Słucham tej dyskusji i zastanawiam się nad jedną rzeczą - mówimy głównie o Mezoameryce i Kartaginie, ale w tytule tematu są też Nordykowie. A tam jest chyba trochę inaczej? Bo kojarzy mi się coś z Blótem i tym, że to była raczej ofiara zwierzęca, a ludzka tylko wyjątkowo?
Torfowiska? Co mają torfowiska do ofiar? Czy chodzi o te mumie, o których słyszałam kiedyś w jakimś dokumencie - ten człowiek z Tollund albo podobny?
To mnie zastanawia - czy w ogóle da się odróżnić rytualną śmierć od kary śmierci, jeśli żyjemy w społeczeństwie, gdzie prawo i religia są jednym? Tacyt pisał o wieszaniu ofiar Wotanowi, ale pisał też o karaniu tchórzy przez topienie w bagnie. Dla Germanów to mogło być to samo zdarzenie opisane z dwóch perspektyw.
Warto przy tej okazji wspomnieć o Ribemont-sur-Ancre we Francji - miejscu, gdzie znaleziono setki szkieletów pozbawionych głów i ułożonych w geometryczne struktury. To jest materiał keltycki, datowany na około II wiek p.n.e., i trudno to wytłumaczyć inaczej niż jako praktykę rytualną na masową skalę. Ale czy to 'ofiara' w sensie religijnym, czy raczej coś z pogranicza kultu wojskowego - głowy jako trofea i wota - to nadal dyskusja.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale im dłużej czytam ten wątek, tym bardziej widzę ten sam schemat - każde znalezisko ma dwie interpretacje, ofiara albo nie ofiara, i zawsze brak pewności. Czy to znaczy, że naprawdę nie wiemy nic na pewno, czy że po prostu antropologia jest bardzo ostrożna w ferowaniu wyroków?
Właśnie ta ostrożność ma swoje granice, bo w przypadku Azteków liczby z kronik - choćby te 20 tysięcy na inaugurację Templo Mayor - są tak duże, że część historyków mówi wprost: nawet jeśli przesadzono dziesięciokrotnie, skala była ogromna. Nie da się tego przemilczeć w imię politycznej poprawności. Harner szacował te liczby inaczej niż Ortiz de Montellano, ale obaj zgadzali się, że praktyki były realne i masowe.
Konradek, ale chyba właśnie tu jest problem z Harnerem? On był krytykowany nie za to, że opisywał ofiary jako realne, tylko za konkretne liczby i za teorię o rytualnym kanibalizmie jako odpowiedzi na niedobór białka - to ostatnie chyba zostało dość mocno zakwestionowane?
Znaczy, chcę dobrze rozumieć - ktoś naprawdę twierdził, że Aztekowie składali ofiary bo im brakowało mięsa? To brzmi jak coś, co ktoś wymyśla żeby zdyskredytować całą tę kulturę, a nie jak poważna teoria naukowa.
Wracając do tych nordyckich torfowisk - to ile takich ciał w sumie znaleziono? Mówimy o jednostkach, dziesiątkach, setkach? Bo od tego chyba zależy, czy to była praktyka powszechna, czy wyjątkowa.
Kilkadziesiąt to i tak dużo, jak się pomyśli, że każde z tych ciał to był człowiek. Słuchajcie, przepraszam za może naiwne pytanie, ale czy te kultury w ogóle miały jakiś odpowiednik tego co my rozumiemy jako 'okrucieństwo'? Czy dla Azteków czy Germanów śmierć w rytuale była czymś złym dla osoby, która umierała?
I tu wracamy do punktu wyjścia tego wątku - czy to był terror czy rytuał. I chyba po tej całej rozmowie widać, że to pytanie jest trochę źle postawione, bo terror i rytuał nie wykluczają się nawzajem. Można się bać czegoś i jednocześnie uznawać jego konieczność. To są dwie rzeczy, które u nas wyglądają sprzecznie, a w tamtych systemach myślenia mogły iść razem.
Konradek, to co napisałeś o terrorze i rytuale to chyba najlepsze podsumowanie, jakie mogło paść w tym wątku. Ale mam pytanie - czy to znaczy, że strach był wbudowany w te systemy celowo? Tzn. czy kapłani azteccy czy druidzi wiedzieli, że strach działa, i używali go świadomie jako narzędzia kontroli, czy raczej sami wierzyli tak samo mocno jak ci, którymi zarządzali?
To pytanie o świadomość kapłanów jest chyba niemożliwe do rozstrzygnięcia, bo nie mamy dostępu do ich prywatnych przekonań. Ale jest coś, co warto tu zauważyć - w systemach azteckich mamy świadectwa tlamatinime, czyli azteckich filozofów i poetów, którzy pisali o śmierci i ofierze językiem wyraźnie refleksyjnym, nie tylko liturgicznym. Czy to znaczy, że wątpili? Nie wiem. Znaczy, że myśleli o tym głębiej niż proste 'bogowie tego chcą'.
Nie prawie wszystko, ale duża część tak. Kodeksy przedhiszpańskie, które przetrwały - Bodley, Vindobonensis, Fejervary-Mayer - to głównie kalendarze i genealogie, nie opisy wierzeń z perspektywy wyznawców. Teksty narracyjne, jak Florentine Codex Sahaguna, są zbierane po konkwiście przez franciszkanina, który rozmawiał z azteckimi informatorami. To nieocenione źródło, ale z oczywistymi ograniczeniami.
Słuchajcie, zaczynam rozumieć, dlaczego historycy są tacy ostrożni. Jeśli prawie każde źródło ma jakiś haczyk - albo wrogie nastawienie, albo filtr postkolonialny, albo zapisano je po fakcie - to jak w ogóle można cokolwiek powiedzieć z pewną dozą pewności? Czy jest w ogóle jakiś punkt, od którego można zacząć i powiedzieć 'to wiemy na pewno'?
Materiał archeologiczny jest chyba tym punktem. Kości, narzędzia, miejsca pochówku - tego się nie napisze pod wpływem uprzedzeń. I tu wracamy do Templo Mayor, bo wykopaliska Matosa Moctezumy od lat 70. przyniosły twarde dowody ofiar - przede wszystkim szczątki dzieci z cechami wskazującymi na śmierć rytualną, złożone w fundamentach. To już nie kroniki Corteza, to stratygrafia.
Konradek, ale czy sam materiał kostny wystarczy, żeby stwierdzić 'ofiara rytualna' kontra na przykład 'pochówek dziecka z honorami'? Pytam serio, bo czytałam, że interpretacja intencji za znaleziskiem archeolodzy jest mocno dyskusyjna nawet przy bardzo dobrze zachowanych szczątkach.
To co opisujesz z tymi komorami w Templo Mayor brzmi wyjątkowo... zorganizowanie. Bardziej jak coś, co robiono regularnie i metodycznie, a nie incydentalnie. Czy wiemy, jak często te rytuały były odprawiane? Mówię o dzieciach, bo jakoś inaczej ta regularność brzmi przy nich.
Przy dzieciach szczególnie trudno mi to przyjąć jako po prostu 'inne rozumienie śmierci'. Rozumiem argumenty o innym systemie wartości i wszystko to, o czym mówiła wcześniej Sylweria62 i Umiarkowana_69. Ale dzieci to dzieci. Czy ktokolwiek w azteckim społeczeństwie mógł się sprzeciwiać tym konkretnym praktykom, czy to było absolutnie poza dyskusją?
To z tym płaczem matek to jest coś, co mnie zatrzymało. Znaczy, system przewidywał, że rodzice będą cierpieć, i uznawał to cierpienie za element rytuału, nie za problem. To jest chyba właśnie ta granica, o której mówił Konradek - gdzie terror i rytuał stają się jednym.
Romek51, i to chyba odpowiada na moje wcześniejsze pytanie o to, czy kapłani wiedzieli, co robią. Jeśli płacz matki był wbudowany w scenariusz jako znaczący element, to ktoś to zaplanował świadomie. To nie jest przypadkowy efekt uboczny, tylko zamierzony składnik.
Wchodzę w środek tej rozmowy i nie chcę sprowadzić jej na manowce, ale mam wrażenie, że cały czas krążymy wokół Azteków, a przecież tytuł wątku jest szerszy. Czy coś podobnego - ta sama świadomość, że cierpienie jest elementem rytuału - jest widoczna w innych kulturach, które tu omawialiście? Nordyckich, śródziemnomorskich?
Właśnie to rozróżnienie między ofiarą z siebie a ofiarą z innego jest chyba kluczowe dla całego tematu i jakoś umknęło nam wcześniej. U Azteków ofiara z jeńca wojennego ma sens kosmologiczny - karmi słońce. Ale czy ofiara z własnego obywatela, własnego dziecka, ma tę samą rangę teologiczną? Czy to inna kategoria?
Konradek, to jest naprawdę dobre pytanie i literatura to rozróżnia. López Austin pisał o tym, że ofiara xipe totec - obdzieranie ze skóry - była ściśle związana z regeneracją ziemi i nasion, i tu chodziło o specyficzny rodzaj ciała ofiarowanego. Źródło ofiary - jeniec, niewolnik, dziecko - miało znaczenie teologiczne, nie tylko logistyczne. Więc tak, kategorie istniały i były różne. Czy rodzice składający dziecko myśleli o tym inaczej niż kapłan składający jeńca - nie wiem, ale system to odróżniał.
Moment, bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówisz, że typ ofiary był symbolicznym odpowiednikiem tego, o co się proszono? Łzy dziecka jako symbol deszczu, krew wojownika jako symbol siły słońca? Jeśli tak, to czy to nie jest jakiś rodzaj magii sympatycznej wbudowanej w religię państwową?
Romek51 trafił w coś, o czym warto powiedzieć głośniej - bo granica między magią sympatyczną a rytuałem religijnym w wielu kulturach jest naprawdę płynna. Frazer całą 'Złotą gałąź' zbudował na tym spostrzeżeniu. Tylko że u Azteków to nie była magia na marginesie religii, tylko sam rdzeń systemu teologicznego.
Ale właśnie przez to, co mówi Konradek, zaczynam się zastanawiać, czy w Europie nie było czegoś podobnego. Nie Azteków oczywiście, ale tej samej zasady - że ofiara musi być strukturalnie powiązana z tym, o co się prosi. Czy przy nordyckich rytuałach takie dopasowanie też istniało?
