Nicea nie obalała jednej herezji - ona wybierała z wielu opcji. To jest kluczowe. Atanazy wygrał nie dlatego, że miał jedyną słuszną interpretację, tylko dlatego że miał lepsze argumenty retoryczne i polityczne poparcie Konstantyna. Ariusz był zresztą bardzo popularny w wielu prowincjach, szczególnie wśród Germanów - dlatego Wizygoci, Ostrogoci, Longobardowie przez wieki byli ariańscy, długo po Nicei.
Słuchajcie, ale to co mówi Wibracja22 o Gotach pokazuje coś, co mnie uderza w całej tej dyskusji - teologia i polityka są ze sobą splecione nierozrywalnie. Nawrócenie Recareda to nie był akt wiary, tylko sojusz z Kościołem Rzymskim. I to mi jakoś odpowiada na pytanie które zadawałam wcześniej - co wiedzieli zwykli wierni. Oni zmieniali wiarę razem z królem, bo taka była logika tamtego świata.
Mam wrażenie że ta dyskusja trochę się skupiła na polityce i historii, a zaczęliśmy od pytania o mistykę i doświadczenie. Chcę wrócić do tego co mówiła Kabalistka05 - że mistyczna praktyka szła własnym torem obok oficjalnej doktryny. Ja to czuję jako coś ważnego, bo kiedy medytuję albo pracuję z intencją, to doktrynalne subtelności znikają, zostaje tylko stan. Czy mistycy tamtych czasów opisywali coś podobnego?
Ewagriusz to świetny przykład, bo on też był pośmiertnie potępiony - w 553 roku na V soborze powszechnym w Konstantynopolu. Jego koncepcja 'nous' - umysłu który wraca do pierwotnej jedności z Bogiem - była zbyt orygenistyczna. I tu jest paradoks: człowiek który ukształtował całą wschodnią tradycję hezychazmu, modlitwy Jezusowej, monastycyzm egipski - formalnie heretyk. Jak rozumieć tradycję, która żywi się z potępionych źródeł?
I to jest pytanie które mnie prześladuje od kiedy zacząłem poważnie czytać o mistyce. Bo te same napięcia widzę w kabale - Zohar cytuje autorytety, które sami kabbaliści wymyślili albo pseudepigraficznie przypisali starożytnym. Tradycja żywi się własnymi mitami o sobie. Czy to jest problem, czy może tak po prostu działa każda żywa tradycja duchowa?
Czytam całą tę dyskusję od początku i jedno mi nie daje spokoju. Wszyscy mówicie o Nicei jakby to był punkt zero. Ale co z pierwszymi dwoma-trzema wiekami - zanim Konstantyn, zanim sobory? Jak wyglądała modlitwa do Jezusa w najwcześniejszych wspólnotach? Czy zwracali się do niego jako do Boga wprost?
Słuchajcie, to znaczy że debata w Nicei była w jakimś sensie debatą o tym, którą z tych wcześniejszych tradycji - żydowską mądrościową, grecką neoplatońską, liturgiczną - uznać za wiążącą? I że homoousios Atanazego to był jeden wybór spośród kilku możliwych, a nie jedyna logiczna konkluzja z wcześniejszych tekstów?
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę się pogubiłem. Mówicie o Nicei jako wyborze z kilku opcji - ale czy ta decyzja miała jakieś natychmiastowe skutki dla zwykłych chrześcijan? Znaczy, czy ktoś w Aleksandrii albo Antiochii z dnia na dzień zmienił sposób w jaki się modlił?
To co mówi Perun80 pokazuje coś, co mnie zawsze uderza w historii religii - że dogmat i praktyka to są dwa zupełnie różne rytmy. Dogmat może się zmieniać uchwałą, ale praktyka duchowa zmienia się pokoleniami. I dlatego ta mistyczna podskórna ciągłość, o której mówiłam wcześniej, mogła przetrwać przez oficjalne zmiany jak przez aktualizację systemu operacyjnego - coś zostaje w tle.
Sagea.2 ma punkt, ale Jurek02 też. Te teksty cytują siebie nawzajem, ale pytanie brzmi co cytują - czy naprawdę tę samą doświadczalną treść, czy tylko ten sam język? Eckhart używał dionizjańskiego języka, ale jego 'Abgeschiedenheit' - oderwanie - to jest coś co wyrasta z zupełnie innego kontekstu społecznego i teologicznego. Cytat może być mostem albo może być pożyczką cudzego prestiżu.
Wróćcie chwilę do tego co Perun80 mówił o modlitwie do Jezusa w pierwszych wspólnotach. Bo mnie to nadal nie daje spokoju. Jeśli kult Chrystusa - hymny, inwokacje - pojawił się bardzo wcześnie, to co te pierwsze wspólnoty myślały że robią? Czy modliły się do Boga przez Jezusa, czy do Jezusa jako Boga?
Słucham tej rozmowy o hymnach i modlitwach i myślę sobie - to jest chyba ta sama logika co w każdej tradycji politeistycznej albo henoteistycznej. Modlisz się do konkretnego bóstwa, które jest jednocześnie pośrednikiem i centrum kultu, i nie musisz przy tym rozwiązywać filozoficznego problemu jego relacji do innych bóstw. Ta potrzeba precyzji teologicznej to może być specyfika grecko-rzymska, a nie coś co tkwiło w samych początkach?
Nie umiem się oprzeć żeby nie dodać czegoś z własnego kąta. Kiedy czytam o tej debacie nicejskiej, mam wrażenie jakbym czytała o każdym sporze w tradycjach runicznych o to, które kenningi są 'autentyczne' a które późniejsze. Tradycja zawsze jest interpretowana, zawsze jest w ruchu, i zawsze ktoś twierdzi że on ma tę jedyną właściwą wersję. To nie umniejsza jej wartości - ale chyba zmienia to jak się do niej podchodzi.
Przepraszam że wchodzę z takim prostym pytaniem bo wy tu mówicię o bardzo skomplikowanych rzeczach - ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli przed Niceją nie było jednej 'prawdę' o Trójcy, tylko różne grupy miały różne pomysły i Nicea to jakby zamknęła ten spór? I po tej decyzji ci co mieli inne zdanie automatycznie zostali heretykami?
Może głupie pytanie ale - czy w tych pierwszych wiekach były jakieś wspólnoty które w ogóle nie miały zorganizowanej teologii? Znaczy, takie które po prostu praktykowały bez tej całej debaty o naturze Chrystusa?
To co Wibracja22 mówi o tych małych lokalnych wspólnotach bez teologów - to mnie naprawdę uderza. Znaczy, wyobraź sobie taką gminę w Koryncie albo Efezie, gdzie czytacie list Pawła raz w tygodniu i łamiecie chleb, i nikt was nie pyta czy Chrystus jest 'homoousios' czy 'homoiousios'. Czy w ogóle takie gminy miały cokolwiek co można by nazwać chrystologią?
Czyli można by powiedzieć, że teologia jako taka zaczęła się od zewnętrznej presji - od pytań pogan, filozofów, a potem od wewnętrznych sporów? Bo sama wspólnota nie potrzebowała teorii dopóki nikt jej nie pytał 'ale jak to dokładnie działa'?
Ale to nie wyklucza tego co mówi Sagea.2, nie? Paweł pisał te listy właśnie dlatego, że w gminach pojawiały się pytania i konflikty. Czyli presja przychodziła od wewnątrz - od samych członków wspólnoty którzy zaczęli się spierać. Zewnętrzna filozofia tylko dostarczyła językowych narzędzi do wyrażenia czegoś co i tak już wrzało.
Właśnie, i to jest ważne rozróżnienie - między pytaniem a językiem odpowiedzi. Pytanie 'kim jest Chrystus względem Boga' mogło pojawić się bardzo wcześnie i bardzo naturalnie, natomiast odpowiedź w kategoriach 'substancji' czy 'hipostazy' to już jest import z filozofii greckiej. Czy to zmienia treść odpowiedzi czy tylko jej opakowanie? Na tym chyba polega ten całkowity spór.
Chcę wrócić do tego co powiedział Perun80 o formułach chrzcielnych, bo mnie to nie opuszcza. Czy nie jest tak, że właśnie te formuły - 'w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego' - to jest dowód że jakaś trynitarna intuicja istniała zanim ktokolwiek ją sformułował jako doktrynę? Bo ta formuła to nie jest monoteizm w żadnym prostym sensie.
Dokładnie to jest teza Hurtado i trochę też Bauckhama - że ta formuła z Mateusza 28 jest wyjątkowo stara i wyjątkowo mocna, bo wkłada w jedno zdanie Ojca, Syna i Ducha jako równorzędnych uczestników aktu inicjacyjnego. To nie jest jeszcze Trójca jako dogmat, ale to jest coś co strukturalnie ją zapowiada. Problem w tym że nie wiemy kiedy dokładnie ta formuła weszła do użytku i czy Mateusz ją stworzył czy zapisał.
To jest coś czego nie wiedziałam i bardzo zmienia obraz tej historii. Czyli przez ponad pięćdziesiąt lat po Nicei mieliście oficjalnie ustaloną połowę trynitarnej doktryny i drugą połowę otwartą na debatę. Jak to w ogóle funkcjonowało liturgicznie - śpiewano hymny do Ducha nie wiedząc czy jest Bogiem?
Ale to mnie dziwi z perspektywy wiernych - jak możesz kogoś czcić i jednocześnie nie wiedzieć czy on jest Bogiem czy nie? Dla mnie to byłoby bardzo dezorientujące. Czy oni naprawdę tak żyli czy to jest bardziej taki spór akademicki elit który zwykłych ludzi nie dotykał?
I tu jest jeszcze jeden wymiar - polityczny. Konstantyn nie zwołał Nicei dlatego że go interesowała filozofia. Zwołał ją dlatego że chciał mieć jedną zjednoczoną religię dla jednego zjednoczonego imperium. Spór ariański był problemem politycznym zanim stał się teologicznym w pełnym sensie. To rzutuje na wszystko co tam uchwalono.
OK rozumiem, ale wracajac do tegoo Ducha Świętego - powiedzieles ze dopiero Konstantynopol w 381 to ustalil. A co bylo pomiedzy? Przez te 50 lat po Nicei to jak Kosciol traktowal Ducha? Normalnie sie do niego modlili czy co?
Ale to jest właśnie to co mnie niepokoi od początku tej dyskusji. Jak możesz wzywać kogoś w modlitwie jeśli nie wiesz kto to jest ontologicznie? To znaczy - czy Duch Święty jest Bogiem, stworzeniem, energią, aniołem? Dla mnie to nie jest abstrakcyjny spór. Jeśli modlę się do Boga to chcę wiedzieć do kogo mówię.
Mam wrażenie że w tym pytaniu jest ukryte założenie, że wiara potrzebuje precyzji dogmatycznej żeby być autentyczna. A przecież większość tradycji mistycznych działa odwrotnie - im bardziej zbliżasz się do źródła, tym mniej masz pewności co do jego 'struktury'. Apofatyczna teologia, czyli teologia negatywna, mówi że o Bogu możemy powiedzieć tylko czym nie jest. Może wczesnochrześcijańscy wierni byli po prostu bliżej tej postawy?
