Mnie w tym kontekście zawsze uderza, że Eucharystia jest teologicznie opisywana jako ofiara - Chrystus jest jednocześnie kapłanem i ofiarą. List do Hebrajczyków jest tu bardzo dosłowny. I to jest dokładnie ta sama struktura, którą widzimy w azteckich tezcatlipoca-rituals, gdzie ofiara przez rok żyła jako bóg, a potem była składana. Bóstwo ofiarowuje siebie samo.
poczekaj, bo tu chyba przeskakujesz za szybko. Teologiczne podobieństwo struktury to nie to samo co genetyczne pokrewieństwo. Czy twierdzisz, że jedno wywodziło się z drugiego, czy że to niezależne konwergencje?
Ale czy to nie jest trochę niepokojące, że te struktury są takie powszechne? Tzn. jeśli 'śmierć jako dar religijny' to coś, co ludzie wymyślają niezależnie w kółko, to co to mówi o człowieku? Pytam szczerze, bo nie wiem, jak to rozumieć.
Wracając do Eucharystii i ofiar - jest jeszcze jeden wymiar, który mnie zastanawia. W Eucharystii centralny jest element dobrowolności Chrystusa. 'Sam siebie wydał.' W azteckich rytuałach jeniec nie miał wyboru. Czy ta różnica dobrowolności zmienia coś w ocenie systemu, czy tylko w teologii?
Dobrowolność w systemie, gdzie nie ma alternatywy, to chyba tylko dobrowolność z nazwy? Tzn. jeśli twoja kultura od dziecka mówi ci, że umrzesz na kamieniu ofiarnym i to jest zaszczyt, to czy twoja 'zgoda' jest naprawdę zgodą?
Mam wrażenie, że ta dyskusja co chwilę zmierza w stronę: 'czy możemy oceniać?' i zawsze gdzieś się zatrzymuje. Ale czy w ogóle możemy prowadzić tę rozmowę bez zajęcia jakiegoś stanowiska? Bo jeśli powiemy, że nie oceniamy, to jak rozumiemy sam tytuł wątku - 'rytuał czy terror'?
Wracając do Nordyków, bo trochę wypadli z rozmowy - blót związany z Odinnem zawierał elementy, których nie da się łatwo zaszufladkować. Gallows god, bóg szubienicy, sam wisiał na Yggdrasilu dziewięć dni. To znowu ta sama struktura - bóstwo, które samo siebie poświęca. I ofiary wisielcze dla Odinna mogły być rozumiane właśnie jako echo tego mitu.
Czyli dla Nordyków mamy Adama z Bremy jako zewnętrznego obserwatora i sagi jako wewnętrzne źródło z opóźnieniem. Ciekawe, że dla Celtów mamy Cezara i Strabona z zewnątrz, praktycznie bez wewnętrznych źródeł pisanych. Druidzi nie zapisywali swoich nauk celowo, prawda? Więc tam luka jest jeszcze większa.
To jest właśnie paradoks druidyzmu - celowy zakaz zapisu. Wszystko było przekazywane ustnie i ta wiedza zniknęła wraz z samymi druidami. Więc jesteśmy skazani na Cezara, który miał ewidentny interes w przedstawieniu Galów jako barbarzyńców wymagających cywilizacji. I na archeologie, która daje nam ciała z bagien - Człowiek z Tollund, Lindow Man - ale ich interpretacja jest dyskusyjna.
ciała z bagien są ciekawym przypadkiem, bo niektóre mają cechy sugerujące rytualne zabójstwo - wielokrotne rany, staranna pozycja ciała, wysokiej jakości ubranie. Ale Miranda Aldhouse-Green, która chyba najgłębiej zajmowała się tym tematem, mówi wprost, że nie możemy wykluczyć ani ofiary rytualnej, ani egzekucji karnej, ani obu naraz - w systemie, gdzie egzekucja miała wymiar sakralny.
Egzekucja z wymiarem sakralnym - to chyba nie jest takie odległe od tego, co działo się w Europie jeszcze kilkaset lat temu? Tzn. publiczne egzekucje miały charakter rytuału, były na placach publicznych, przy kościołach, w święta. Czy to nie jest ten sam mechanizm, tylko w innym opakowaniu?
No właśnie, sama nie jestem pewna. Ale mam wrażenie, że w niektórych kontekstach to się mieszało - np. auto da fé w Hiszpanii inquisycyjnej miało wyraźnie quasi-liturgiczny charakter. Procesja, modlitwy, skazańcy w określonych strojach. To nie była zwykła egzekucja.
Wracając do pytania o odbiorcę ofiary - to chyba kluczowy element struktury ofiarnej. W systemie azteckim Słońce bez krwi nie wschodziłoby. To była transakcja kosmiczna. A egzekucja sądowa, nawet przy kościele, była karą, nie darem. Chyba że ktoś zna źródła, które to inaczej opisują?
Przyszło mi do głowy, że w średniowiecznych kronikach zdarzają się opisy egzekucji heretyków jako 'oczyszczenia' - dosłownie oczyszczenia wspólnoty z trucizny. To trochę przypomina logikę pharmakosa u Greków, ten kozioł ofiarny, który bierze na siebie grzechy i jest wyrzucany albo zabijany. Czy ktoś zna ten wątek z antyku?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale ten pharmakos mnie uderzył. Jeśli dobrze rozumiem - brano kogoś 'zbędnego' i zabijano go dla dobra wspólnoty? To brzmi przerażająco współcześnie. Tzn. ta logika 'poświęćmy jednostkę dla zbiorowości' chyba nigdzie nie zniknęła, tylko zmieniła formy.
Girard jest przekonujący, ale jego teoria jest też krytykowana za nadmierne ujednolicanie. On widzi mechanizm kozła ofiarnego dosłownie wszędzie, co sprawia, że traci moc wyjaśniającą. Można mu zarzucić, że ofiara ludzka w Tenochtitlanie i mobbing w biurze to dla niego prawie to samo zjawisko. Gdzieś ta analogia musi mieć granicę.
Jeniec aztecki był chyba jednak czymś innym niż pharmakos. Pharmakos był właśnie z wnętrza społeczności, marginesowy, niechciany. Jeniec był ze zewnątrz i to dawało mu wartość - był wojownikiem, równorzędnym przeciwnikiem. W pewnych źródłach Nahuatl mówi się o 'kwiatowej wojnie' właśnie po to, żeby zdobywać godnych jeńców. Wartość ofiary szła w górę, nie w dół. Ktoś biedny i marginalny byłby złą ofiarą.
Może to wynika z różnych koncepcji tego, czym jest ofiara? Jeśli ofiara to transakcja - dajesz coś bogu i coś dostajesz w zamian - to musisz dać coś wartościowego. Ale jeśli ofiara to oczyszczenie, to wyrzucasz coś brudnego, niechcianego. Zupełnie inna logika. I może dlatego te dwa systemy wyglądają tak różnie.
