To z tymi nowymi butami i ułożonymi włosami jest naprawdę niesamowite. Jakby ktoś zadbał o to, żeby ofiara wyglądała porządnie. Czy to jest jakiś wzorzec u nordyckich - ta dbałość o wygląd ofiary przed rytuałem?
Mnie bardziej zastanawia, jak ktoś, kto wiedział, że za chwilę go zabiją, mógł pozwolić na to, żeby mu układano włosy i zakładano buty. Czy naprawdę wierzymy, że to mogło być dobrowolne?
Sylweria62, to jest trochę przerażające jako mechanizm. Znaczy - przekonujesz kogoś, że jest bogiem, a potem go zabijasz. To brzmi mniej jak honorowanie, a bardziej jak bardzo wyrafinowana manipulacja.
Zielarz85 mówi coś ważnego. To jest chyba ta sama granica, o której rozmawialiśmy przy azteckich dzieciach - czy cierpienie jest manipulacją, jeśli wszyscy uczestnicy podzielają ten sam system przekonań. Ale zaraz - czy ofiara zawsze ten system podzielała? Jeńcy wojenni to chyba nie.
Romek51 właśnie trafił w punkt, który mnie nurtuje od początku tej rozmowy. Jeńcy wojenni to ludzie z zewnątrz systemu - oni tego nie wybrali i prawdopodobnie nie podzielali tych wierzeń. I tu naprawdę trudno mówić o 'innym rozumieniu śmierci jako daru'. To jest po prostu zabijanie pokonanych. Czy ktoś wie, czy w azteckich źródłach jest cokolwiek o tym, jak sami jeńcy byli traktowani w ostatnich dniach?
Konradek, jest jeden znany przypadek opisany u Sahaguna - jeniec, który podczas ceremonii ixiptla, kiedy miał grać rolę bóstwa przez rok, zaczął płakać na widok swojej przyszłości. Kapłani mieli mu powiedzieć, że gdyby naprawdę był odważny, świętowałby. To jest jeden z tych fragmentów, który historycy cytują właśnie jako dowód, że świadomość jeńca była zupełnie inna niż wyobrażenie ofiary jako dobrowolnego daru.
Przepraszam, że wchodzę, ale ten fragment z jeńcem płaczącym i kapłanem mu odpowiadającym - to brzmi jak coś, co mógłby napisać ktoś, kto chciał pokazać azteckie okrucieństwo. Czy ten zapis jest wiarygodny, czy to jeden z tych przypadków, gdzie mamy Sahaguna z jego własnym punktem widzenia?
To znaczy, że rytuał wymagał, żeby ofiara była świadoma swojego losu? Że świadoma śmierć była warunkiem skuteczności rytuału, a nie skutkiem ubocznym?
Mimoza_85 zadała pytanie, które mnie też zatrzymało. Czy strach ofiary był elementem funkcjonalnym rytuału, nie tylko efektem ubocznym. Muszę powiedzieć, że to zmienia całą ramę interpretacyjną. Jeśli aztecki rytuał wymagał świadomości - i świadomego lęku - to nie jest już tylko kwestia innego rozumienia śmierci. To jest coś, gdzie cierpienie psychiczne miało przypisaną rolę w kosmologicznym mechanizmie. Ale skąd właściwie wiemy, że tak było? Czy to wynika ze źródeł opisujących samą teologię, czy z relacji o przebiegu konkretnych ceremonii?
To wynika z obu, ale na różnych poziomach pewności. W opisach teologicznych - głównie Sahagún, ale też kodeksy jak Borgia czy Florentino - ofiara musi być pełna, co oznacza fizycznie i rytualnie kompletna. Świadomość jest częścią kompletności. Ale konkretne ceremonialne opisy, gdzie widać, że ktoś płakał albo stawiał opór, to już relacje narracyjne, z całym bagażem filtrowania przez informatorów i skrybów. Więc mamy solidne podstawy dla teologii, a znacznie słabsze dla tego, co faktycznie czuł konkretny człowiek na kamieniu ofiarnym.
To mnie trochę uspokaja, że badacze przyznają, że nie wiedzą, zamiast budować gotowe narracje. Bo czytając popularne artykuły o ciałach z bagien, można odnieść wrażenie, że wszystko jest jasne - król bogów, wielki zaszczyt, dobrowolność. A tu wychodzi, że to jest w dużej mierze spekulacja.
Ale z drugiej strony - czy brak pewności co do motywacji nie powinien nas powstrzymać od oceniania tych praktyk? Bo zaraz zaczniemy mówić 'to był terror', zaraz 'to był zaszczyt', a prawda pewnie leży gdzieś, gdzie w ogóle nie mamy dostępu.
Zielarz85, ale to jest argument, który można zastosować do prawie każdej zbrodni w historii. Zawsze można powiedzieć 'inna kultura, inne wartości'. Czy naprawdę nie ma żadnego punktu, od którego możemy powiedzieć - to było złe, niezależnie od kontekstu?
Myślę, że Mimoza_85 i Umiarkowana_69 trafiają w coś, o czym historycy religii spierają się od dekad. Metoda emiczna - rozumienie kultury od wewnątrz - kontra metoda etyczna - ocena zewnętrzna. Obie są potrzebne, żadna nie jest wystarczająca. Ale chciałbym wrócić do czegoś bardziej konkretnego, bo odpłynęliśmy od tematu. Czy przy ofiarach nordyckich mamy jakieś dowody na to, że chodziło o jeńców albo przestępców, a nie wyłącznie o ludzi 'wybranych' przez wspólnotę?
Tak, i to jest ważna kwestia. Adam z Bremy w opisach Uppsali wspomina, że wieszano obok zwierząt też 'złych ludzi' - co może oznaczać przestępców albo jeńców. Tacyt z kolei w Germanii pisze, że pewne kategorie przestępstw kończyły się powieszeniem jako poświęcenie Wodenowi. Więc mamy dwie nakładające się kategorie - ofiara jako kara i kara jako ofiara. Co to mówi o granicy między religią a prawem w tych społeczeństwach?
To znaczy, że ofiara zawsze była jakimś rodzajem wyjątku od reguły? Nie mógł to być zwykły, 'normalny' człowiek z centrum wspólnoty?
Poczekajcie - czy te znaleziska z Kartaginy są pewne? Pamiętam, że czytałem gdzieś, że spór o to, czy te dzieci były ofiarowywane, czy to był zwykły cmentarz dla dzieci, które umarły naturalnie, trwa do dzisiaj. Czy to jest rozstrzygnięte?
Dobra, ale wróćmy do Kartaginy, bo to mnie naprawdę nie daje spokoju. Czy ten spór o tophet jest w ogóle możliwy do rozstrzygnięcia przy obecnych metodach? Bo jeśli nawet badacze nie są zgodni co do interpretacji szczątków, to skąd w ogóle wzięło się tak mocne przekonanie w kulturze popularnej, że Kartagińczycy masowo ofiarowywali niemowlęta? To musiało skądś przyjść.
Z Rzymian, w dużej mierze. I to jest piękny przykład tego, jak propaganda działa przez wieki. Kartagina była wrogiem, więc opisy jej praktyk w źródłach łacińskich i greckich były z definicji tendencyjne. Diodor, Plutarch - pisali o moloch i tophet tak, żeby czytelnik czuł obrzydzenie. Potem chrześcijańscy autorzy przejęli ten obraz, bo pasował do narracji o pogańskim barbarzyństwie. I to nam zostało.
To jest trochę podobna sytuacja jak z Druidami i ofiarami z ludzi u Celtów - jedyne opisy mamy od Cezara i Strabona, czyli znowu od wrogów albo przynajmniej od obserwatorów z zewnątrz, którzy mieli powody, żeby malować czarno. I też przez wieki te opisy traktowano jako fakt, a teraz archeologia komplikuje obraz.
Czyli gdziekolwiek nie spojrzymy - Aztecy, Kartagina, Nordycy, Celtowie - zawsze jest jakiś filtr między nami a prawdziwym zdarzeniem. Czy jest w ogóle jakaś kultura starożytna, gdzie mamy na tyle dobre źródła, żeby powiedzieć coś pewnego?
Aztekowie paradoksalnie są pod tym względem w lepszej sytuacji niż inne kultury, przynajmniej pod względem ilości materiału. Mamy Kodeksy - część pisana przez Tlacuilos jeszcze przed lub zaraz po konkwiście - mamy relacje Sahagúna, który zbierał zeznania bezpośrednich świadków, mamy kroniki Tezozomoca. Problem jest inny: skala. Bo te źródła mówią o ofiarach ludzkich bardzo otwarcie, ale szacunki liczby ofiar rocznie wahają się od kilkuset do dziesiątek tysięcy, zależnie od kto liczy i jak.
skąd aż taka rozbieżność? To nie są liczby, które można pomylić o rząd wielkości przypadkowo, prawda?
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale dlaczego w ogóle zależy nam na precyzyjnej liczbie? Czy jedna ofiara i tysiąc ofiar nie są jednakowo problematyczne moralnie?
Ale to też zakłada, że te dwie rzeczy się wykluczają. Czy nie mogło być tak, że system był i rozbudowany, i głęboko znaczący dla uczestników? Tzn. skala nie wyklucza szczerości wiary, prawda?
To chyba jest kluczowy punkt, do którego ta rozmowa wraca co kilka postów. Pytanie tytułowe - rytuał czy terror - zakłada, że to jest albo-albo. Ale może odpowiedź brzmi: rytuał dla jednych, terror dla drugich, jednocześnie, w tym samym miejscu i czasie.
Zastanawiam się, czy ta dyskusja ma jakieś przełożenie na to, jak rozumiemy symboliczne ofiary we współczesnych religiach. Bo chrześcijaństwo ma Eucharystię, gdzie symbolicznie spożywa się ciało i krew - czy to jest echo czegoś starszego, czy zupełnie niezależna tradycja? Przepraszam jeśli to za duży skok.
