To z tym Tunkaśilem - czyli Lakotowie dosłownie mówią, że kamień jest żywy i jest przodkiem? Nie rozumiem jak to się ma do tego, że kamień nie oddycha, nie rośnie, nie reaguje. Jak oni to uzasadniają? Czy to jest metafora czy naprawdę wierzą, że kamień ma coś w rodzaju świadomości?
Czekaj, to jest odwrócenie całej hierarchii. Zwykle myślimy: minerał, roślina, zwierzę, człowiek - wznosząca się drabina. A tu kamień jest najwyżej, bo najstarszy? To jak to się ma do idei, że kamień nosi w sobie energię - czy to jest dokładnie to samo przekonanie, tylko inaczej nazwane?
Wlasnie o to pytałam wcześniej! Czy jest jakaś tradycja gdzie kamień jest aktywny, nie paswyny. I to jest odpowiedź. Ale mam pytanie praktyczne - jeśli Lakotowie traktują kamień jak osobę, to czy istnieje coś w rodzaju rytuału poproszenia kamienia o zgodę? Zanim go weźmiesz, zanim z nim pracujesz?
W wielu tradycjach rdzennych Ameryki jest dokładnie taki protokół. Nie bierzesz kamienia - prosisz go. Zostawiasz coś w zamian, tytoń albo inne ofiary. To jest relacja wymiany, nie własność. Co jest warte uwagi w kontekście całej naszej rozmowy o kamieniu fundamentalnym w Jerozolimie - tam też człowiek nie posiada miejsca, tylko jest jego gościem lub opiekunem.
To mnie zastanawia - bo w europejskiej magii ludowej też pojawiają się ślady takiego myślenia. Kamień znaleziony na rozstaju dróg, kamień z dziurą naturalną, tak zwany kamień wiedźmy, był traktowany nie jak znalezisko, ale jak coś co samo się pokazało. Że kamień czekał na znalazcę. Czy to nie jest ten sam schemat, tylko zanikły w naszej tradycji?
Dobra, przyjmuję ten argument. Ale wtedy wychodzi, że to co ja myślę w momencie znalezienia kamienia decyduje o tym, czym on jest dla mnie. Co chyba sprowadza nas z powrotem do tego co mówił Pawelek - że kontekst intencji jest kluczowy.
Słuchajcie, ale czy ktoś może mi powiedzieć wprost - jeśli mam czarny kamień i pracuję z nim jako ochronnym, to czy powinnam go prosić o zgodę? Jak to w ogóle wygląda praktycznie? Bo rozmawiamy o Lakotach i Jerozolimie, a ja mam kamień na parapecie i nadal nie wiem co z nim zrobić.
To jest pytanie, na które różne tradycje odpowiedzą inaczej i nie ma tu jednej metody. Ale pewne wspólne elementy się powtarzają - intencja przy pierwszym kontakcie, jakiś gest ofiarowania czegoś w zamian, uwaga na to jak czujesz się trzymając kamień po raz pierwszy. To nie jest rytuał na papierze, to jest uważność. Czy to wystarczająca odpowiedź na pytanie praktyczne?
A co z kamieniami, które są częścią budowli sakralnych - jak na przykład te z Göbekli Tepe, albo megality? Tam kamień jest już nieprzenoszalny, wmurowany, stoi w miejscu od tysięcy lat. Czy taka funkcja kamienia to osobna kategoria? Bo już nie jest kamieniem, który nosisz - jest miejscem.
Czyli ci, którzy stawiali te megalityczne budowle, mieli jakąś wiedzę o astronomii i używali kamienia jako precyzyjnego instrumentu? To brzmi bardziej jak nauka niż religia. Czy ktoś wie czy były tradycje, gdzie te dwie rzeczy były nierozdzielne?
Były i to jest właściwie norma, nie wyjątek. Starożytni Egipcjanie, Babilończycy, Majowie - u wszystkich astronomia była częścią teologii, a budowle sakralne były jednocześnie obserwatoriami. Kamień stawiany precyzyjnie według gwiazd był kamieniem, który łączył porządek kosmiczny z ludzkim rytuałem. Rozgraniczenie nauki i religii to produkt europejskiego oświecenia, nie ludzka natura.
I właśnie dlatego pytanie z tytułu wątku - skąd religie czerpią moc od minerałów - może nie mieć jednej odpowiedzi. Bo czasem minerał jest nośnikiem intencji, czasem jest osobą, czasem jest precyzyjnym urządzeniem, a czasem jest śladem obecności bóstwa. Każda z tych odpowiedzi jest z zupełnie innej filozofii.
Weszłam do tego wątku dość późno i przeczytałam chyba z połowę dyskusji. Mam jedno pytanie, może naiwne - czy jest jakaś tradycja, w której kamień chroni nie przez to co zawiera, ale przez to czym jest z natury? Nie przez rytuał, nie przez intencję, nie przez astronomię - tylko dlatego że jest po prostu tym konkretnym kamieniem?
Ale czy to musi być konflikt? W magii obrzędowej to dwa osobne poziomy często działają jednocześnie. Kamień ma własną naturę, a rytuał tę naturę ukierunkowuje. Jak woda, która sama z siebie gaśi pragnienie, ale możesz ją też zagotować, schłodzić, wlać do różnych naczyń - i każde zastosowanie jest inne, choć woda jest tą samą substancją.
Mam wrażenie, że przez całą rozmowę zakładamy, że moc kamienia jest faktem, i tylko dyskutujemy skąd pochodzi. Ale nikt nie powiedział wprost: z czego wynika, że kamień w ogóle ma jakąkolwiek moc? Czy to jest wiara, czy jest jakiś mechanizm?
Ale chwilę - jeśli rubiny są 'Słońca', to to jest przyporządkowanie symboliczne czy ma to wynikać z czegoś realnego? Bo jak ktoś ustalił że akurat rubin a nie szafir?
Historia geologiczna kamienia jako część jego mocy - to mnie coraz bardziej pociąga. Czyli kamień który formował się pod ogromnym ciśnieniem przez milion lat ma w sobie ten czas? Jak to się ma do tej idei, że Lakotowie widzą kamień jako najstarszą osobę?
Dobra, a wracając do bardzo praktycznego - bo ja mam obsydian i cytryn na parapecie i teraz ta rozmowa sprawia, że nie wiem co z nimi robić. Jeżeli kamień jest świadkiem i ma własną historię, to czy moje 'programowanie' go intencją nie jest po prostu nadpisywaniem czegoś co jest starsze i ważniejsze ode mnie?
Naprawdę dziękuję za tę całą rozmowę, bo zupełnie inaczej zaczynam patrzeć na swoje kamienie. Ale mam pytanie, może głupie - skoro kamień można prosić o zgodę, to czy można go też podziękować? Czy jest coś takiego w tych tradycjach jak zamknięcie współpracy albo odesłanie kamienia?
Jak najbardziej. W wielu tradycjach jest coś takiego jak 'zwolnienie' kamienia - oddanie go z powrotem ziemi, wodzie, rzece. To nie jest wyrzucenie, to jest zakończenie relacji z szacunkiem. Czasem kamień który długo służył ochronie rozbija się sam - i w niektórych tradycjach to jest znak, że wypełnił zadanie i sam zakończył współpracę. Czy ktoś z was miał taki przypadek?
Ja miałam! Mój czarny turmalin pękł na dwie części po bardzo trudnym okresie. Uznałam to za przypadek, ale po przeczytaniu tej rozmowy zaczynam myśleć inaczej. To znaczy - nie wiem co myśleć, ale pytanie zostaje. Czy jest jakaś tradycja, która dosłownie mówi że kamień może się poświęcić za człowieka?
To jest bardzo ciekawe pytanie, bo zakłada, że oczyszczanie działa jak opróżnianie zbiornika. Ale w tradycji hermetycznej to niekoniecznie tak jest - kamień nie jest naczyniem, które się przepełnia. Pęknięcie to raczej zmiana struktury pod wpływem czegoś, co ją przekroczyło. Jak to rozumieć w praktyce - to już inna sprawa.
Słuchajcie, ale ja cały czas nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o kamieniu ochronnym który 'przyjął cios'. To znaczy, że kamień podjął decyzję? Że to był wybór? Czy to się po prostu dzieje mechanicznie jak bezpiecznik w elektryce?
A mnie to uczciwie mówiąc trochę przestrasza. Bo jeśli mój cytryn ma wolę, to czy on też może zdecydować, że nie chce mi pomagać? Że mu się nie podoba to co robię?
To jest pytanie które pojawia się w wielu tradycjach i odpowiedź jest zwykle tak - kamień może 'odmówić współpracy', ale nie w ludzkim sensie odmowy. Raczej przestaje współbrzmieć z właścicielem jeśli właściciel zmienił się na tyle, że jego energia jest zupełnie inna niż kamienia. Dlatego zdarza się, że kamień który ktoś nosił latami nagle zaczyna uwierać albo gubi się.
Miałam coś takiego z ametystem - nosiłam go rok, potem zapodziałam gdzieś i nawet za nim nie poszłam. Czy to znaczy, że ta relacja się po prostu skończyła?
Ja mam pytanie trochę z boku tej konkretnej dyskusji - mówimy dużo o kamieniach ochronnych, ale czy są kamienie, które działają na coś zupełnie innego, powiedzmy na komunikację albo na twórczość? I czy one też mogą 'się skończyć' albo pęknąć?
