ciekaw jestem, czy ktoś mówi z własnego doświadczenia.
Dobre pytanie i odpowiem wprost: pracuję rytualnie od ponad dwudziestu lat, przeszedłem przez to, co można by nazwać kryzysem inicjacyjnym, i mam swoją praktykę. Nie nazywam siebie szamanem publicznie, bo to słowo jest teraz zbyt obciążone. Ale na forum używam tego nicka właśnie jako skrótu myślowego, nie tytułu. Czy to czyni mnie wiarygodnym? Nie wiem. Weryfikuje to tylko to, czy to, co mówię, jest przydatne dla rozmowy.
Dziękuję za szczerość. To zmienia dla mnie kontekst całej tej rozmowy. Bo jedno to czytać o tradycjach, a drugie - rozmawiać z kimś, kto przez to naprawdę przechodził. Możesz powiedzieć coś więcej o tym kryzysie inicjacyjnym? Jak to wyglądało z zewnątrz, a jak od środka?
Z zewnątrz wyglądało jak rozpad. Straciłem pracę, zerwałem kilka relacji, przez kilka miesięcy nie byłem w stanie utrzymać normalnego rytmu dnia. Ludzie wokół myśleli, że mam depresję - i nie mówię, że się mylili, bo to nie jest tak proste. Od środka wyglądało jak coraz silniejszy nacisk czegoś, co chciało przejść przez mnie, zanim byłem gotowy. Nie ma romantycznej wersji tego procesu.
To co opisujesz - 'nacisk czegoś' - jest zbliżone do tego, co Eliade nazywał chorobą szamańską jako formą inwazji. Ale mam pytanie, bo to ważne: czy w tamtym momencie miałeś kogoś, kto wiedział, co się dzieje? Mentora, tradycję, do której się mogłeś odwołać?
To co mówisz o diagnozie z zewnątrz - to jest w ogóle kluczowy problem współczesności, nie tylko w kontekście szamanizmu. Mamy odruch, żeby natychmiast nazywać i klasyfikować stany graniczne. A część tradycji mówi, że właśnie w tym nieokreśleniu jest sens przejścia. Pytanie tylko - jak długo można być w tym nieokreśleniu bez szkody dla siebie?
To co mówisz o fizycznych objawach - to mnie bardzo uderzyło. Bo moja kuzynka, o której wspominałam, miała właśnie takie epizody na początku, zanim dostała diagnozę psychiatryczną. I teraz nie wiem, co z tym zrobić. Nie mówię, że psychiatria się myliła - ona naprawdę potrzebuje pomocy. Ale czy te dwa wątki mogą istnieć równolegle, bez wzajemnego wykluczania się?
