To trochę przerażające, szczerze mówiąc. Że możesz czuć całym sobą, że coś jest twoje, a system mówi ci, że nie ma dla ciebie miejsca. Czy to się zdarza często, że ktoś z zewnątrz naprawdę się stara i słyszy 'nie'?
Wróćmy może do hinduizmu, bo tam sprawa jest bardziej skomplikowana i mniej oczywista niż 'można' albo 'nie można'. Czytałam, że w samej Indiach są środowiska, które formalnie przyjmują konwertytów przez ceremonie shuddhi albo ghar wapsi - czyli powrót do domu. Ale to drugie jest politycznie naładowane, bo ghar wapsi często dotyczy nawracania chrześcijan i muzułmanów z powrotem na hinduizm. Więc tu polityka i religia są zupełnie przemieszane.
Przepraszam, że wtrącę, bo może to naiwne - ale czy istnieje jakaś tradycja, która jest etnicznie zakorzeniona, ale jednocześnie naprawdę otwarta na przyjęcie kogoś z zewnątrz bez żadnych zastrzeżeń? Pytam szczerze, bo z tej rozmowy wyłania mi się obraz, że każda tradycja etniczna ma w sobie jakąś granicę, nawet jeśli deklaratywnie jest otwarta.
To jest naprawdę dobre podsumowanie, Zorka. Tradycja etniczna i tradycja otwarta to może być antynomia - jedno wyklucza drugie z definicji. Chociaż nie wiem, czy tak jest zawsze. Shinto jest japońskie, ale Japonia ma procedury naturalizacji i... co wtedy? Naturalizowany Japończyk może uczestniczyć w uroczystościach shinto?
Słucham i myślę sobie - czy w takim razie wszystkie te systemy nie są po prostu uczciwe w tym, czym są? Jezydyzm mówi wprost: nie wejdziesz. Hinduizm mówi różne rzeczy różnymi ustami. Chrześcijaństwo mówi, że możesz wejść, ale wspólnota i tak ocenia. Może lepiej wiedzieć z góry, że drzwi są zamknięte, niż myśleć, że są otwarte, a potem doświadczyć odrzucenia?
To pokazuje, że problem nie dotyczy tylko konwertytów - dotyczy też tych, którzy są 'na pograniczu' z urodzenia. I może to jest ważniejszy wątek niż sam konwertyta z zewnątrz. Ci na pograniczu - dzieci z mieszanych małżeństw, osoby wychowane poza wspólnotą, ci, którzy wrócili po latach odejścia - oni trafiają na te sprzeczności w o wiele bardziej osobisty sposób.
Zostaje mi jeszcze jedno pytanie, do całej grupy właściwie - czy jest jakaś tradycja, gdzie przynależność przez krew i przez wiarę są naprawdę zbalansowane, bez dominacji jednej nad drugą? Mam wrażenie, że przez całą tę dyskusję zawsze jedno wygrywa. Czy jest jakiś przykład, gdzie te dwa kryteria współgrają, zamiast konkurować?
Zoroastrianizm to świetny przykład właśnie dlatego, że ten podział Parsowie-Iranijczycy jest bardzo żywy i do dzisiaj nierozstrzygnięty. Parsowie w Bombaju są ortodoksyjni w tej kwestii - dziecko zoroastryjskie to dziecko ojca-zoroastryjczyka, koniec. Iranijscy zoroastrianie są znacznie bardziej otwarci, bo inaczej ich wspólnota po prostu by wymarła. Tylko że to rodzi pytanie: czy to jest ta sama religia, czy dwie różne rzeczy, które dzielą tylko imię.
No ale to jest właśnie to, o czym pisałam wcześniej - pytanie o balans może być błędnie postawione. Bo może nie chodzi o to, żeby krew i wiara były 'zrównoważone', tylko o to, jaką rolę odgrywa każda z nich w danym momencie historycznym wspólnoty. Parsowie mogą sobie pozwolić na zamkniętość, bo przez wieki żyli w Indiach jako wyraźna mniejszość i to ich chroniło. Iranijczycy żyli pod islamem i nie mogli sobie na to pozwolić. Kontekst polityczny decyduje, co wygrywa.
Właśnie to chciałam powiedzieć, tylko Juliusz powiedział to lepiej. Mam wrażenie, że przez całą tę dyskusję kręcimy się wokół tego, że pytania o krew kontra wiara są może z gruntu źle stawiane - bo każda tradycja odpowiada na nie wtedy, gdy jest do tego zmuszona, i odpowiada tak, jak jest jej wygodnie. Nie wiem, czy to jest cyniczne spostrzeżenie, ale jakoś tak to widzę.
Słucham Heni i myślę, że ten przypadek jest właściwie najlepszym testem dla każdej z tych tradycji. Osoba, która ma krew, ale nie ma socjalizacji w tradycji - co z nią? Czy wracając, jest 'z powrotem swoja', czy musi przejść jakiś rodzaj potwierdzenia? W judaizmie reformowanym chyba są takie procedury, prawda? Czy ktoś to zna bliżej?
I to jest chyba jeden z bardziej drastycznych przykładów tego, co Hydromanta pytał o balans - bo tu widzisz, że brak balansu jest dosłownie wbudowany w strukturę. Różne odłamy tej samej religii odpowiadają różnie na pytanie, kto jest wyznawcą. To nie jest chaos, to jest żywy spór teologiczny, który trwa od kilkudziesięciu lat i nie zmierza do rozwiązania.
to znaczy, że na moje pytanie nie ma odpowiedzi, bo każda tradycja, którą sprawdzimy, albo skręca w stronę krwi, albo w stronę wiary, albo różne jej odłamy mówią różne rzeczy. Może powinienem był zapytać inaczej: czy ktokolwiek z was osobiście spotkał tradycję, gdzie te dwie rzeczy wydawały się naprawdę równorzędne? Nie w teorii, tylko w praktyce, w konkretnej wspólnocie?
Ja bym powiedziała, że najbliżej tego widziałam u rdzennych Amerykanów, z którymi zetknęłam się przez literaturę - ale to pewnie naiwne, bo znam to tylko z zewnątrz. Mam wrażenie, że w niektórych tradycjach lakockich czy nawaho 'adopcja' do wspólnoty jest możliwa i naprawdę traktowana poważnie, nie jako gorszy status. Ale nie wiem, czy to jest reguła, czy wyjątek, i czy to dotyczy sfery duchowej, czy tylko społecznej.
Adopcja jako mechanizm religijna to mi jakoś nie do końca siada, bo wydaje się bardzo ludzka, administracyjna. Czy w tych tradycjach mówi się coś o tym, co bogowie albo duchy przodków 'myślą' o przyjęciu kogoś z zewnątrz? Bo to by było ciekawe - nie co wspólnota decyduje, ale co tradycja mówi o akceptacji przez świat duchowy.
Tyle ile wiem - w jezydyzmie dusza jest przypisana do kasty przez kosmiczny porządek, nie przez ludzką decyzję. Więc pytanie o akceptację przez Paw Anioła jest właściwie bezsensowne z perspektywy wewnętrznej - nie ma kategorii 'konwertyty' w świecie duchowym, nie tylko w świecie społecznym. To jest dość spójna logika, nawet jeśli z zewnątrz wydaje się zamknięta. A co do rdzennych tradycji - tam bywa różnie, bo relacja z duchami przodków jest kluczowa i adoptowany może mieć inne relacje z nimi niż urodzony w tradycji.
To co Mistralka mówi o jezydyzmie jest ważne - tam zamknięcie nie jest biurokratyczne, tylko kosmologiczne. I tu widzę duże różnice między tradycjami. Hinduizm kastowy ma podobną logikę: twoje miejsce w porządku świata jest wbudowane w to, kim się urodziłeś, a nie w co wierzysz. Ale już w tradycjach tantrycznych masz inicjację, która zmienia twój status ontologiczny niezależnie od urodzenia. Ciekawe, że w ramach jednej 'religii' mogą działać dwie zupełnie różne logiki.
Sikhizm faktycznie jest tu ciekawym przypadkiem, bo doktryna jest wyraźnie universalistyczna, a praktyka - przynajmniej co do co czytałem - jest dużo bardziej etnicznie zakorzeniona niż teoria. Słyszałem o gurdwarach w Europie i Ameryce, które mają mieszane kongregacje, ale nie wiem, jak tam wygląda kwestia statusu. Wincentyna, skąd pytanie o sikhizm - badałaś to?
Wracam do tego, co powiedział Juliusz kilka postów wyżej o tym, że decyzje są przetrwaniowe, a nie teologiczne. Mam wrażenie, że sikhizm jest najlepszym dowodem na to: powstał jako ruch przeciwko kastowości hinduskiej i dyskryminacji, miał być religia bez podziałów, a jednak etniczna tożsamość Pendżabczyków oplotła go tak mocno, że praktycznie nie da się ich rozdzielić. Czy to jest porażka projektu, czy może po prostu nieuchronność - każda religia w końcu 'zrasta się' ze swoją grupą założycielską?
Juliusz, to 'zrasta się' to jest chyba klucz, o którym mówisz, ale mam wątpliwość: czy wiara naprawdę kiedykolwiek 'staje się krwią' w sensie biologicznym, czy tylko w sensie społecznym? Bo jeśli chodzi o dziedziczenie biologiczne, to żaden chrześcijanin nie jest chromosomowo inny od muzułmanina. Ale jeśli mówisz o kulturowej transmisji - o tym, że po wystarczająco wielu pokoleniach wychowania w danej tradycji ona staje się niejako domyślna - to rozumiem. Tylko wtedy pytanie brzmi: ile pokoleń?
Zorka dotknęła czegoś, o czym się rzadko mówi - matrylinearność w judaizmie bywa interpretowana różnie. Jedna hipoteza historyczna mówi, że chodzi o pewność matrymonialną: wiesz na pewno, kto jest matką dziecka. Ale inna interpretacja, kabalistyczna, mówi że neshamah, dusza, przekazywana jest przez kobietę. To by oznaczało, że tu naprawdę chodzi o coś kosmologicznego, nie tylko administracyjnego. Ciekawe, jak by to zestawić z tym, co mówiłam o jezydyzmie - tam też dusza jest kosmologicznie przypisana do kasty.
ta hipoteza kabalistyczna o neshamah jest dla mnie nowa, masz jakieś konkretne źródło? Bo to by naprawdę zmieniało całą dyskusję - gdyby chodziło o przekaz duszy przez kobiecą linię, to matrylinearność nie jest regułą prawną, tylko ontologiczną. I wtedy konwersja do judaizmu byłaby czymś innym niż myślimy - nie przyjęciem do wspólnoty, tylko... czym? Zastąpieniem duszy?
Chwila, bo to brzmi jak bardzo eleganckie rozwiązanie problemu, który nas tu gryzie od kilkudziesięciu postów. Jeśli konwertyta 'zawsze już był' w przymierzu, tylko jeszcze tego nie wiedział - to podział na krew i wiarę jest pozorny, bo wiara jest odkryciem czegoś, co było. Ale czy to nie jest trochę zbyt wygodne teologicznie? Każda tradycja mogłaby powiedzieć to samo o swoich konwertytach.
Trochę mi to wszystko przypomina rozmowę, którą miałam z koleżanką, o której wspominałam wcześniej - tą wychowaną poza wspólnotą. Ona mówiła, że kiedy wróciła do tej tradycji, miała poczucie, że 'zawsze wiedziała'. I pytała się, czy to jest wiara, czy pamięć. Dla niej to nie było odkrycie czegoś nowego, tylko rozpoznanie czegoś znajomego. Czy jest jakaś tradycja, która ma pojęcie na to - na to rozróżnienie między wiarą a pamięcią?
Ale zatrzymajmy się chwilę - bo ta anamnesis jest piękna jako idea, ale czy ona odpowiada na pytanie Mistralki z początku wątku? Chodzi o to, czy można zostać wyznawcą jezydyzmu, hinduizmu czy judaizmu bez urodzenia. Jeśli odpowiedź brzmi 'tak, bo dusza to odkrywa', to dlaczego jezydzi nie akceptują konwertytów? Gdzieś w tej układance brakuje ogniwa.
Damellaa mówi o czymś ważnym. W magii ceremonialnej jest podobnie - możesz studiować Złotą Jutrzenkę całe życie samodzielnie, ale bez inicjacji przez aktywnego członka loży technicznie nie jesteś inicjowany. Struktura lineażu jest kluczowa. Pytam więc: czy w religiach, które badamy, lineaż przekazywany przez krew i lineaż przekazywany przez inicjację są naprawdę tak różne strukturalnie?
Cały czas słucham i mam takie naiwne może pytanie - czy te tradycje same rozróżniają między tymi dwoma? Czy istnieje tradycja, która wprost powie: 'lineaż inicjacji jest ważniejszy niż krew' albo odwrotnie? Bo jak słucham tej dyskusji, to odnoszę wrażenie, że my to za nich rozróżniamy, a oni sami tego podziału mogą nie stosować.
