jest jeszcze cos co mnie tu zastanawia - w runach mamy podobny mechanizm, ze sama forma znaku ma sile, nie tylko intencja. czy ktos wie, czy w koscielnych tekstach magicznych z tego okresu bylo to samo zalozenie? ze literka czy symbol na pergaminie dziala, nawet jak nikt go nie czyta?
Hej, ale jeśli filakterie były powszechne i akceptowane, to co odróżniało je od amuletów potępianych przez synody? Bo mam wrażenie, że synody regularnie wydawały zakazy noszenia amuletów - ale jednocześnie aprobowały noszenie relikwii. To nie jest ta sama zasada działania?
A mam takie pytanie trochę z boku - czy wiemy, jaką rolę grali w tym wszystkim spowiednicy? Mnich, który robił te praktyki, musiał się spowiadać. Czy spowiednik mógł po prostu to przemilczeć albo potraktować jako błahe? Bo to chyba kolejne miejsce, gdzie można było te rzeczy ukryć albo zalegalizować po cichu.
A to rozróżnienie między paktem a obiektami naturalnymi - skąd spowiednik miał wiedzieć, do której kategorii należy to, co robi penitent? Mnich mógł powiedzieć 'używam ziół i modlitw' i to brzmi niewinnie, ale efekt mógł być ten sam co przy pakcie?
czy wiemy cos o tym, jak zakony same wewnetrznie regulowaly te kwestie? znaczy - czy byly specyficzne zasady w regule benedyktynow albo dominikanow, ktore mowily co wolno a czego nie, oddzielnie od prawa kanonicznego? bo klasztor to tez osobna wspolnota z wlasnym porzadkiem
Chodzi mi o Ecclesiastica Officia i późniejsze uzupełnienia z XIII wieku - tam pojawia się zakaz 'experimentorum curiosorum', co było standardowym określeniem na zabiegi magiczne. Nie jest to osobny rozdział o magii, ale wmontowane w przepisy o dyscyplinie zakonnej.
A właściwie to mnie zastanawia coś trochę innego w tym wszystkim - zakony żebracze, czyli dominikanie i franciszkanie, to były przecież pierwsze formacje, które dostały od papieża mandat do inkwizycji. Czyli ci sami ludzie, którzy teoretycznie mieli tępić magię, sami mogli ją praktykować wewnątrz swoich klasztorów. Jak to w ogóle działało - kto ich wtedy kontrolował?
Właśnie sobie myślę - te wszystkie grimoire klasztorne, o których mówiliście wcześniej, były chyba starannie ukrywane? Tzn. nie leżały na widocznym miejscu w bibliotece. Jak w takim razie w ogóle się zachowały do dzisiaj i skąd wiemy, że były używane, a nie tylko przepisane z ciekawości?
wklejone w brewiarz to mnie kompletnie zaskoczylo. myslalem ze jak cos bylo zakazane to sie chowalo na dnie kufra, a nie nosilo przy sobie. to troche jak nosic runy zaszyte w habicie - taki staly dostep do 'narzedzi'. ciekawe czy to bylo wspolne zjawisko czy jednostkowe przypadki.
Właściwie jestem ciekawa - czy ktoś z tych mnichów praktykujących magię w ogóle został osądzony przez inkwizycję? Bo to by było najlepsze potwierdzenie, że to nie były tylko teksty do studiowania. Mam na myśli konkretne procesy, gdzie oskarżony był zakonnikiem.
To mam pytanie, które mnie nurtuje od początku tego wątku - skoro klasztory miały dostęp do klasycznych tekstów, latynistów, astronomów, tłumaczy arabszczyzny - to czy mnich praktykujący magię był bliżej 'uczonego' czy 'czarownika' w oczach współczesnych? Czy ta granica była w ogóle widoczna?
Słuchajcie, trochę inne pytanie - czy jest w ogóle jakiś przykład mnicha albo zakonnika, który wprost pisał o swojej praktyce magicznej bez kamuflowania tego jako teologii? Bo wszystkie przykłady, które tu padały, wymagają interpretacji - tekst może być magiczny, może być teologiczny. Czy ktoś wprost się przyznał?
Czekajcie - wracam do pytania Michasi, bo ono mnie nie opuszcza. Ona pytała, czy jest ktoś, kto pisał bez kamuflażu. Trithemius to nadal jest kamuflaż, tyle że bardziej świecki. Czy w ogóle istniały teksty, gdzie mnich pisał wprost: 'robię to, żeby osiągnąć określony efekt magiczny' - bez teologicznego płaszczyka?
To trochę jak zapiski z testem zaklęcia - próbujesz, notuje wynik. Mam pytanie - czy wiadomo, kto te dopiski robił? Tzn. czy to był ten sam mnich, który skopiował tekst, czy może kolejni użytkownicy tego samego rękopisu przez lata?
sluchajcie, ta warstwa praktyczna ktora opisujecie - test, wynik, modyfikacja - to jest bardzo podobne do tego jak dzisiaj ludzie podchoda do runicznych galdr. nie jako do dogmatu ale jako do czegos co sprawdzasz na sobie. moze ta ciaglosc mysli magicznej jest wlasnie tu, w tej empirycznej postawie, nie w tresciach?
Wtrącę się do tego wątku - bo Saturnella dotknęła czegoś ważnego, ale Dziwozona słusznie pyta o specyfikę. Klasztory jednak wnosiły coś szczególnego: po pierwsze piśmienność, po drugie dostęp do tradycji klasycznej i arabskiej, po trzecie - ciągłość instytucjonalna. Wiedza przeżywała śmierć konkretnego mnicha, bo zostawały rękopisy. Wiejski cunning man albo nordycki galdrmaðr nie miał tej ciągłości w takim samym stopniu.
Czytam ten wątek od rana i mam wrażenie, że w ogóle nie padło jeszcze pytanie o to, co te klasztory robiły z astrologią. Bo astrologia to chyba punkt, gdzie 'zakazana wiedza' i 'oficjalna nauka kościoła' nachodzą na siebie najmocniej - w końcu obliczanie dat świąt zależało od astronomii, a ta była nieodróżnialna od astrologii przez długi czas?
Dobra, ale wracam do początku - bo mam wrażenie, że trochę odpłynęliśmy od klasztornej magii w stronę klasztornej nauki. Medyczna astrologia to brzmi dużo bardziej 'naukowo' niż wywoływanie duchów czy zaklęcia na znalezienie złodzieja. Czy jest jakaś wyraźna granica, gdzie dla samych mnichów kończyła się 'naturalna filozofia' a zaczynała 'magia'? Czy oni sami czuli tę różnicę?
No właśnie - i co było tym sygnałem? Skuteczność? Popularność? Czy może to, że coś zaczynało żyć własnym życiem poza kontrolą kościoła?
Były penitencjały - i to one de facto pełniły tę rolę. Listy grzechów z przypisanymi pokutami, gdzie znajdziemy np. 'jeśli ktoś zebrał zioła z zaklęciem pogańskim - trzy lata pokuty', a gdzie indziej podobne działanie z modlitwą chrześcijańską było neutralne albo wręcz zalecane. Mnich wyspowiadany z jednego, mógł robić to samo z innym tekstem i być czysty. Cały system był bardzo plastyczny.
Ciekawe, bo to mi przypomina coś, o czym czytałam przy okazji medycyny ludowej - że znachorki w Polsce jeszcze w XIX wieku łączyły formułki słowiańskie z wezwaniem do Matki Boskiej i nikt nie widział w tym sprzeczności. Może ta logika jest starsza i bardziej powszechna niż tylko klasztory?
I tu chyba jest sedno, do którego warto wrócić od strony konkretnych zakonów. Benedyktyni byli w tym względzie najbardziej liberalni - reguła nie zakazywała wprost studiowania 'filozofii naturalnej', a opaci mieli duży zakres autonomii. Dominikanie z kolei, gdy wchodzą w XIII wieku, przynoszą zupełnie inny etos - systematyczna teologia, podejrzliwość wobec wiedzy niespisanej, procedury. Czy to przesunięcie cokolwiek zmieniło w tym, co klasztory produkowały magicznie?
Zmieniło, ale nie tak, jak można by się spodziewać. Dominikanie paradoksalnie sami weszli w demonologię bardzo głęboko - Malleus Maleficarum to przecież produkt dominikański. Więc zakaz jednego rodzaju magii szedł w parze z rozbudowywaniem teorii o magii złej, co samo w sobie było olbrzymim projektem intelektualnym. Czy to jest 'klasztorna magia'? Formalnie nie, ale strukturalnie tak samo siedzi w tej samej tradycji.
Mam pytanie, które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu w tym wątku. Mówimy o mnichach, ale czy kobiety w klasztorach żeńskich miały dostęp do tej samej wiedzy? Tzn. czy mniszki kopiowały te same rękopisy z formułami, czy to była wiedza bardziej zarezerwowana dla mężczyzn?
A co z benedyktynkami z Gandersheim czy Quedlinburga - one miały dostęp do naprawdę rozległych bibliotek, prawda? Hrotsvitha pisała tam dramaty, więc poziom wykształcenia był wysoki. Czy jest coś z tych środowisk, co wchodziłoby w temat tego wątku?
Trochę mi się w głowie nie mieści, że mówimy o setkach lat i dziesiątkach klasztorów, i że nikt na poziomie instytucji nie powiedział 'stop, zamknijcie te księgi'. Czy naprawdę Kościół jako całość przez całe średniowiecze przymykał na to oczy, czy może jest jakaś historia, gdzie coś poszło naprawdę nie tak i skończyło się źle dla konkretnego mnicha?
Jest kilka takich historii, choć rzadziej niż można by oczekiwać. Jednym z bardziej znanych przypadków jest Gerbert z Aurillac - późniejszy papież Sylwester II - który przez całe wieki był w legendach przedstawiany jako czarnoksiężnik, pakt z diabłem, mechaniczna głowa przepowiadająca przyszłość. Historycy dziś mówią, że to tylko echo tego, że był zbyt mądry jak na swój czas - przywiózł arabską matematykę i astrolabium. Ale sam fakt, że legenda powstała i żyła przez stulecia, pokazuje, jak cienka była ta linia między geniuszem a czarodziejem.
