A w gnozie? Bo z tego co wiem, gnostycka syzygia była też rozumiana jako ideał dla duszy szukającej swojej drugiej połowy, ale w sensie duchowym, nie cielesnym. Czy ktoś wie więcej o tym jak wyglądało to w praktyce wspólnot walentynian? Bo to by odpowiadało na pytanie Gertrudy.
Czytam tę rozmowę od początku i jedno mi nie daje spokoju. Mówimy cały czas o dwóch zasadach, które są razem, albo walczą, albo tańczą. Ale czy w którejś z tych tradycji jest koncepcja, że ten podział w ogóle jest iluzją? Że nigdy naprawdę nie było rozdzielenia?
I tu mnie zastanawia coś praktycznego. Bo jeśli masz system, który mówi że wszystko jest jednym i podział jest iluzją, to jak taki system odpowiada na realne zło w świecie? Bo zoroastryjski dualizm ma przynajmniej wyjaśnienie, skąd pochodzi cierpienie i co z nim zrobić. Adwaita mówi, że cierpienie jest iluzją, co brzmi trochę zbyt łatwo dla kogoś, kto naprawdę cierpi.
I tu mnie zastanawia coś praktycznego. Bo jeśli masz system, który mówi że wszystko jest jednym i podział jest iluzją, to jak taki system odpowiada na realne zło w świecie? Bo zoroastryjski dualizm ma przynajmniej wyjaśnienie, skąd pochodzi cierpienie i co z nim zrobić. A adwaita mówi, że cierpienie jest też iluzją? To brzmi jak dość kosztowna odpowiedź.
Ale chyba warto też zapytać, czy androgynowość bóstwa zawsze oznacza równowagę zasad? Bo na przykład Ardhanariśwara, ten hinduski obraz Śiwy i Parwati w jednym ciele, to jest połączenie, ale czy to jest równość? Kto jest 'ważniejszy' w tym obrazie, lewa czy prawa strona?
To co Kornelka mówi o śaktyjskiej interpretacji bardzo mnie uderza w kontekście zoroastryjskim. Bo tam mamy Spentę Mainju i Angra Mainju, i od razu wiemy który jest 'lepszy'. W Ardhanariśwarze z perspektywy śaktyjskiej ta ocena jest odwrócona albo przynajmniej zawieszona. Czy ktoś wie, czy w samej ikonografii tej postaci jest jakiś element, który wskazuje na dominację jednej strony?
Wracam do pytania, które postawiłem kilka postów temu i które trochę utknęło. Spytałem o sąd ostateczny w zoroastryzmie i o to, czy ta koncepcja jest naprawdę tak bliska abrahamicznym tradycjom. Bo jeśli tak, to byłby to jeden z najmocniejszych argumentów za transmisjami idei. Leokadia, czy możesz to rozwinąć? Bo czuję, że ta nitka prowadzi z powrotem do androgynowości poprzez kwestię, co tak naprawdę ma być zjednoczone na końcu czasów.
Dobrze, że wracasz, bo to jest kluczowe. W zoroastryzmie mamy Fraszokereti, ostateczną odnowę świata, kiedy Ahura Mazda ostatecznie pokona Arymana i wszystkie dusze przejdą przez ognistą rzekę, która jest jak gdyby oczyszczeniem. Sprawiedliwi doświadczają jej jako ciepłego mleka, grzesznicy jako ognia. Ale końcowy stan jest powszechne oczyszczenie, wszyscy wracają do jedności. To jest bliższe apokatastasis niż chrześcijańskiemu sądowi z wiecznym potępieniem.
Ale to zmienia całą perspektywę na tę rozmowę o syzygii. Bo jeśli Fraszokereti jest powrotem do jedności po przezwyciężeniu dualizmu, to zoroastryzm jednak zbliża się do schematu syzygicznego, tylko rozłożonego w czasie. Dwa elementy, napięcie, a potem zjednoczenie. Tylko że tam jedno z nich musi najpierw przestać istnieć?
A co z tym, co Rumianek mówiła wcześniej, że w taoizmie napięcie nie jest ani zjednoczone ani rozstrzygnięte, tylko trwa? Zastanawiam się, czy nie ma czwartego modelu, którego jeszcze nie nazwałyśmy. Bo mam wrażenie, że we wszystkich tych tradycjach chodzi o coś podobnego, ale każda odpowiada na to inaczej i żadna nie odpowiada w pełni.
Słucham tej rozmowy o Pleromie i mam pytanie, może trochę z boku. Skoro Pleroma jest pełnią, w której istnieją syzygiczne pary, to czy te pary w Pleromie jeszcze się od siebie różnią? Czy Logos i Zoe tam są jednym czy dwojgiem? Bo to zmienia odpowiedź na to, czym w ogóle jest syzygia, czy chodzi o zachowanie różnicy wewnątrz jedności czy o zniknięcie różnicy.
Wracam do mojego wcześniejszego pytania o człowieka, bo czuję że teraz mamy kontekst żeby na nie odpowiedzieć. Jeśli w gnozie chodzi o przypomnienie pełni, a w tantrze o odegranie zjednoczenia, a w zoroastryzmie o opowiedzenie się po stronie dobra i doczekanie końca, to co z androgynowością jako wzorcem dla konkretnego człowieka? Czy te tradycje mówią nam coś o tym, jak żyć tu i teraz, nie tylko jak skończy się kosmos?
I to chyba jest najlepsze podsumowanie nie tylko tego wątku, ale też całego pytania o transmisje. Zoroastryzm nie jest źródłem syzygii, androgynowości ani mistycznego zjednoczenia, ale dał pewne pytania, strukturę kosmiczną, napięcie między zasadami, eschatologię powrotu, i każda tradycja, która z nim się zetknęła, wzięła z tego co chciała i odpowiedziała po swojemu. Ciekawe, czy ta sama logika działa w drugą stronę, czy inne systemy dawały coś zoroastryzmowi?
To podsumowanie Franka jest naprawdę dobre, ale mam jedno niedopowiedzenie, które chciałabym rozwinąć. Mówisz, że zoroastryzm dał strukturę i pytania, a tradycje mistyczne dały odpowiedzi w formie syzygii i androgyna. Ale czy to nie jest trochę zbyt schludne? Bo wydaje mi się, że np. tantrycy nie czytali Awesty i nie myśleli 'o, tu brakuje odpowiedzi, uzupełnijmy to'. Skąd ta zbieżność strukturalna, jeśli nie z transmisji?
Dobra, ale wróćmy na chwilę do tego, co Franek powiedział o sądzie ostatecznym, bo to jest wątek, który trochę zostawiliśmy. Fraszokereti jako powrót do jedności po przezwyciężeniu dualizmu, czyli zoroastryzm idzie od jedności, przez dualizm, z powrotem do jedności. A gnostycyzm? Czy tam jest taki sam schemat? Bo wydaje mi się, że Pleroma jest na początku i na końcu, czyli to jest inny schemat.
I to jest chyba najważniejsza różnica dla pytania o syzygię. Bo w gnostyckim rozumieniu syzygia jest o zjednoczeniu dusz, które szukają swojej pełni, swojego 'drugiego głosu' jak Dzidka pięknie to wcześniej opisała. A w zoroastryzmie czegoś takiego jak syzygia dusz po prostu nie ma. Nie ma doktrynalnego połączenia bóstw w androgynę, nie ma mistycznego zjednoczenia jako ścieżki. Jest wybór moralny i czekanie na odnowę.
Mam pytanie, które może być głupie, ale skoro mówicie o syzygii dusz u gnostyków, to czy to jest to samo co idea 'drugiej połówki' albo 'płomiennej duszy'? Bo te pojęcia chodzą po różnych forach ezoterycznych i nigdy nie byłam pewna skąd to pochodzi.
Mnie to pytanie Heksanki bardzo trafia. Bo kiedy czytam o Pleromacie i syzygicznych parach, to zastanawiam się czy te pary są monogamiczne w sensie metafizycznym. Czy Logos jest 'stworzony' wyłącznie dla Zoe, czy to jest bardziej jak... każdy archetyp ma swoje dopełnienie i razem tworzą pełnię, ale nie ma w tym ekskluzywności?
Słuchałam tej rozmowy o Pleromie i mam takie wrażenie, że my od początku krążymy wokół jednego pytania, które nigdy nie wybrzmiało wprost. Czy androgynowość bóstwa to jest opis natury boskiej rzeczywistości, czy to jest opis tego, do czego człowiek ma dążyć? Bo te dwie odpowiedzi prowadzą w zupełnie różne miejsca.
Marylka trafia w coś, co mnie też od początku nurtuje. Bo kiedy zestawiamy Ardhanariśwarę, Rebis i walentynijskie syzygii, to one odpowiadają na różne pytania. Ardhanariśwara mówi o strukturze bóstwa samego w sobie. Rebis mówi o celu procesu, do którego dąży adept. A syzygia walentynijska mówi chyba o obu naraz, i o strukturze Pleromy i o tym, do czego wraca dusza. Czy ktoś widzi w tym spójny wzorzec, czy to jednak trzy oddzielne koncepcje?
Franek, to rozróżnienie, które robisz, jest dla mnie kluczowe. Próbowałam to samo powiedzieć wcześniej i nie wyszło mi tak precyzyjnie. Ale mam dodatkowe pytanie, może naiwne. Jeśli Rebis opisuje cel człowieka, a Ardhanariśwara opisuje naturę bóstwa, to czy praktykujący tantrysta, który 'wciela' Śiwę i Parwati w rytuale, jest gdzieś pomiędzy? Czy to jest akt opisowy czy transformatywny?
Pankracy ma rację w tej obserwacji, ale myślę że oboje mówicie o dwóch różnych momentach procesu. W tantrze ciało jest sakralne jako punkt wyjścia. W alchemii ciało staje się sakralne jako punkt dojścia. Czyli alchemia zakłada upadek, który tantra niekoniecznie zakłada. I to wraca do tego, co Franek wcześniej mówił o opisie bóstwa kontra opisie celu człowieka. Rebis jest możliwy po przemianie, Ardhanariśwara jest zawsze.
To porównanie map jest dla mnie bardzo pomocne. Ale mam pytanie do Kornelki, które mnie trochę blokuje. Jeśli w tantrze wszystko jest już obecne, to po co w ogóle jest rytuał? Co on robi, skoro nie ma nic do osiągnięcia?
To mi trochę przypomina pojęcie awidyi w hinduizmie, czyli niewiedzę jako zasłonę, a nie coś do wypełnienia. Ale chcę wrócić do tematu syzygii, bo trochę nam odpłynął w stronę alchemii i tantrzy. Syzygia u walentynian to był opis struktury Pleromy, a nie ścieżki człowieka, prawda? Czy te pary eonów też są w jakimś sensie 'zawsze obecne' jak w tantrze, czy są niedostępne dopóki dusza nie wróci?
Chciałam zapytać o coś, co mi się kręci po głowie od dłuższego czasu w tej rozmowie. Mówimy o syzygii jako parze w Pleromie, o androgynowości jako strukturze bóstwa. Ale w zoroastryzmie, który Franek wymienił na początku, nie ma chyba nic takiego jak para boskich zasad w tym sensie. Ahura Mazda nie ma żeńskiego odpowiednika, prawda? Więc to jest naprawdę inna logika.
Marylka dotyka czegoś ważnego, bo zoroastryzm jest tu faktycznie odstępstwem od schematu. Ahura Mazda jest jeden i nie tworzy pary jak walentynijskie eony. Ale Spenta Marynu, 'Święty Duch', i Angra Marynu, 'Zły Duch', są w jakimś sensie dwoma zasadami wyłonionymi z jednego źródła. Tylko że to nie jest syzygia, to jest opozycja. Para zasad walczących, nie uzupełniających się.
To jest chyba kluczowe rozróżnienie dla całego tematu. Syzygia to uzupełnianie, dualizm zoroastryczny to walka. I właśnie dlatego idea sądu ostatecznego i fraszokereti, o której wcześniej rozmawialiśmy, jest tam zwycięstwem jednej strony nad drugą, a nie zjednoczeniem dwóch biegunów w jedno.
