Jadzieńkaa, masz rację, że wiele tradycji tego nie rozdziela explicite, bo dla nich to jest jedno i to samo. W kastowym hinduizmie twój lineaż to jednocześnie twoja krew, twoja inicjacja, twój zawód i twoje miejsce kosmiczne. Wszystko przychodzi w jednym pakiecie przy urodzeniu. Dopiero kiedy ta struktura zaczyna się kruszyć - przez urbanizację, migracje, mieszanie się - pojawia się pytanie, co jest ważniejsze.
To co powiedziała Mistralka o kruszeniu się struktury przez urbanizację - to jest chyba największy czynnik, o którym nie rozmawialiśmy. Ile z tych 'zamkniętych' tradycji stało się otwartych pod wpływem diaspory i migracji, nie z powodów teologicznych, tylko demograficznych? Parsowie w Indiach kontra Parsowie w Londynie - te dwie społeczności nie mają chyba tego samego podejścia do przynależności?
Juliusz, to nie jest wyjątek - to jest chyba reguła. Żydzi reformowani w USA uznają patrilinearność, ortodoksyjni wszędzie - tylko matrylinearność. Wyjeżdżając z jednego kraju do drugiego możesz zmieniać swój status religijny bez zmieniania czegokolwiek w sobie. To jest dosyć niepokojące, jeśli myślisz o przynależności jako o czymś ontologicznym.
Ale może właśnie to jest odpowiedź na pytanie z tytułu wątku, z którą możemy żyć. Przynależność przez krew kontra przez wiarę to nie jest dychotomia, którą tradycja rozstrzyga raz na zawsze - to jest napięcie, które każda wspólnota rozgrywa inaczej w zależności od tego, gdzie jest, jak liczna jest i czy czuje się zagrożona. I może zamiast szukać jednej odpowiedzi, warto patrzeć na to napięcie jako na żywe zjawisko, które mówi nam coś o kondycji każdej konkretnej wspólnoty w danym momencie.
To, co Hydromanta podsumował w ostatnim poście, brzmi jak dobra synteza, ale mam wątpliwość. Mówisz, że to napięcie między krwią a wiarą jest rozgrywane kontekstowo - okej, ale czy to nie znaczy, że de facto nie ma żadnej zasady, tylko są interesy? Wspólnota otwiera się, kiedy wymiera i potrzebuje ludzi, zamyka się, kiedy czuje się zagrożona. To jest socjologia, nie teologia.
Runolog, to jest celna obserwacja, ale myślę, że niekoniecznie wyklucza teologię. Interesy i teologia bywają spójne - tzn. wspólnota racjonalizuje teologicznie decyzje, które podjęła z powodów przetrwania. I potem ta racjonalizacja staje się doktrynalnie prawdziwa dla następnych pokoleń. Tak działała większość dogmatyzacji w historii religii.
czyli mówisz, że doktryna jest zawsze post factum? Że najpierw jest decyzja praktyczna, a potem się ją ubiera w teologię? Bo to by oznaczało, że pytanie 'co mówi tradycja o przynależności przez krew' jest trochę bez sensu, bo tradycja mówi to, co jej w danej chwili wygodnie.
To ciekawe, bo wychodzi na to, że im bardziej teologia jest sztywna w kwestii przynależności, tym bardziej wspólnota traci demograficznie, ale za to zyskuje na spójności wewnętrznej. A im bardziej jest elastyczna, tym więcej ma członków, ale mniejszą kohezję. Czy ktoś zna przykład tradycji, która to jakoś zrównoważyła?
Właśnie, buddyzm to trochę inny przypadek, bo Budda dosłownie chodził i nauczał ludzi poza swoją kastą. To było rewolucyjne. Ale wracając do pytania Mistralki z tytułu - jezydyzm, hinduizm, judaizm. Czy ktoś może powiedzieć wprost: w którym z tych trzech jest dziś realnie możliwe pełnoprawne wejście z zewnątrz? Bez gwiazdek, bez 'zależy od odłamu'.
Hydromanta, zasadniczo tak. Dodam tylko, że w przypadku jezydyzmu to nie jest tylko kwestia zwyczaju, ale podobno przekonania, że dusza jezydyjska jest po prostu innego rodzaju - nie lepsza, tylko dosłownie inna ontologicznie. To wyklucza konwersję z samej definicji, bo nie ma czego 'nawracać'. I to jest ciekawa paralela do tej kabalistycznej koncepcji, o której mówiłyśmy wcześniej, tylko odwrócona.
To jest zdanie, które mnie zatrzymało - 'dusza jezydyjska jest innego rodzaju'. Jak to jest możliwe, że ktoś z zewnątrz w ogóle chce do takiej tradycji wejść, skoro ona z definicji go nie uwzględnia? Czy to nie jest po prostu mur nie do przejścia, i koniec dyskusji?
Jadzieńkaa mówi o czymś ważnym. Może pytanie powinno brzmieć nie 'czy można wejść', tylko 'do której warstwy tradycji można wejść'. Bo w hinduizmie możesz mieć dostęp do bhakti, do nauki, do rytuałów - ale nie masz dostępu do pewnych kastowych obowiązków i przywilejów, bo to jest zamknięte biologicznie. To są jakby dwie warstwy tej samej tradycji.
Tylko że ta 'warstwa etniczno-kastowa' to nie jest tylko przywilej, to też obowiązki, ograniczenia i tożsamość. Ktoś, kto wchodzi do tradycji przez inicjację, dostaje jej duchowość, ale nie dostaje jej historii, jej krzywd, jej miejsca w hierarchii społecznej. Czy to jest pełnoprawne wejście? Dostał mapę, ale nie urodził się w tym krajobrazie.
Ale czy to nie jest problem każdej tradycji, w którą wchodzimy jako dorośli? Ja nie urodziłam się z konkretną praktyką duchową - uczyłam się jej. Wszyscy uczymy się. Różnica między mną a konwertytą jest tylko w tym, że ja mogę powiedzieć 'moja babcia też to robiła'. I nie wiem, czy to wystarczający argument, żeby ktoś był 'bardziej' wyznawcą.
Wincentyna mówi o czymś, co w antropologii religii jest opisywane jako 'lived religion' - religia przeżyta, a nie tylko wyuczona. I tu wracamy do pytania z tytułu, bo może ono jest źle postawione. Może nie chodzi o krew kontra wiarę, tylko o czas przeżyty wewnątrz tradycji. Krew jest tylko statystyką tej prawdopodobieństwa - urodziłeś się w niej, więc masz te lata za sobą automatycznie.
Jeśli to 'lived religion' jest sednem, to rodzi mi się nowe pytanie: co z ludźmi, którzy urodzili się w tradycji, ale zostali z niej wyrwani - diaspora, przemoc, zakaz praktykowania - i wrócili dopiero jako dorośli? Oni mają krew, nie mają lat przeżytych wewnątrz. Są 'mniej' wyznawcami niż ktoś, kto wszystkie te lata spędził razem ze wspólnotą?
To co Henia opisuje z tą koleżanką - urodzeni, ale wyrwani - to chyba najtrudniejszy przypadek z możliwych. Bo oni nie pasują do żadnej z kategorii, które do tej pory próbowaliśmy nazwać. Ani krew, ani czas przeżyty, ani inicjacja z zewnątrz. Mam wrażenie, że tradycje w ogóle nie mają dla nich gotowego miejsca.
Ale to rodzi kolejny problem. Jeśli ani krew, ani wiara nie wystarczają - to co w ogóle definiuje przynależność? Wspólnota? Uznanie przez innych? Bo to by znaczyło, że przynależność religijna to w gruncie rzeczy kategoria społeczna, nie metafizyczna. I to jest trochę sprzeczne z tym, co większość tradycji sama o sobie mówi.
Juliusz zadał pytanie, które jest właściwie pytaniem o to, kto ma władzę definiowania. Bo w każdej tradycji jest jakiś organ albo ciało, które wydaje werdykt - rabiniczny beit din, inicjator w sampradai, starszeizna jezydyjska. I ten werdykt jest zawsze społeczny, nawet jeśli uzasadniany metafizycznie. Metafizyka jest argumentem, ale decyzję podejmują ludzie.
ale czy to nie jest trochę niepokojące? Jeśli to zawsze jest decyzja ludzi, to znaczy, że przynależność religijna jest tak samo podatna na politykę, uprzedzenia i władzę jak każda inna instytucja. A my często traktujemy ją jak coś, co leży poza zasięgiem ludzkich błędów.
Henia, ja bym powiedziała nawet mocniej - to jest podatne na władzę dokładnie tak samo jak obywatelstwo. I może dlatego te analogie do prawa o obywatelstwie, które gdzieś wcześniej padały, są tak trafne. Bo obywatelstwo też bywa 'przez krew' albo 'przez zasługę', i też jest decyzją instytucji, a nie natury.
Wincentyna, i to jest coś, o czym mało się mówi - przynależność przez krew to nie jest tylko przywilej, to też coś, z czego nie możesz wyjść. Żyd, który zostaje ateistą, jest dla ortodoksów nadal Żydem. Jezyd, który od dziesięcioleci żyje poza wspólnotą - czy nadal jest jezydą? Czy przynależność może być narzucana wbrew woli osoby?
Jadzieńkaa, myślę, że ocena zależy od tego, co za tym idzie w praktyce. Jeśli 'zawsze jesteś nasz' oznacza 'zawsze możesz wrócić i zostaniesz przyjęty' - to brzmi pięknie. Jeśli oznacza 'będziemy cię rozliczać z przynależności, której nie chcesz' - to jest już coś innego.
A czy w przypadku hinduizmu jest w ogóle coś podobnego? Bo tam przynależność przez karnę i kastę działa też jakby niezależnie od woli - rodzisz się w kaście i to jest fakt ontologiczny, nie wybór. Ale czy możesz z niej 'wyjść'? I co to właściwie by znaczyło?
To jest właściwie pytanie o suwerenność - czy tradycja religijna ma prawo definiować tożsamość osoby wbrew tej osobie i wbrew prawu świeckiemu? I tutaj chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy, jakiego prawa używamy jako punktu odniesienia.
Damellaa, to jest piękna obserwacja. Pamiętam rozmowę z kimś, kto przeszedł na judaizm przez reformowany beit din, i mówiła, że czuje się bardziej 'żydowska' niż część jej znajomych urodzonych w tradycji, którzy nigdy nie otworzyli żadnej książki na ten temat. Ale jednocześnie dla ortodoksów jej konwersja nie istnieje. To jest naprawdę bolesne rozdwojenie.
To mi przypomina coś z dyskusji o tarocie - że karta znaczy to, co znaczy dla czytającego, dla pytającego i dla tradycji, z której pochodzi, i że te trzy znaczenia rzadko są identyczne. I jakoś nie przeszkadza nam to w pracy z kartą. Może z przynależnością religijną jest podobnie - można żyć z tymi rozbieżnościami?
