Na wschodnich krańcach Polski, w cieniu prawosławnych cerkwi i pośród białoruskiej gwary, wciąż żyją kobiety, które leczą szeptem. Szeptuchy – bo o nich mowa – od pokoleń „odbierają strach”, „zamawiają różę” i odczyniają uroki, łącząc modlitwę z formułami tak starymi, że ich korzenie giną w przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie. Kim naprawdę są, jak pracują i dlaczego ta tradycja przetrwała właśnie tam, gdzie wiele innych dawno zgasło?
Cały wpis dostępny tutaj: Szeptuchy – uzdrowicielki Podlasia
Zawsze myślałam, że szeptucha to taka wiejska wróżka albo zielarka. A z tego wpisu wychodzi, że to coś zupełnie innego. Może ktoś wyjaśnić po ludzku, kim ona właściwie jest i czym się różni od zwykłej znachorki?
A skąd w ogóle wzięło się to całe zamawianie? To magia czy modlitwa? Bo słyszałem, że one się modlą, a jednocześnie robią jakieś dziwne rzeczy z woskiem, i nie umiem tego pogodzić.
U mnie w rodzinie to żywy temat. Babcia była z Podlasia i kiedy byłam mała, zawiozła mnie do szeptuchy na przestrach. Pamiętam, że pani wylewała wosk nad moją głową do miski z wodą i coś cicho mówiła. Dziecięca wyobraźnia czy nie – wtedy naprawdę mnie to uspokoiło.
No dobra, tylko umówmy się szczerze – szeptucha to po prostu ładniejsze słowo na wiedźmę. Rzuca uroki, zamawia chorobę na kogoś, a jak trzeba, to i klątwę ześle. Napewno cała wieś się jej po cichu bała.
Warto dodać rzecz kluczową: to jest dar, a nie zawód, który się wybiera. Przekazuje się go w rodzinie, zwykle z kobiety na kobietę, i to często dopiero przed śmiercią. Nie da się ot tak zapisać na kurs i zostać szeptuchą.
Czyli to bardziej modlitwa niż zaklęcie? Bo dla mnie modlitwa to kościół, a zaklęcie to bajki, a tu wychodzi coś dokładnie pomiędzy. Jestem trochę zagubiona.
Ja byłam u szeptuchy jako dorosła osoba. Miałam nawracającą różę na nodze, leki pomagały tylko na chwilę. Ktoś polecił mi panią spod Białegostoku. Nie obiecywała cudów, po prostu szeptała i przykładała coś ziołowego. Nie wiem, ile w tym placebo, ale od tamtej pory nie wróciło.
Wróćmy na chwilę do wosku, bo mnie to najbardziej intryguje. Co się właściwie z tego wosku odczytuje? Bo to chyba nie jest wróżenie z kształtów dla zabawy, jak z fusów po kawie?
Ja swoją historię mam z niemowlakiem. Córka miała straszne płaczki, nie spała, nic nie pomagało. Teściowa zawiozła nas do szeptuchy prawie w tajemnicy przede mną. Nie wierzę w wiele rzeczy, ale mała po tym się uspokoiła. Do dziś nie umiem tego wytłumaczyć i zostawiam bez oceny.
Ważna rzecz o samych słowach: one są tajne i wyuczone na pamięć. Wierzy się, że jak wypowiesz je głośno komuś niepowołanemu albo nauczysz kogoś ot tak, to tracą moc. Dlatego szeptucha szepcze – i dlatego tak mało z tego zostało spisane.
Dobra, a jak taka wizyta wygląda od środka? Wchodzisz, siadasz i ona po prostu szepcze? Ile to trwa? Pytam całkiem serio, bo się nad tym zastanawiam.
Zaczynam rozumieć, że tu jest dużo więcej ludowej medycyny niż magii z horrorów. To trochę jak dawna wiejska psychoterapia plus zioła plus wiara zebrane w jedno?
A jak z ziołami konkretnie? Szeptuchy używały jakichś stałych roślin, czy to było czysto słowo i modlitwa, bez zielarstwa?
A czy to jest bezpieczne? Znaczy – czy nie zdarza się, że ktoś idzie do szeptuchy zamiast do lekarza i traci czas przy poważnej chorobie? To by mnie martwiło.
A czym to się właściwie różni od takiej wróżki z ogłoszenia, co zdejmie klątwę za 300 złotych? Bo dla laika brzmi to trochę podobnie – ktoś coś nad tobą odprawia i ma pomóc.
Szkoda by ogromna była, gdyby to przepadło. Czy ktoś to w ogóle spisuje albo nagrywa te formuły, zanim odejdą ostatnie szeptuchy? Bo to przecież kawał niematerialnego dziedzictwa.
Dziś akurat wszędzie pełno Halloween i Dziadów – a czy szeptuchy mają coś wspólnego z tymi zaduszkowymi klimatami, z kontaktem ze zmarłymi? Czy to zupełnie osobna bajka?
Skoro padło o odczynianiu uroku – to jedno z klasycznych zadań szeptuchy. Znam z domu test z węgielkami: rzuca się rozżarzone węgielki do wody i patrzy, czy toną. Jak toną, to znak, że urok jest.
Odczynianie uroku, jasne – tylko że za to trzeba słono zapłacić. Im drożej, tym mocniej działa, to przecież wiadomo. Prawdziwa szeptucha bez conajmniej stówy na stole nawet palcem nie kiwnie.
No ale szeptucha i wróżka to przecież jedno i to samo. Z kart czy z ręki powie ci przyszłość, a przy okazji trochę poszepcze. Zawsze tak myślałem, że to ta sama profesja, tylko różnie ją nazywają.
Cieszę się, że ta rozmowa tak wyraźnie oddzieliła szeptuchę od magii. Zmieniło mi to spojrzenie – teraz rozumiem, czemu babcia mówiła o tym z szacunkiem, a nie ze strachem. To był dla niej element wiary i zdrowia, a nie żadne czary.
Historycznie to ma zresztą mocny sens. Przez wieki szeptuchy były realną służbą zdrowia wsi – gdy do lekarza było daleko i drogo, ktoś musiał pomóc matce z chorym dzieckiem. Stąd ich autorytet. To nie zabobon w próżni, tylko cały system radzenia sobie.
A jak to wygląda językowo – te formuły są po polsku, po cerkiewnosłowiańsku czy po białorusku? Bo Podlasie to przecież mieszanka i ciekawi mnie, w jakim języku ona właściwie szepcze.
Dla zainteresowanych: warto poszukać reportaży o podlaskich szeptuchach, jest ich trochę. Więcej tam prawdy i konkretów niż w niejednym poradniku ezoterycznym, który robi z tego magię rodem z filmu.
Skoro na Podlasiu tradycja jest w rdzeniu prawosławna, to jak to wygląda po drugiej stronie granicy – u Białorusinów i Ukraińców? Tam szeptuchy działają tak samo, czy zupełnie inaczej? To chyba wspólne dziedzictwo całego pogranicza – orientuje się ktoś, jak to jest u sąsiadów?
