Hydromanta ma rację i to jest właściwe zakończenie tej pętli - wracamy do pytania z tytułu, ale już na innym poziomie. Nie 'krew czy wiara', ale: czyje uznanie decyduje o tym, że przynależność jest prawdziwa? I okazuje się, że każda z tych tradycji - jezydyzm, hinduizm, judaizm - ma inny mechanizm uznania, inny organ decyzyjny i inne konsekwencje braku tego uznania. Może właśnie ta różnica w mechanizmach jest odpowiedzią.
Mistralka, ale to sformułowanie 'czyje uznanie decyduje' otwiera jeszcze jeden poziom - bo w niektórych tradycjach jest coś ponad wspólnotą. W hinduizmie jest koncepcja, że przynależność do kasty to fakt karmiczny, nie społeczny. Wspólnota może cię nie uznawać, ale karma i tak cię trzyma. Czy to nie jest jeszcze trzeci wymiar, obok krwi i wiary - przynależność jako fakt kosmiczny?
Damellaa, to brzmi jak klasyczna rozbieżność między teologią a socjologią religii. Teologia mówi jedno, a instytucja robi drugie. Ale tu pojawia mi się pytanie - czy w ogóle jest jakaś tradycja, gdzie te dwa poziomy są spójne? Gdzie to, co mówi doktryna o przynależności, pokrywa się z tym, jak wspólnota to faktycznie stosuje?
Juliusz zapytał o spójność. Myślę, że najbliżej tej spójności są tradycje, które przynależność definiują wyłącznie przez praktykę - i nic poza tym. Na przykład pewne odłamy wczesnego buddyzmu: jesteś mnichem, jeśli żyjesz jak mnich, trzymasz winayę, jesteś uznany przez innych mnichów. Nie ma tu krwi, nie ma etniczności. Ale to też nie jest idealne, bo 'uznanie przez innych mnichów' znowu wchodzi.
A mnie ciekawi coś innego - czy ktoś z was miał osobistą sytuację, gdzie ta kwestia przynależności była naprawdę praktycznym problemem, nie tylko filozoficznym? Bo ja czytam całą tę dyskusję i rozumiem argumenty, ale zastanawiam się, jak to wygląda z perspektywy kogoś, kto np. chce przejść na jakąś wiarę i napotyka te instytucjonalne bariery.
To jest właśnie ten mechanizm, który mi zawsze w tych dyskusjach zgrzyta. Tradycja przez krew nakłada obowiązek przynależności, ale jednocześnie może tę przynależność zawiesić za naruszenie norm wspólnoty. To nie jest czyste 'krew decyduje' - bo krew decyduje tylko dopóki się zachowujesz tak jak wspólnota oczekuje. Inaczej przestają cię uznawać, mimo krwi.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, które może być naiwne, ale naprawdę nie wiem - czy są jakieś tradycje, które wprost i otwarcie mówią, że przynależność jest zawsze warunkowa i zawsze zależy od decyzji wspólnoty? Nie ukrywają tego, tylko po prostu stawiają to jako zasadę?
Runolog, ale to znowu jest ten sam mechanizm - tylko bardziej transparentny. Pytanie, czy transparentność zmienia istotę sprawy. Może właśnie nie chodzi o to, czy krew czy wiara, ale o to, czy kryteria są jawne i czy osoba je zna zanim wchodzi w relację z tradycją?
Damellaa trafiła w coś istotnego. Przejrzystość kryteriów to osobna kwestia od samej treści kryteriów. Można mieć tradycję opartą na krwi, która jest w tym całkowicie szczera - i tradycję opartą na wierze, która robi wszystko, żeby ukryć swoje faktyczne mechanizmy selekcji. I odwrotnie. Może więc pytanie powinniśmy przeformułować nie tylko jako 'krew czy wiara', ale też 'jawne czy ukryte kryteria'.
Ale to otwiera zupełnie nowy wątek, bo 'jawność kryteriów' zakłada, że konwertyta albo kandydat ma dostęp do informacji zanim wejdzie. A w wielu tradycjach - szczególnie inicjacyjnych - dokładnie tego dostępu nie ma. Nie wiesz, jakie są kryteria, zanim nie zostaniesz dopuszczony do pewnego poziomu. To jest trochę paradoksalne.
I tu wracamy na sam początek wątku, ale z nowym rozumieniem. Zaczęliśmy od pytania: krew czy wiara. Skończyliśmy na tym, że przynależność religijna to kontrakt zawarty między niepełnymi informacjami, przez instytucje z polityczną historią, w tradycjach, które mają teologię i praktykę rzadko ze sobą zgodne - i mimo to ludzie czują, że przynależą. I to poczucie jest prawdziwe, nawet jeśli cała reszta jest skomplikowana. To chyba najbardziej ludzka rzecz w tym całym temacie.
Mistralka, to podsumowanie jest naprawdę celne, ale mam wrażenie, że pominęliśmy jeden wątek, który mi siedzi w głowie od kilku postów. Mówimy o kontrakcie z niepełną informacją - ale kto w takim razie jest stroną tego kontraktu? Bo jeśli ktoś się rodzi w tradycji, to on żadnej umowy nie zawierał. Ona była zawarta przed nim, przez jego przodków, przez wspólnotę. I on po prostu w niej zastaje siebie. To nie jest kontrakt, to jest dziedziczenie długu.
Juliusz, to jest mocne pytanie. Bo chyba jesteśmy przyzwyczajeni zakładać, że wybór jest zawsze czymś lepszym niż brak wyboru. A może w kontekście przynależności religijnej to rozróżnienie nie jest tak proste? Urodzony nie wybiera, ale nie jest też oszukiwany co do swojej tożsamości. Konwertyta niby wybiera, ale często na podstawie obrazu tradycji, który jest... powiedzmy, prezentacyjny. Nie do końca zgodny z tym, co w środku.
