Zaczęłam ostatnio czytać o benedyktynach i trafiłam na regułę świętego Benedykta - ora et labora, módl się i pracuj. I nagle dotarło do mnie, że to niemal identyczny schemat jak w buddyjskich klasztorach theravady. Mnich wstaje przed świtem, medytuje, pracuje, znowu medytuje. Dlaczego tak wiele zupełnie różnych tradycji niezależnie od siebie wymyśliło właściwie ten sam sposób życia? Chciałam zapytać, czy ktoś się nad tym zastanawiał - co takiego jest w tej monastycznej formie, że pojawia się od Tybetu przez Egipt aż po Irlandię? Czy to odpowiedź na jakąś głębszą ludzką potrzebę, czy może pewien wzorzec duchowy, który objawia się wszędzie tak samo?
To nie jest przypadek, że formy klasztorne są tak zbieżne. Mamy do czynienia z pewnym archetypem - oddzielenia od świata profanum jako warunku dotknięcia sacrum. Pytanie tylko, czy to naprawdę niezależne odkrycie wielu kultur, czy może jakiś starszy prąd, który się rozlał. Weźmy ojców pustyni z IV wieku - anachoreci egipscy - i porównajmy ich reguły życia z regułami dżinijskich mnichów. Wstrzemięźliwość, milczenie, posty, celibat. Czy naprawdę możemy mówić o braku kontaktu między tymi tradycjami?
Ale Oleandra_50, czy nie jest tak, że samo życie poza strukturami społecznymi wymusza pewne wzorce? Jak żyjesz sam lub w małej grupie skupionej na praktyce, to organicznie wychodzi: wstań skoro świt, powtarzaj czynności w porządku, ogranicz potrzeby. To może nie być żaden prąd ani archetyp, tylko logika pustelnicy. Mnich tybetański i benedyktyn żyją podobnie, bo podobne są warunki odcięcia od zgiełku, nie dlatego, że z tego samego źródła czerpią.
Mam pytanie może trochę z boku, ale chodzi mi o to, co właściwie daje ta izolacja duchowo? Bo czytam i rozumiem, że mnisi żyją inaczej, ale nie rozumiem mechanizmu. Czakra korony otwiera się łatwiej w ciszy? Czy chodzi o to, żeby odciąć się od energii innych ludzi? Naprawdę pytam, bo nie ogarniam, po co się izolować, skoro mamy kontakt z innymi jako wzmocnienie energetyczne.
A ja się zastanawiam, czy izolacja jest naprawdę konieczna, czy może to raczej historyczna konieczność zanim pojawiły się inne metody? Mnisi w Chinach mieli klasztory zen - ale zen później rozwinął się w kierunku angażowania się ze światem, choćby przez sztukę walki, herbatę, kaligrafię. Jakby sama tradycja z czasem uznała, że można praktykować bez murów klasztoru. Klimcia, jak myślisz - czy monachizm to etap, przez który przechodzi religia, czy trwała forma?
No właśnie, zen to dobry przykład, bo tam chodziło o to, żeby oświecenie przenikało do zwykłych czynności. Mistrz zen myje miskę tak samo uważnie jak medytuje. Więc klasztor nie jest tam miejscem ucieczki, tylko miejscem treningu - żebyś potem wyniósł to na zewnątrz. Zupełnie inna filozofia niż u benedyktynów, gdzie Reguła wyraźnie mówi, że świat poza murem jest pokusą.
Szczerze? Zawsze myślałam, że życie klasztorne to taki wybór dla ludzi, którzy nie dali rady w zwykłym życiu. Ale im więcej tu czytam, tym bardziej widzę, że to raczej odwrotnie - to wymaga dużo silniejszej woli niż życie na zewnątrz. Chociaż nadal nie rozumiem, czemu celibat jest tak wszechobecny. Co celibat ma wspólnego z duchowością? Seraphina, wiesz coś o tym, jak różne tradycje to uzasadniają?
Dobra, ale ja nie rozumiem czegoś innego. Skoro mnich buddyjski żebrze o jedzenie, wychodzi do wsi, zbiera dary - to nie jest do końca izolacja, prawda? Widziałem ostatnio film o mnichach z Tajlandii i oni chodzą codziennie rano z miskami przez całą wioskę. To wygląda bardziej jak część społeczności niż izolacja od niej.
Czytałem, że w tradycji prawosławnej jest rozróżnienie na cenobitów - tych, co żyją we wspólnocie klasztornej - i idiorrytmistów, którzy żyją według własnego rytmu, bardziej samotniczo. I że na górze Athos te dwa style istniały obok siebie przez wieki. Ciekawe, że ta sama religia dopuszcza obie formy i nie rozstrzyga, która jest lepsza.
Wróćmy na chwilę do pytania z początku, bo mnie ono nadal kręci - dlaczego izolacja? Zastanawiam się, czy nie chodzi o coś prostszego: kiedy jesteś w ciągłym kontakcie z ludźmi, przejmujesz ich energie, stany emocjonalne, oczekiwania. To jest dosłownie wyczerpujące dla kogoś, kto jest wrażliwy energetycznie. Klasztor mógł być historycznie jedyną dostępną formą ochrony dla takich ludzi. Nie wiem czy to ortodoksyjna interpretacja, ale wydaje mi się, że wielu mnichów mogło być po prostu bardzo wrażliwych.
Chcę dorzucić coś o hinduizmie, bo tam jest ciekawy system - aszrama. Człowiek przechodzi przez etapy życia i dopiero na starość, jako sannyasi, może wybrać wyrzeczenie i wędrówkę bez domu. To nie jest stały stan dla wybranych, tylko etap, który może dotyczyć każdego. Mnich w tym sensie nie jest kimś wyjątkowym z natury, tylko kimś, kto jest w określonym momencie życiowej drogi. Czy inne tradycje mają podobny pomysł, że monachizm to faza, a nie permanentny stan?
Zgubiłem się trochę przy tych wszystkich nazwach. Cenobita, anachoreta, bhikkhu, sannyasi - mogłoby ktoś zebrać krótko, jakie są główne typy monastycznego życia? Bo słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że mówimy trochę o różnych rzeczach pod jedną nazwą 'mnich'.
Oleandra, dobra ta ściągawka, ale mam do niej pytanie. Napisałaś, że sannyasi jest bliżej anachorety - ale anachoreta jednak gdzieś siedzi, ma swoją celę, grotę. Sannyasi chodzi. Czy to nie jest osobna kategoria, taki 'wędrowiec bez miejsca'? Bo stabilitas loci, o którym pisałaś wcześniej, jest dokładnym przeciwieństwem tego modelu.
Przysłuchuje sie i mysle, że to rozrożnienie anachoreta kontra wędrowiec jest ważne dla całego wątku. Bo jak pytamy 'dlaczego izolacja', to przy anachoretce chodzi o stałe miejsce z dala od ludzi - a przy sannyasim chodzi o to, żeby nie mieć żadnego miejsca. To chyba dwa zupełnie rożne powody izolacji? Jeden szuka ciszy, drugi ćwiczy nieprzywiązanie.
Hej, a nie jest tak, że te wędrowne zakony były też po prostu tańsze w utrzymaniu? Tzn. nie żartuję, serio pytam. Klasztor to inwestycja - ziemia, mury, ogrzewanie. Mnich, który żebrze i idzie dalej, nic nie kosztuje instytucji.
Dobra, ale wracając do pytania, które gdzieś się zgubiło - co mnich dostaje w zamian za to wszystko? Bo słucham i widzę, że jest dyscyplina, wyrzeczenia, brak miejsca albo zamknięcie w klasztorze. Co jest po drugiej stronie?
Odpowiedź zależy od tradycji, ale jest kilka wspólnych elementów. W buddyzmie to wyzwolenie z kręgu odrodzin, dosłownie koniec cierpienia. W chrześcijaństwie - zjednoczenie z Bogiem, theosis w prawosławiu albo visio beatifica w katolicyzmie. W hinduizmie moksha, wyzwolenie. Ale wielu mnichów, których czytałam, mówi o czymś prostszym: spokój, którego nie daje życie na zewnątrz. Taka głęboka cisza wewnętrzna, niezależna od okoliczności.
Tu się zgadzam z Seraphiną. Próbowałam kilkutygodniowego odosobnienia - nie klasztornego, tylko takiego w ciszy, bez telefonu - i po tygodniu zaczęłam rozumieć, o czym mówią te wszystkie opisy wyciszenia umysłu. Wcześniej myślałam, że to metafora. To nie jest metafora.
A mogę zapytać o coś z zupełnie innej strony? Mnie zawsze zastanawiało, co robią przez cały dzień. Czy mnisi się nudzą? Modlitwa, praca, posiłki - ale musi być czas wolny, prawda? I co wtedy?
Akedia to ciekawe, czytałem o tym w kontekście średniowiecza. Podobno to pojęcie zmieniło się potem w to, co my teraz nazywamy depresją albo lenistwem. Średniowieczni mnisi opisywali coś, co brzmi jak wypalenie duchowe.
Hej, to znaczy, że mnisi miewali kryzysy psychiczne i zakon to jakoś leczył? Bo to by zmieniało obraz - nie tylko duchowa idylla, ale też prawdziwe zmaganie z własną głową.
Czekajcie, to jest naprawde niesamowite - że ludzice bez zadnej psychologii klinicznej mapowali te stany tak dokładnie. Czy ktoś wie, czy te teksty ojców pustyni są dostepne po polsku? Mam wrażenie że to byłaby świetna lektura niezależnie od wiary.
Wróćmy może do pytania Malachitki, bo mnie ono nadal trzyma. Skoro klasztor pomaga, ale nie jest jedyną drogą - to co jest minimalnym warunkiem dla kogoś, kto żyje normalnie? Czy codzienna godzina ciszy wystarczy, czy to za mało, żeby w ogóle poczuć o co chodzi?
No dobra, ale to pytanie Runomiry mnie też trzyma. Godzina ciszy dziennie - to brzmi jak minimum minimów. Ale czy to w ogóle działa, czy to tylko taka forma relaksu, którą sobie ładnie nazywamy medytacją? Bo mam wrażenie, że mnisi mówią o czymś innym niż po prostu 'wyciszenie się po pracy'.
Hej, a ja mam pytanie bardziej podstawowe - czy ktoś wie, jak wyglądał typowy dzień nowicjusza w chrześcijańskim zakonie, tak konkretnie, godzina po godzinie? Bo czytam o tym, że jest modlitwa i praca, ale nigdy nie widziałem, żeby ktoś to rozpisał.
A mnie zastanawia w tym wszystkim kwestia snu. Jak te godziny kanoniczne wyglądały w praktyce zimą, kiedy noc jest długa? Jutrznia o drugiej w nocy to brzmi jak absolutne wariactwo dla kogoś, kto dopiero co zasnął.
Zaraz, zaraz - to mnisi spali dwa razy i wstawali w środku nocy? I to nie było traktowane jak kara, tylko jak normalny tryb życia? Jak długo człowiek może tak funkcjonować?
