To mnie zastanawia właśnie w tym kontekście. Jeśli androgyniczność bóstwa jest o uzupełnianiu biegunów, to czy Fraszokereti jest w ogóle możliwe do opisania w języku syzygii? Albo inaczej, czy świat po sądzie ostatecznym w zoroastryzmie byłby w jakimś sensie 'jedną zasadą bez drugiej', czyli czymś z definicji niepełnym?
Więc zoroastryzm ma w sobie coś chrześcijańskiego w tym sensie, że zbawienie to zwycięstwo, nie synteza? Czy to zbyt daleko idące skojarzenie? Bo widzę, że chrześcijaństwo też nie ma androgynicznego Boga, mimo że były takie próby w mistyce, na przykład u Boehmego.
A co z Sofią w prawosławiu? Bo słyszałam, że tam jest jakaś żeńska zasada, ale nie bardzo rozumiem jak to działa. Czy to jest syzygia w sensie zbliżonym do gnozy, czy coś zupełnie innego?
I tu się zatacza koło, bo Sofia w gnozie jest tym eonem, który 'upadł' próbując poznać Ojca bez swojego syzygeta, bez Chrystusa jako partnera. Jej samotność jest błędem kosmicznym, który powołuje do istnienia Demiurga. Więc brak syzygii nie jest tylko brakiem harmonii, w gnozie jest dosłownie źródłem złego stworzenia. To jest chyba najostrzejszy teologiczny argument za tym, że para jest strukturą konieczną, nie ozdobą.
Franek, to co napisałeś o Sofii i braku syzygeta mnie zatrzymało. Bo to znaczy, że upadek Sofii jest właściwie historią o tym, co się dzieje gdy jedna zasada próbuje być kompletna sama w sobie? Że androgyniczność nie jest stanem naturalnym jednego bytu, tylko musi być relacją między dwoma?
Tak to rozumiem. Sophia jako eon jest już z definicji elementem pary, a jej błąd polega na tym, że chce zadziałać poza tą strukturą. To jest w walentynianizmie coś w rodzaju naruszenia porządku kosmicznego przez samotne pragnienie. Syzygion nie jest ozdobnikiem, jest warunkiem możliwości działania.
Ale to rodzi dziwne pytanie o wolność. Jeśli eon musi działać wyłącznie w parze, to czy ma jakąkolwiek podmiotowość? Sophia wydaje się tu karnie ukarana za to, że chciała czegoś sama z siebie. To trochę nieswojo brzmi, szczególnie dla współczesnego ucha.
Zastanawiam się nad tym, co mówi Eliksira o Sophii jako zasadzie, a nie osobie. Bo w praktyce, kiedy się czyta teksty walentynijskie, ona jest opisywana bardzo emocjonalnie, pełna strachu i żalu. Czy to nie jest przypadkiem celowe uczłowieczenie, żeby czytelnik mógł się z nią utożsamić? Jakby była wzorem dla duszy szukającej drogi powrotu?
Ale wróćmy na chwilę do zoroastryzmu, bo wciąż nie jestem pewna jednej rzeczy. Mówiliśmy, że fraszokereti to zwycięstwo dobra, a nie synteza. Ale czy to znaczy, że po tym zwycięstwie Angra Mainyu po prostu... znika? Przestaje istnieć jako zasada? Bo jeśli tak, to zoroastryzm dochodzi do monizmu przez wyeliminowanie, a nie przez zjednoczenie. To jest naprawdę inne niż wszystko, o czym mówiliśmy.
To napięcie między dynamiczną pełnią a statyczną doskonałością jest chyba kluczem do rozróżnienia systemów, o których tu mówimy. Pleroma jest pełna, bo zawiera wszystkie zasady w harmonii. Zoroastryjski świat po fraszokereti jest doskonały, bo zła nie ma. Ale buddyjska nirwana też jest czymś trzecim, bo tam nie chodzi ani o harmonię zasad, ani o zwycięstwo jednej. Tam dualność po prostu nie jest punktem odniesienia.
Marylka zadaje pytanie, które mnie wcześniej blokowało. Androgyniczność jako symbol działa tam, gdzie mamy dwie rozpoznane zasady i ich zjednoczenie jest celem albo opisem doskonałości. W buddyzmie kategorie męskie i żeńskie są konwencjonalne, nie ontologiczne. Dlatego symbol androgynu w buddyzmie tantrycznym ma inny status niż u walentynian. Tam jest sposóbm dekonstrukcji dualizmu, a nie obrazem finalnego stanu rzeczywistości.
