Temat, który mnie od dawna nurtuje, bo jest chyba najczęściej przekłamywany w popkulturze. Mówi się o Aztekach jak o masowych mordercach z religijnym szałem, a tymczasem kontekst jest zupełnie inny. Chciałem zapytać, co wy wiecie o tym, jak sami kapłani rozumieli te ofiary - bo wiem, że nie był to dla nich akt terroru, tylko kosmiczna konieczność. Słońce dosłownie nie mogło wschodzić bez ludzkiej krwi. To był ich fizyczny obowiązek wobec wszechświata. Co sądzicie o takim podejściu? I czy da się to w ogóle oceniać bez rzucania naszych kategorii moralnych na cudzą kosmologię?
Dobrze, że ktoś w końcu otworzył ten temat, bo faktycznie mitów jest tu zatrzęsienie. Tylko chciałam od razu coś sprostować - mówisz o Aztekach jak o wyjątku, ale skala ofiar w Tenochtitlanie była jednak udokumentowana przez samych Mezoamerykanów w kodeksach. To nie tylko europejska propaganda konkwistadorów. Pytanie, które mnie interesuje, to inne: czy w tradycji nordyckiej ofiara ludzka miała podobny charakter kosmologiczny, czy raczej była transakcją z bogami? Bo blót to nie to samo co Nowy Ogień Azteków.
To co mówisz, Martusiu, jest kluczowe. Adam z Bremy pisał z drugiej ręki, z relacji króla duńskiego Sweyna Estrydsena, który sam był chrześcijaninem i miał interes w tym, żeby poprzednią wiarę pokazać jako barbarzyńską. Ale jest też Eddа i sagi, które opisują ludzkie ofiary bez takich emocji - jakby to była znana, choć rzadka praktyka. Mnie bardziej interesuje aspekt rytualny: czy ofiara musiała być dobrowolna? Bo w kontekście azteckim jeńcy wojenni teoretycznie wiedzieli, co ich czeka. To zmienia moralny obraz sprawy, nawet jeśli nie całkiem go odwraca.
Pytanie o dobrowolność mnie zatrzymało. Czy ktoś wie, jak to wyglądało np. w przypadku rytualnego utopienia w bagnach, które mamy udokumentowane dla Europy północnej? Człowiek z Tollund albo człowiek z Lindow - ich ciała pokazują ślady ceremonialnego zabicia. Ale czy to byli dobrowolni, czy skazańcy, czy może wybrańcy? Czytałam różne interpretacje i żadna nie jest pewna.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, bo jestem tu raczej sceptyczna wobec wielu rzeczy, ale to jest akurat historia, nie ezoteryka - czy mamy jakikolwiek pewny dowód, że ofiara ludzka była powszechna w kulturach nordyckich, a nie właśnie wyjątkowa, nadzwyczajna? Bo mam wrażenie, że mówimy o kilku znanych przypadkach i robimy z nich zasadę.
Zastanawia mnie jeszcze jeden wymiar, o którym nikt nie wspomniał - astrologia i astronomia jako uzasadnienie terminu ofiary. Aztekowie mieli precyzyjny kalendarz, 365-dniowy i 260-dniowy, i ofiary były zsynchronizowane z konkretnymi datami astronomicznymi. Ceremonia Nowego Ognia co 52 lata - gdy kończył się wielki cykl - była momentem, gdy naprawdę wierzono, że świat może przestać istnieć. To nadaje tym rytuałom inny wymiar niż tylko 'składanie ofiary bogom'.
A jak to wyglądało w starożytnej Grecji i Rzymie? Bo słyszałam, że tam też były ofiary ludzkie, ale jakoś się o tym nie mówi tak głośno. Czy to prawda, czy kolejny mit?
Czytam to wszystko i mam głupie pytanie - jak to w ogóle możliwe, że całe społeczności na to przystawały? Mam na myśli tych, którzy byli obok, nie ofiary. Nikt się nie buntował?
Ale jednak - czy wiadomo coś o tym, co czuli sami ofiarowani? Szczególnie w tym azteckim przypadku jeńców wojennych. Oni wiedzieli, że zostaną złożeni w ofierze, bo taka była reguła wojenna. Ale czy to znaczy, że to akceptowali?
Mnie od początku nurtuje coś innego - w tytule jest słowo 'terror'. Kto miałby się terroryzować? Czy ofiary ludzkie mogły mieć też funkcję polityczną, żeby pokazać poddanym, sąsiadom, wrogom, że władza kapłańska jest absolutna?
Słucham tej dyskusji od początku i mam jedno pytanie, które mnie gryzie - czy w którymś z tych systemów ofiara ludzka mogła być zastąpiona czymś innym? Jak w Biblii Abraham miał złożyć Izaaka, a bóg w ostatniej chwili go powstrzymał i zamiast tego jest baran. Czy Aztekowie albo Nordycy mieli coś podobnego, jakiś moment przejścia na ofiarę symboliczną?
to z tym ciastem amarantowym to mnie dosłownie zamurowało. Czyli konkwistadorzy przyszli, zobaczyli ludzi jedzących figurkę z ciasta i skojarzyli to z eucharystią - i to ich przeraziło bardziej niż sama ofiara krwi?
Wracając do pytania Sebka o zastępowanie ofiary - to jest jeden z kluczowych mechanizmów w historii religii, który Frazer opisywał jako 'substytucję ofiarną'. Ale uwaga, bo Frazer jest dziś mocno krytykowany za nadmierne uogólnianie. Czy ktoś z Was widział nowszą literaturę na ten temat, bo mnie ciekawi, jak to wygląda poza jego 'Złotą Gałęzią'?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale muszę zapytać - Girard był chrześcijańskim myślicielem i jego teoria kończy się na tym, że chrześcijaństwo jako jedyne 'przerwało' tę logikę ofiarniczą przez Chrystusa. Czy to nie sprawia, że jego teoria jest z góry ustawiona pod konkretną odpowiedź?
A wracając do tego, co mówiłem o funkcji politycznej - czy ktoś wie, jak wyglądało to w Kartaginie? Bo słyszałem o tophet, miejscu gdzie znajdowano szczątki dzieci, i że to był jeden z argumentów Rzymian przeciwko Kartagińczykom. Ale potem czytałem, że to mogło być coś innego.
Słuchajcie, ale to mi otwiera oczy na coś - czy my w ogóle możemy wiedzieć, co naprawdę się działo? Mam wrażenie, że w połowie tej dyskusji okazuje się, że każde źródło jest skażone czyimś interesem. Jak historycy sobie z tym radzą?
Mam takie może trochę inne pytanie - czy gdzieś w tych tradycjach pojawia się coś w rodzaju poczucia winy albo rozterek moralnych samych kapłanów? Coś w stylu, że ktoś zapisał 'zrobiłem to, bo musiałem, ale nie było mi z tym dobrze'? Czy to w ogóle miało szansę się pojawić?
To jest pytanie, na które chyba nie możemy odpowiedzieć ze źródeł, ale możemy trochę z antropologii. Są badania współczesnych społeczności, gdzie wykonywano rytualne uboje zwierząt - i wiemy, że kapłan pełniący taką funkcję często ma specjalny status właśnie dlatego, że 'bierze na siebie' ciężar tego czynu. To może być echa czegoś podobnego w dawnych kulturach.
Mam pytanie do Martusi - piszesz o ciężarze, który bierze na siebie kapłan. Czy to mogło oznaczać, że był on potem w jakiś sposób rytualnie oczyszczany albo izolowany? Bo czytałam gdzieś coś takiego o kaście kapłanów azteckich, że mieli swoje osobne zasady życia.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i jedno zdanie Konradka mnie zatrzymało - że krew zaczynała się od własnego ciała. Czy to nie jest jakaś forma... przejścia? Że najpierw dajesz siebie, potem dajesz innego? Czy ktoś to gdzieś analizował jako stopniowanie?
Hej, a czy jest jakiś przykład, gdzie ofiara ludzka była zaplanowana z dużym wyprzedzeniem, jak jakiś rytuał roczny - a nie tylko reakcja na kryzys? Bo mam wrażenie, że w filmach zawsze to pokazują jako spontaniczne 'musimy kogoś złożyć w ofierze BO coś się stało', a może w rzeczywistości to bardziej przypominało zaplanowany kalendarz?
Właśnie, to jest ciekawy punkt bo z kodeksów wynika, że część ofiar - zwłaszcza jeńcy wojenni - miała czas przebywać w świątyni przed rytuałem, czasem miesiącami. Był nawet zwyczaj, że jeniec dostawał cztery kobiety towarzyszące i jadł dobrze przez pewien okres. Badacze spierają się, czy to było z troski, czy po to, żeby ofiara była 'czysta' i odpowiednio odżywiona jako dar dla boga.
To brzmi... bardzo dziwnie. Karmisz kogoś przez miesiące, żeby go potem zabić? Jak on w ogóle to znosił psychicznie? Uciekał? Buntował się? Czy wiadomo coś o tym, jak ofiary reagowały na swój los?
Clendinnen to świetne nazwisko w tej dyskusji, bo ona pisała też o emocjach Azteków w sposób, który próbuje wyjść poza sam opis rytuału. Ale mam pytanie do Martusi - czy ona coś pisała o tym, jak to wyglądało u ofiar, które nie były jeńcami? Bo rozumiem logikę jeńca wojennego, ale podobno składano też dzieci, a tam nie ma żadnej narracji 'chwały bohatera'.
Przepraszam, że może to naiwne pytanie, ale skoro łzy dziecka miały przywoływać deszcz, to czy rodzice wiedzieli? Czy oddawali dzieci sami? Nie mogę tego pojąć od strony rodzicielskiej - to chyba najcięższe co napisano w tym wątku.
A co z Kartaginą i tym tophetem, bo Martusia wcześniej powiedziała, że spór w archeologii jest nierozstrzygnięty. Czy nowe badania DNA albo izotopowe cokolwiek zmieniły w tej debacie? Bo słyszałem, że teraz można sprawdzić, czy kości są po śmierci naturalnej czy gwałtownej.
To co mówi Irga mnie uderza - że nawet mając kości i DNA, nie możemy powiedzieć na pewno. Myślałam, że archeologia to nauka, która daje odpowiedzi, a tu wychodzi, że im głębiej kopiesz, tym więcej pytań. Czy to jest w ogóle specyficzne dla tematu ofiar, czy tak jest w całej archeologii starożytnej?
