Zacząłem się nad tym zastanawiać przy okazji lektury pewnego tekstu o zoroastrianizmie i nie daje mi spokoju jedno pytanie: skąd w ogóle wzięło się przekonanie, że grzech jednej pary ludzi może ciążyć na wszystkich ich potomkach? To wydaje się tak specyficznie chrześcijańskie, że aż dziwne, że rzadko kto to kwestionuje jako coś oczywistego. W islamie np. Adam wprawdzie zgrzeszył, ale islamska teologia wyraźnie odrzuca dziedziczenie tego grzechu - każdy człowiek rodzi się czysty, z tzw. fitrah, czyli wrodzoną skłonnością do dobra. W judaizmie sprawa jest bardziej skomplikowana, bo sam termin 'grzech pierworodny' w sensie augustiańskim tam w ogóle nie istnieje. Yetzer hara - złe skłonności - są wbudowane w naturę ludzką, ale nie jako kara za Adama, tylko jako część stworzenia. Buddyzm i hinduizm w ogóle operują zupełnie innym modelem: zamiast grzechu mamy awidję, czyli niewiedzę, albo karmę zbiorową, ale to nie to samo. Ciekawi mnie, czy ktoś zna tradycje, które mają coś analogicznego do augustiańskiej koncepcji - dziedzicznej winy, nie tylko skłonności?
Właśnie ta różnica między 'skłonnością do zła' a 'dziedziczną winą' jest kluczowa i myślę, że często się ją rozmywa w rozmowach o tym temacie. Bo np. w gnozie mamy koncepcję, że cały świat materialny jest efektem błędu lub upadku - ale to nie jest grzech człowieka, to błąd demiurga. Człowiek jest tu wręcz ofiarą, nie sprawcą. Więc struktura jest odwrócona. Czy to według ciebie można w ogóle porównywać?
No właśnie, ale trzeba uważać z tym porównywaniem, bo gnoza to nie jest jedna spójna tradycja. Mówi się 'gnostycy' jak o jednej grupie, a to był bardzo rozproszony ruch z mnóstwem odłamów. Poza tym w manicheizmie masz też coś w rodzaju kosmicznego grzechu - ale znowu, to nie grzech człowieka, to starcie sił Światła i Ciemności, w które człowiek jest wplątany. Chyba żadna inna tradycja nie ma tego co Augustyn - czyli że sex jest skażony i właśnie przez niego grzech się przenosi z pokolenia na pokolenie. To chyba unikat.
Zaraz zaraz, to Augustyn wymyślił to z seksem? Tego nie wiedziałam. To jest w Biblii czy to jego własna teoria?
Jak się porówna to z hinduizmem, to widać przepaść. Tam karma działa inaczej - owszem, obciążasz się karmą z poprzednich żyć, ale to twoja karma, nie przodka. Teoretycznie można by powiedzieć, że byłeś może Adamem w poprzednim wcieleniu i sam ją nazbierałeś, heh. Ale serio - w wedyjskim myśleniu nikt nie rodzi się winny za czyjś czyn. Rodzi się z własnym zestawem karmicznym.
A co z zoroastrianizmem? Wspomniałeś na poczatku o tej lekturze. Bo tam jest Angra Mainju i zasadniczo zło jest kosmiczne, zewnętrzne - czy tam w ogóle jest miejsce na grzech wrodzony?
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli de facto koncepcja grzechu pierworodnego - że rodzimy się 'skażeni' i potrzebujemy odkupienia - to jest specyfika głównie katolicyzmu i protestantyzmu, tak? Bo słyszałam, że prawosławie też podchodzi do tego inaczej?
Mnie w tym temacie zawsze zastanawiało co innego: mit o upadku i wygnaniu z raju jest globalny. Mamy go w sumeriańskich mitach o Enkidu i Szamhat, gdzie kontakt z cywilizacją (kobieta) wyrywa człowieka z pierwotnej niewinności zwierzęcia. Mamy podobne wątki w mitologii greckiej - Pandora, puszka pełna nieszczęść. Mamy upadek złotego wieku u Hezjoda. Wszędzie jest jakiś mit o pierwotnej doskonałości, która została utracona. Tylko chrześcijaństwo przekształciło to w winą prawną ciążącą na każdym człowieku. Pytanie: dlaczego właśnie ta tradycja poszła w tę stronę, a inne nie?
To trochę kwestia jajka i kury, prawda? Nie wiem czy to Augustyn dopasował grzech pierworodny do chrystologii, czy odwrotnie. Ale wiem jedno - w wierzeniach słowiańskich, które mnie interesują, tego schematu w ogóle nie ma. Nie ma wygnania z raju, nie ma dziedzicznej winy, człowiek jest po prostu częścią przyrody i kosmosu, z dobrymi i złymi stronami. Zło przychodzi z zewnątrz, od złych duchów, a nie ze skażonej natury.
Słowianie to dobry przykład, bo tam w ogóle kategoria 'grzechu' w sensie teologicznym chyba nie istniała, prawda? Było pojęcie nieczystości rytualnej, zmazy, ale to co innego niż moralna wina. Podobnie w sintoizmie - kegare, czyli zmaza, jest stanem rytualnej nieczystości, który można oczyścić przez misogi, ablucje. Ale to nie jest wina moralna. Nie ma grzechu pierworodnego, bo nie ma koncepcji grzechu jako takiej w tym sensie.
Czy mogę zapytać o coś podstawowego? Skoro w islamie człowiek rodzi się czysty i Allah przebaczył Adamowi, to jak muzułmanie tłumaczą, że na świecie jest tyle zła i cierpienia? Bo w chrześcijaństwie to jest właśnie wina grzechu pierworodnego - a w islamie?
Wracając do wątku, który poruszył wcześniej Weles - to mnie zastanawia, czy ta potrzeba zbawiciela nie jest właśnie tym, co odróżnia religie 'zbawcze' od religii 'mądrościowych'. W buddyzmie, taoizmie, nawet w wielu nurtach hinduizmu nie potrzebujesz kogoś, kto cię odkupi - potrzebujesz przebudzenia, oświecenia, realizacji. To zupełnie inny model duchowości. Czy grzech pierworodny jest więc w ogóle możliwy w religii, która nie ma zbawiciela jako centralnej figury?
Chciałbym dorzucić jeszcze jeden trop, bo myślę że go pomijamy. Mamy jedną tradycję, która jest bardzo blisko chrześcijaństwa i ma coś zbliżonego do grzechu pierworodnego, ale w zupełnie innym opakowaniu - to mandeizm. To jedna z najstarszych żyjących religii gnostyckich z Iraku i Iranu, i tam jest koncepcja, że świat materialny jest miejscem upadku i skażenia, a dusze ludzkie są w nim więzione. Chrzest - wielokrotny, rytualny - jest kluczowym sakramentem oczyszczenia. Ale znowu, to nie jest wina Adama przenoszona na dzieci, to raczej sam stan istnienia w materii jest tym skażeniem. Tyle że mechanizm rytualny jest zaskakująco podobny do chrześcijańskiego chrztu.
Teodorek, a ten mandeizm - naprawdę nadal istnieje? Myślałam, że to jakieś wymarłe starożytne coś. I co masz na myśli mówiąc, że mają 'coś zbliżonego' do grzechu pierworodnego? Bo czytam wątek od początku i trochę mi to wszystko zaczyna się mieszać.
Tak, mandeizm żyje - dziś głównie w diasporze irackiej i irańskiej, sporo wspólnot jest w Australii i Europie. Co do ich 'grzechu pierworodnego' - to nie jest to samo co u Augustyna, ale mają mocno rozbudowaną mitologię upadku. Człowiek w mandeizmie jest iskrą światła uwięzioną w materialnym ciele, które samo w sobie jest obszarem ciemności. Nie mówi się o odziedziczonej winie po konkretnym przodku, ale sama egzystencja w materii jest rozumiana jako stan skażenia wymagający oczyszczenia przez rytuały wodne. To strukturalnie bliższe gnozie niż Augustynowi, ale motyw uwięzienia w nieczystości jest podobny.
To co opisujesz z tym mandeizmem brzmi jak wariant tej samej gnostyckiej intuicji - ciało jako więzienie, materia jako sfera niższa. I tu mam pytanie do Ciebie, Teodorek: czy mandeizm rozumie to uwięzienie jako skutek jakiegoś pierwotnego wydarzenia, czy raczej jako stan ontologiczny bez konkretnej przyczyny historycznej?
No ale to znowu potwierdza to, co mówiłem wcześniej - ten motyw Adama jako ofiary, nie sprawcy, pojawia się w wielu tradycjach. W gnozie, w mandeizmie, częściowo w kabale. Dopiero teologia zachodnia robi z niego głównego winnego. Zastanawiam się czy to nie jest kwestia tego, jak chrześcijaństwo zachodu potrzebowało konkretnego punktu wyjścia dla prawa i sądu - a wschód bardziej myślał kosmologicznie niż prawniczo.
Chciałam wrócić na chwilę do tego, co mówiła Dianka o afrykańskich religiach. Bo ona wspomniała o nieczystości przechodzącej na potomstwo przez zaniedbanie rytuałów - i mam pytanie: czy ktoś wie, jak to działa konkretnie? Bo to by mogło być ciekawe porównanie z tym, co Teodorek mówił o mandeizmie.
To jest naprawdę celna obserwacja, Zorza69. Można by postawić tezę, że chrzest jako rytuał oczyszczenia niemowlęcia ma głębszą, przedchrześcijańską logikę. Rytualne oczyszczenie noworodka istnieje w dziesiątkach tradycji - kąpiele, dymy, błogosławieństwa. Chrześcijaństwo nadało temu konkretne uzasadnienie teologiczne w postaci grzechu pierworodnego, ale sam gest rytualny jest znacznie starszy.
Czyli chrzest to nie jest chrześcijański wymysł? Myślałam, że to coś zupełnie oryginalnego dla tej religii. To mnie trochę zaskakuje.
Ale zatrzymajmy się chwilę - wróćmy do tytułu wątku, bo mam wrażenie, że trochę odpływamy. Pytanie było dlaczego niektóre religie nie mają grzechu pierworodnego. I mi się teraz wydaje, że odpowiedź jest właściwie prosta: te religie które nie potrzebują zbawiciela jako centralnej figury, po prostu nie muszą mieć tego punktu wyjścia. Czy ktoś widzi w tym jakiś wyjątek od tej reguły?
Dobra, więc mam teraz takie podsumowanie w głowie i chcę sprawdzić czy dobrze rozumiem: grzech pierworodny to specyficzna odpowiedź na pytanie 'dlaczego potrzebujemy odkupienia', i ta odpowiedź zakłada konkretne wydarzenie historyczne z konkretnym winowajcą? A inne tradycje dają inne odpowiedzi na to samo pytanie - ignorancja, karma, kosmiczne uwięzienie - bez wskazywania na Adama?
I właśnie ta dziedziczna wina jest tym, czego nie znajdziesz prawie nigdzie indziej. Chyba że ktoś zna jakiś przykład spoza zachodniego chrześcijaństwa, gdzie też mamy tę ideę - że jesteś winny za czyn przodka?
Masz rację, że to nie jest to samo. Ale pytanie Welesa było o 'winę za czyn przodka' - i w tym sensie klątwa rodowa jest najbliższym analogonem poza chrześcijaństwem. Tyle że, jak słusznie mówisz, mechanizm jest inny. Klątwa działa jak zaraźliwy los, nie jak zaraźliwa natura. Ciekawe, czy to rozróżnienie - skażenie natury kontra przekazany los - jest gdzieś w teologii formalnie opisane?
Jest i to dokładnie taka terminologia. Augustyn rozróżniał peccatum originale originans - grzech Adama jako czyn, od peccatum originale originatum - skutek w naturze potomków. To drugie to właśnie skażenie natury, concupiscentia, tendencja do zła, nie tylko zewnętrzny wyrok. I tu jest serce problemu, bo większość analogonów z innych religii zatrzymuje się na pierwszym poziomie - czyn przodka ma konsekwencje - ale nie przechodzi na ten drugi, czyli zmianę natury samego człowieka.
Dobra, ale to znaczy, że wg Augustyna ja mam inną naturę niż miał Adam przed upadkiem? Czyli jesteśmy dosłownie innymi stworzeniami niż zostaliśmy stworzeni?
No ale właśnie - skoro to taka skomplikowana teologia, to mam pytanie: czy ta koncepcja w ogóle była zrozumiała dla prostych wiernych przez wieki? Bo wydaje mi się że większoś ludzi po prostu rozumiała 'Adam zjadł jabłko i teraz wszyscy jesteśmy winni' i na tym sie kończyło. A reszta to domena teologów.
