Chcę poruszyć temat, który od dawna mnie nurtuje, a rzadko pojawia się w takich rozmowach bez natychmiastowego wchodzenia w tory apologetyki albo ateistycznej krytyki. Chodzi o to, jak wyglądała teologia chrześcijańska zanim Sobór Nicejski w 325 roku ustalił doktrynę Trójcy. Bo jeśli spojrzeć uczciwie na teksty z II i III wieku, obraz jest zupełnie inny niż to, co dzisiaj uchodzi za oczywiste. Justyn Męczennik pisał o Logosie jako o drugiej, odrębnej boskiej zasadzie. Orygenes wprost mówił, że Syn jest 'deuteros theos' - drugim bogiem, podporządkowanym Ojcu. Tertulian, który jako pierwszy użył słowa 'trinitas', wyraźnie podkreślał hierarchię wewnątrz tej trójcy. Gdzie tu monoteizm w dzisiejszym rozumieniu? Mam wrażenie, że wczesne chrześcijaństwo było bliżej czegoś, co dziś nazwalibyśmy henoteizmem albo politeizmem monarszym - jedna najwyższa zasada, ale obok niej realne, odrębne byty boskie. Czy ktoś zna te teksty z własnej lektury? Co o tym myślicie?
Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób. Zawsze wydawało mi się, że Trójca to była podstawa od samego początku. Ale skoro mówisz, że Orygenes pisał o 'drugim bogu'... to dlaczego w kościołach nikt o tym nie mówi? Czy te teksty są ukryte czy po prostu zapomniane?
Czy to nie jest tak, że Ariusz przegrał właśnie dlatego, że miał rację? Mam na myśli - politycznie, bo Konstantyn potrzebował jedności. Czytałam gdzieś, że głosowanie w Nicei nie było tak jednoznaczne jak się powszechnie podaje.
No właśnie, ale tu jest ciekawy wątek energetyczny, jeśli można tak powiedzieć. Różne koncepcje emanacji - Ojciec emanuje Syna jak słońce emanuje światło - to jest schemat, który pojawia się też w neoplatonizmie, w kabale, w gnozie. Plotyn pisał o Jedni, Nous i Duszy Świata. Czy to nie jest ta sama trójca tylko nazwana inaczej?
Czytam ten wątek z uwagą, bo to mi się łączy z czymś, co ostatnio próbowałam zrozumieć w kontekście run. Koncepcja Odyna jako jednego boga nad bogami, ale jednak boga wśród bogów - to też jest coś między monoteizmem a politeizmem. Może to jest po prostu naturalny etap, przez który przechodzą religie kiedy próbują pogodzić monoteistyczną intuicję z wcześniejszym politeistycznym dziedzictwem?
Trochę mi się kręci w głowie od tej rozmowy. Czyli rozumiem tak: przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie modlili się do czegoś, co dzisiaj Kościół nazywałby herezją? To brzmi trochę absurdalnie. Jak to możliwe, że religia przez tyle lat nie wiedziała czego naucza?
Orygenes właściwie ZOSTAŁ potępiony, tyle że pośmiertnie, w 553 roku na Soborze Konstantynopolskim II. To jest przykład tego, jak doktryna ewoluuje wstecz - potomkowie potępiają myślicieli, których ojcowie czcili. Kościół to nie jest monolityczna instytucja z niezmienną nauką. To jest żywa tradycja, która przez wieki ustalała co jest ortodoksją, często odcinając się od własnych korzeni. To samo zresztą dotyczy kabały - Majmonides odrzucił dosłownie całą wcześniejszą tradycję angelologiczną jako zbyt politeistyczną.
I właśnie to jest dla mnie najbardziej interesujące w całej tej dyskusji. Kiedy czytam wczesnochrześcijańskich autorów, szczególnie Justyna, to widzę wyraźne wpływy żydowskiej spekulacji na temat Mądrości z Księgi Przysłów i Filona z Aleksandrii. Logos u Filona to niemal osobowa istota pośrednicząca między Bogiem a światem. Jezus jako wcielony Logos to jest nałożenie żydowskiej spekulacji filozoficznej na postać historyczną. Nie ma w tym żadnej magii - to jest normalna historia idei.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku, ale dla mnie ważne. Czy to, że teologia była tak płynna przez te pierwsze wieki, nie znaczy że w tamtym czasie ludzie mieli bardziej bezpośredni kontakt z tym co transcendentne? Że zanim wszystko zostało skodyfikowane i zamknięte w dogmaty, było miejsce na prawdziwe doświadczenie? Bo ja to czuję tak, że dogmaty zabijają żywe doświadczenie.
Myślę, że warto odróżnić dwa poziomy tej dyskusji: teologię spekulatywną - kto co pisał o naturze Boga - od praktyki liturgicznej i mistycznej. Modlitwy do Chrystusa jako Pana i Boga pojawiają się już w Listach Pawła i w Apokalipsie. Hymnos Phos Hilaron z III wieku jest modlitwą skierowaną do Chrystusa jako do Boga. Praktyka wyprzedziła teologię. Zanim teologowie zdecydowali co Chrystus 'jest', wspólnoty od dawna mu się modliły jak Bogu.
To mi się kojarzy z tym jak w ogóle działają religijne zmiany. Czy to nie jest tak że zawsze jest tak samo? Najpierw jest żywe doświadczenie, potem przychodzi instytucja i przykłada do tego ramy, a na końcu ramy stają się ważniejsze niż samo doświadczenie. Nie mówię że tak jest koniecznie źle, bo może bez ram te doświadczenia by zaginęły. Ale ciekawi mnie czy ktoś z was widzi w tym podobny wzorzec w innych religiach?
Zaraz, zaraz - bo to co napisał Perun80 o buddyzmie i islamie naprawdę mnie uderzyło. Czyli ten wzorzec powtarza się dosłownie wszędzie? Żywe doświadczenie, potem schematyzacja, potem schemat staje się dogmatem? To znaczy że Niceja nie była wyjątkiem, tylko po prostu najlepiej udokumentowanym przykładem czegoś zupełnie normalnego?
To jest właśnie dylemat, który mnie towarzyszy przy runach od jakiegoś czasu. Runy mają tradycję, mają system, mają reguły - ale jak bardzo te reguły są oryginalne, a jak bardzo to rekonstrukcja z późniejszych źródeł? Coś podobnego chyba dotyczy wczesnochrześcijańskiej teologii - ile z tego, co czytamy, to zapis żywej wiary, a ile to już teologia tworzona z pewnym dystansem?
Słuchajcie, ale ja się zastanawiam nad czymś innym. Mówicie o Nicei jak o jakimś politycznym zamachu stanu na teologię. Ale ci biskupi naprawdę wierzyli w to co głosili, nie? Konstantyn mógł wywierać presję na jednomyślność, ale nie mógł zmusić setki ludzi żeby wierzyli w coś wbrew swojemu sumieniu. Czy nie trochę za bardzo spiskujemy?
To jest dla mnie naprawdę nowe. Bo z zewnątrz wygląda to jakby cała ta debata była zamknięta w 325 roku i tyle. A tu okazuje się, że to był raczej długi, bolesny proces. Trochę jak formowanie się każdej tradycji - nie ma jednego momentu, jest ciągłe napięcie między różnymi rozumieniami. Czy nie jest tak, że te tradycje, które 'przegrały' - ariańska, gnostycka - gdzieś przetrwały? Może w innej formie?
Chciałem wrócić do czegoś co Ryszard zaproponował wcześniej - że praktyka liturgiczna wyprzedzała teologię. Mnie to bardzo przekonuje z jednego powodu: modlitwy się nie zmienią z dnia na dzień po soborze. Wspólnoty nadal śpiewały te same hymny, te same formuły. Więc nawet jeśli 'oficjalnie' ustalono coś w Nicei, na poziomie codziennej pobożności ciągłość była prawdopodobnie silniejsza niż się nam wydaje.
Z perspektywy pracy z energią - i mówię to poważnie - intencja i wewnętrzny obraz tego do kogo się zwracasz ma ogromne znaczenie. Modlitwa do współistotnego Boga versus pośrednika to jest jak zupełnie inna częstotliwość. Więc to nie jest tylko akademickie pytanie teologów, to ma praktyczne przełożenie na całą tradycję mistyczną.
To mi przypomina coś z tradycji nordyckiej. Odyn jest bogiem najwyższym, ale jednocześnie szuka wiedzy, sam się poświęca, wisi na Yggdrasilu. Jest zarówno ponad wszystkim jak i zanurza się w doświadczenie. Może ta oscylacja między 'równy' a 'pośrednik' to nie jest błąd teologiczny, tylko próba opisania czegoś co z natury nie daje się uchwycić jedną formułą?
Zaczekajcie - Jurek wspomniał o Bauerze i o tym, że ortodoksja to ta wersja, która przetrwała. Ale czy to nie jest trochę za proste? Bo jeśli tak, to każda herezja mogłaby być 'pierwotnym chrześcijaństwem' gdyby tylko wygrała politycznie. Czy Bauer ma jakichś poważnych krytyków wśród historyków?
Mam pytanie, które mnie gryzie od kilku postów. Wszyscy mówimy o tekstach, o soborach, o polityce. Ale co z ludźmi, którzy wtedy po prostu się modlili, chodzili do wspólnot, śpiewali hymny - czy oni w ogóle wiedzieli co się decyduje na Nicei? Czy ta debata dotyczyła zwykłych wiernych czy tylko elit teologicznych?
To nie jest żart, to jeden z najczęściej cytowanych przykładów w historii teologii. I właśnie dlatego Gibbon nazwał ten spór 'walką o przecinek', choć to lekkie uproszczenie. Za tą literą stała jednak prawdziwa różnica: czy Jezus jest Bogiem w pełnym sensie, czy tylko do Boga podobny. Dla kogoś kto myśli w kategoriach soteriologicznych - zbawienia - to jest kolosalna różnica, bo tylko prawdziwy Bóg może prawdziwie zbawić.
Wracam do tego co mówiła Kabalistka05 kilka postów wcześniej - że rodzaj teologii zmienia jakość modlitwy. Pracuję z intencją i obrazem od jakiegoś czasu i naprawdę czuję że to ma znaczenie czy zwracasz się do czegoś równego Absolutowi czy do pośrednika. Ale zastanawiam się: czy mistycy chrześcijańscy, powiedzmy Mistrz Eckhart, w ogóle operowali w tych kategoriach nicejskich? Bo mi się wydaje, że na poziomie głębokiej kontemplacji te rozróżnienia się rozmywają.
Słuchajcie, ale to co opisuje Perun80 brzmi bardzo podobnie do tego co dzieje się w sufizmie. Też mistyczne doświadczenie zjednoczenia, też napięcie z ortodoksją, też prześladowania - al-Hallaj został przecież stracony. Czy to jest może cecha każdej mistyki wewnątrz religii instytucjonalnej?
I wracamy w ten sposób do tematu wątku, bo to jest bezpośrednio związane z pre-nicejską teologią. Jeśli Jezus jest pośrednikiem - w sensie ariańskim, stworzonym, wywyższonym - to jest bardziej 'dostępny' jako wzór dla mistyka. Człowiek który osiągnął boskość. Ale jeśli jest współistotny Ojcu od zawsze, to jest ontologicznie niedościgniony. Który model bardziej sprzyja mistyce jako drodze?
Chcę zapytać o coś prostszego, bo trochę się gubię w tej dyskusji. Czy jest jakaś konkretna wspólnota chrześcijańska, która dziś oficjalnie wraca do pre-nicejskiej teologii? Bo słyszałem coś o różnych ruchach restauracjonistycznych, ale nie wiem czy to o to chodzi.
Dobra, mam jeszcze jedno pytanie bo nikt mi nie odpowiedział - czy jest jakaś konkretna wspólnota chrześcijańska, która dziś oficjalnie wraca do pre-nicejskiej teologii? Słyszałem o unitarianach, ale nie wiem czy oni to mają na myśli, bo brzmi to bardziej jak ruch humanistyczny niż teologiczny.
Do Rysarda i Jurek02 - jest jeszcze ciekawy przypadek: wspólnoty które wróciły do tzw. subordinacjonizmu, czyli poglądu że Syn jest 'pod' Ojcem w sensie ontologicznym, ale nie jest zwykłym stworzeniem. To jest właściwie teologia Orygenesa zanim Kościół go posthumicznie potępił. Niektóre anglikańskie kręgi neoplatońskie z XVII wieku, jak Cambridge Platonists, bliskie temu były. To nie jest powrót do Nicei, ale i nie czysty arianizm.
