Zastanawiam się nad czymś, co od dawna mnie nurtuje i nie ma tu jeszcze wątku na ten temat. Chodzi o przynależność religijną przez urodzenie kontra przynależność przez wybór i wiarę. Wiadomo, że w chrześcijaństwie kwestia jest w miarę prosta - możesz się ochrzcić, przejść na katolicyzm, prawosławie czy protestantyzm niezależnie od tego, skąd pochodzisz. Ale są tradycje, gdzie to wcale nie jest takie oczywiste. Jezydyzm podobno w ogóle nie przyjmuje konwertytów - jeśli nie urodzisz się jako jezyd, to po prostu nim nie będziesz, kropka. Z hinduizmem jest różnie zależnie od nurtu. Z judaizmem - skomplikowana historia, bo jest i element etniczny, i religijny naraz. Ktoś się tym bliżej zajmował? Czy to jest kwestia doktrynalna, czy bardziej socjologiczna - ochrona wspólnoty przed rozmyciem?
Temat dobry, bo to naprawdę nie jest prosta sprawa. Z tym judaizmem to jest ciekawy przypadek - halacha mówi, że Żydem jest ten, kto urodził się z matki Żydówki, albo przeszedł konwersję (gijur). Ale to, co uważają ortodoksi, konserwatyści i reformiści za ważną konwersję - to trzy zupełnie różne odpowiedzi. Ortodoksyjni w Izraelu mogą nie uznać konwersji przeprowadzonej przez rabina reformowanego. Czyli masz sytuację, gdzie ktoś jest Żydem według jednych, a według innych nie. To chyba pokazuje, że ta kategoria 'kto należy' jest wewnętrznie niespójna nawet w obrębie jednej religii. A z jezydyzmem - słyszałem, że zakaz konwersji wynika po części z systemu kastowego (bejt), który dziedziczy się po narodzeniu i nie można go 'nabyć' z zewnątrz. Czy ktoś wie więcej o tej konkretnej kwestii?
Nie wiedziałam, że do jezydyzmu w ogóle nie można wstąpić. Ale z hinduizmem to jak jest naprawdę? Bo słyszałam, że Hare Kriszna to przecież hindusi, a tam przyjmują wszystkich bez względu na pochodzenie. Czy to znaczy, że hinduizm jest podzielony w tej kwestii?
Dokładnie, Joasieńka77 dotknęłaś sedna. Hinduizm to nie jest jedna religia z jednym centrum zarządzającym, więc różne szkoły i sampradaje mają różne podejście. Hare Kriszna (ISKCON) od początku był mocno misyjny i przyjmuje każdego. Ale jeśli pojedziesz do wielu tradycyjnych świątyń w Indiach, na przykład do Padmanabhaswamy w Thiruvananthapuram, to jako niehinduista po prostu nie wejdziesz do środka. Nie chodzi o wrogość, ale o przekonanie, że osoby bez inicjacji w tradycji dvaita nie mają tam czego szukać. Więc to zależy, o który hinduizm pytasz.
Mnie w tym temacie zawsze zastanawiało jedno - czy chodzi o ochronę tradycji, czy o coś głębszego. Bo jeśli jezydzi wierzą, że dusza jezydzkiego wyznawcy jest inaczej skonstruowana duchowo niż dusza kogoś z zewnątrz, to zakaz konwersji nie jest kwestią snobizmu czy polityki, ale teologii. Czytałam gdzieś, że jezydzi uważają swoją wspólnotę za zamkniętą pod względem metafizycznym, nie tylko kulturowym. Mistralka, czy natrafiłaś na coś takiego w źródłach?
Tu wchodzi ciekawe pytanie - czy to w ogóle ma znaczenie, jak wspólnota definiuje przynależność, jeśli ktoś naprawdę przez wiarę i praktykę żyje w duchu tej tradycji? Bo znam osobiście kogoś, kto od lat praktykuje według zasad pewnego szamańskiego systemu syberyjskiego, jest inicjowany przez mistrza z tej tradycji, i lokalnie jest uznawany za swojego. Ale formalnie - według etnicznych standardów - nigdy 'swoim' nie będzie. Gdzie tu jest prawdziwa przynależność?
Czytam i mam jedno pytanie, bo jestem w tym temacie zielona - czy w islamie też są takie ograniczenia? Bo słyszałam, że islam jest bardzo otwarty na konwertytów, wręcz zachęca. To by stawiało go po przeciwnej stronie niż jezydyzm.
Islam jest wręcz przykładem religii, która wychodzi z założenia, że każdy człowiek rodzi się w stanie fitra, czyli naturalnej czystości i podatności na wiarę, a szahada - wyznanie wiary - wystarczy, żeby stać się muzułmaninem. Nie ma tu bariery etnicznej ani kastowej. Podobnie chrześcijaństwo - chrzest otwiera drzwi dla wszystkich. Te dwie religie są chyba najbardziej inkluzywne z dużych tradycji. Jadzieńkaa powiem ci więcej - islam właśnie na tej inkluzywności budował swoją ekspansję. Pytanie, czy ta otwartość nie jest czasem formą prozelityzmu, który ma swoje ciemne strony.
Sceptycznie patrzę na ten temat, ale zapytam wprost - czy te podziały 'przez krew / przez wiarę' to nie jest po prostu sposób, w jaki ludzie chronią zasoby i władzę wewnątrz grupy? Bo jezydzi przez wieki byli prześladowani i może to zamknięcie to odpowiedź na traumę historyczną, a nie żadna teologia. Podobnie z Żydami. Trudno mi uwierzyć, że to czysto duchowe motywacje.
Trochę z boku - słyszałem kiedyś o przypadkach, gdzie ktoś miał jednego rodzica żydowskiego, a drugiego nie i pytanie, czy jest Żydem, zależało od tego, do kogo pytanie było kierowane. Rabini ortodoksyjni, konserwatywni i reformowani dają inne odpowiedzi. Czy to nie oznacza, że ta definicja przynależności przez krew jest w praktyce umowna i zmienna? Czy to nie podważa całego 'obiektywnego' kryterium urodzenia?
Chcę wrócić do hinduizmu, bo nie jestem pewna czy to co Mistralka napisała o świątyniach jest jedynym podejściem. Szkoły adwajty, przynajmniej część z nich, twierdzą że Brahman jest w każdym bez wyjątku, więc jakie ma znaczenie urodzenie? Ramana Maharshi na przykład nauczał praktycznie każdego bez pytania o kaste czy pochodzenie. Czy nie ma tu sprzeczności wewnątrz hinduizmu między filozofią a praktyką społeczną?
Przepraszam, że może nie znam się na tyle, żeby się tu wypowiadać, ale czytam i mam wrażenie, że w wielu tradycjach które tu wymieniacie, to nie chodzi o to, czy ktoś jest 'gorszy' z zewnątrz. Może chodzi o to, że pewne praktyki i inicjacje są niebezpieczne bez odpowiedniego przygotowania, które normalnie dostaje się od dziecka przez całe życie we wspólnocie? Trochę jak z energią - jeśli ktoś nie przeszedł podstawowych etapów, to zaawansowane praktyki mogą zrobić więcej szkody niż pożytku.
Nie rozumiem jednej rzeczy, może ktoś mi wytłumaczy. Jeśli jezydyzm nie przyjmuje nikogo z zewnątrz, to co się dzieje, gdy jezyd wychodzi za mąż albo ożeni się z kimś spoza wspólnoty? Czy ta osoba jest wykluczona? Czy dzieci z takiego małżeństwa są jezydami?
Wracając do tego, co napisała Mistralka o wykluczeniu w jezydyzmie - zastanawiam się, czy ta zasada dotyczy tylko zewnętrznych małżeństw, czy też apostazji w ogóle. Bo to są dwie różne rzeczy. Jedno to wyjście za kogoś z zewnątrz, drugie to porzucenie wiary jako takiej. Czy jezyda, który np. przeszedł na islam, jest traktowany tak samo jak ten, który po prostu ożenił się z muzułmanką?
To jest dobre rozróżnienie, Damellaa. Tradycyjnie apostazja w jezydyzmie była - i gdzieniegdzie nadal jest - traktowana jako śmierć duchowa i społeczna zarazem. Rodzina przestaje traktować taką osobę jako żyjącą w sensie wspólnotowym. Z małżeństwem poza wspólnotą bywa różnie w zależności od regionu i pokolenia - młodsi jezydzi w diasporze, szczególnie w Niemczech, czasem zawierają takie związki i są tolerowani, ale starszyzna plemienna może reagować bardzo ostro.
To mi to trochę przypomina podobne mechanizmy w ortodoksyjnym judaizmie - tam też wyjście poza wspólnotę przez małżeństwo jest traktowane niemal jak śmierć. Mam wrażenie, że te zasady spełniają podobną funkcję w grupach, które były przez wieki otoczone wrogimi większościami. Ale pytanie, które mi chodzi po głowie - czy to zamknięcie pomaga im przetrwać, czy raczej powoli niszczy, bo wspólnota kurczy się demograficznie?
To mnie skłania do pytania o hinduizm od innej strony. Skoro filozofia adwajty jest tak otwarta jak pisałyście wcześniej, to dlaczego kasty w ogóle przetrwały do dziś? Czy to nie jest dowód na to, że filozofia i praktyka społeczna w dużych religiach żyją osobnym życiem i jedna niekoniecznie zmienia drugą?
Mam pytanie, bo może być naiwne - ale jeśli ktoś urodzi się w rodzinie, powiedzmy, bramińskiej, ale sam nie wierzy, nie praktykuje, odrzuca hinduizm - to czy nadal jest hinduistą? Czyli czy urodzenie działa w obie strony - blokuje wejście z zewnątrz, ale też czy można 'wyjść'?
To jak z tymi dziećmi z mieszanych małżeństw w judaizmie - czytam i myślę o własnej sytuacji, bo mam koleżankę, której mama jest Żydówką, a tata Polakiem i ona sama mówi, że jest Żydówką, bo tak czuje. Ale pyta różnych rabinów i słyszy różne rzeczy. To chyba musi być strasznie dezorientujące, nie wiedzieć, do jakiej wspólnoty się należy?
Słucham tej dyskusji i zastanawiam się - czy chrześcijaństwo jest w tym wszystkim naprawdę takie inne? Bo mówi się, że chrzest wystarczy i każdy może zostać chrześcijaninem. Ale wiem z własnego doświadczenia, że w małych miejscowościach jak ktoś z zewnątrz przychodzi i chce wejść do wspólnoty, to wcale nie jest tak łatwo przyjęty. Czy formalna otwartość to nie jest jedno, a faktyczna inkluzja to drugie?
Czytam od początku i mam takie przemyślenie - może zamiast pytać 'czy przynależność jest przez krew czy przez wiarę', powinnyśmy pytać 'kto ma prawo to rozstrzygać i na jakiej podstawie'. Bo w każdej z tych tradycji jest ktoś, kto decyduje: instytucja, tekst, starszyzna, mistrz. I to jest ta prawdziwa władza, nie krew ani wiara sama w sobie.
To mi przypomina pytanie, które zadałem sobie kiedyś czytając o sintoizmie - tam przynależność do wspólnoty świątynnej jest dziedziczna, ale Japończycy masowo chodzą na uroczystości shinto nie uważając siebie za 'wyznawców'. Czy to w ogóle jest religijna przynależność? Bo może zachodnia kategoria 'wyznawcy' po prostu nie pasuje do wielu tradycji wschodnich?
To jest interesujące, ale czy nie prowadzi do wniosku, że same pytania, które zadajemy w tym wątku, są pytaniami zachodnimi, protestanckimi niemal? Bo 'przynależność przez wiarę' zakłada, że wiara jest indywidualnym wyborem i można ją zmienić. A to jest bardzo specyficzne założenie kulturowe.
Wróćmy jeszcze do kwestii praktycznej, bo mnie interesuje, co to wszystko oznacza dla kogoś, kto po prostu szuka drogi duchowej i czuje pociąg do tradycji, do której nie należy przez urodzenie. Jezydyzm jest niedostępny. Hinduizm - częściowo. Judaizm - możliwy, ale trudny. Buddyzm i islam - otwarte. Czy można z tego wyciągnąć jakiś wzorzec, co sprawia, że religia jest otwarta albo zamknięta - misyjność, teologia, historia prześladowań?
Wróćmy więc do pytania, które postawiłam - bo nikt mi jeszcze nie odpowiedział wprost. Co robi ktoś, kto czuje autentyczny pociąg do, powiedzmy, tradycji jezydzkiej, ale wie, że drzwi są zamknięte? Czy jedyną odpowiedzią jest 'szukaj gdzie indziej'? Czy może da się czerpać z tej tradycji duchowo bez formalnej przynależności?
To jest ciekawe napięcie. Bo z jednej strony masz rację - każda grupa ma interes w tym, żeby strzec dostępu. Ale z drugiej, czy to automatycznie znaczy, że twierdzenie jest fałszywe? Ja sama pracuję z runami i wiem, że bez kogoś, kto mi pokazał pewne rzeczy w praktyce, czytałabym je zupełnie inaczej. Tekst bez kontekstu żywej tradycji to naprawdę często coś innego.
Myślę, że Nokturnia ma rację, ale warto dodać jeszcze jeden wymiar - jezydyzm to nie tylko wiedza do przekazania, to jest konkretna kosmologia, w której twoje miejsce zależy od tego, gdzie się urodziłeś w hierarchii kast wewnętrznych. Konwertyta nie miałby po prostu 'nieokreślonej' przynależności - po prostu nie istniałby w tej strukturze. To nie jest odrzucenie, to jest coś bardziej fundamentalnego.
