Pomyślałam, że ciekawie byłoby pogadać o tym, jak każdy z was obchodzi Koło Roku. Pracuję z pełnym cyklem ośmiu sabatów już ósmy rok i widzę, że za każdym razem jest to inne, ale chcę porównać z tym jak robią to inni. Bo na samym Mabonie zorientowałam się, że moje grupowe obchody w lesie były zupełnie inne niż to, co opisuje większość anglosaskich autorów. Zwłaszcza ciekawi mnie, jak adaptujecie cykl do polskiego klimatu, jak łączycie z naszymi rodzimymi obrzędami i czy są wśród was osoby pracujące indywidualnie.
U mnie schemat wiccański był punktem startu, ale potem z czasem coraz bardziej przesuwałam się w stronę cyklu słowiańskiego. Dziś obchodzę bardziej Szczodre Gody niż Yule, Jare Gody niż Ostarę, Noc Kupały niż Litha. Niektóre nazwy zachowałam - Imbolc i Lughnasadh - bo dla nich nie mam dobrego polskiego ekwiwalentu. Reszta to słowiańskie rozwiązanie, choć struktura ośmiu punktów w roku jest oczywiście wciąż wiccańska.
Tu warto powiedzieć rzecz dla niektórych pewnie zaskakującą - "starożytne Koło Roku" w obecnym kształcie zostało skompilowane w 1958 roku, jako kompromis między Geraldem Gardnerem (Wicca, kładł nacisk na cztery sabaty cross-quarter: Samhain, Imbolc, Beltane, Lughnasadh) a Rossem Nicholsem (Order of Bards, Ovates and Druids, kładł nacisk na cztery solary: solstycja i ekwinokcja). Połączyli to w "ósmę", nazywając czterema wielkimi i czterema mniejszymi sabatami. Każdy z poszczególnych dni miał wcześniejsze, regionalne korzenie - ale ich zebranie w spójny cykl ośmiu obrzędów jest powojennym wynalazkiem. Większość praktykujących myśli, że obchodzi pradawne święta starożytnych Celtów. Obchodzi święta zaproponowane przez dwóch panów po wojnie, opartych na różnych wcześniejszych tradycjach, ale nigdy wcześniej nie zsyntetyzowanych w taki sposób.
Dorzucę dla porządku - sama nazwa "Koło Roku" (Wheel of the Year) w obecnym sensie pojawia się też u Gardnerów. Wcześniejsze tradycje mówiły o "rocznym cyklu", "ośmiu obrzędach" itd., ale konkretne sformułowanie "Wheel of the Year" jest powojenne. Plus same nazwy niektórych sabatów to neologizmy - "Mabon" jako jesienne równonoc nazwał Aidan Kelly dopiero w latach 70., wcześniej tej nazwy w tym kontekście nie ma w żadnej tradycji walijskiej.
Wszystko to wiem, ale mimo wszystko pracuję z Kołem od kilkunastu lat i ono ma wewnętrzną logikę. Nie obchodzi mnie czy pochodzi z 1500 czy 1958 roku, jeśli jego rytm odpowiada cyklom przyrody, które obserwuję wokół siebie. Symetria ośmiu punktów (cztery solar, cztery cross-quarter) pasuje do realnej fenologii roku.
A jak wygląda w praktyce ten Imbolc albo Gromnica? Bo to jeden z tych sabatów, które rzadko widzę żeby ktoś poważnie obchodził - w przeciwieństwie do Samhain albo Beltane.
Plus klasyczny element ludowy - przepowiadanie pogody. Borsuk wychodzący 2 lutego, jeśli zobaczy swój cień (słoneczny dzień), wraca do nory bo będzie jeszcze sześć tygodni zimy. Jeśli pochmurno - wiosna nadejdzie wcześniej. Nasz rodzimy odpowiednik amerykańskiego Groundhog Day, mający ten sam korzeń przedchrześcijański. Wbrew dziwnemu wrażeniu - to jest praktyka stara, jeden z bardziej autentycznych elementów ludowej obrzędowości tego okresu.
A 2 lutego jako Matka Boska Gromniczna - to chrześcijańskie, czy podszyte starszą tradycją?
Dodam jeszcze, że nazwa "Imbolc" w celtyckim oznaczała prawdopodobnie "w brzuchu" (oimelc - "owcze mleko"), odnosząc się właśnie do owiec rodzących jagnięta. Symbolika pierwszego mleka, pierwszych ssaków, pierwszego gestu nowego życia. To przekłada się w polskiej praktyce na pierwsze ziarna w doniczce, pierwsze pączki na drzewach (jeśli zima była łagodna), pierwsze sygnały odrodzenia w głębi spoczynku. Nie obchodzę tego święta w sensie "wiosna jest tu", ale w sensie "życie zaczyna się szykować".
A Samhain? Bo to chyba najbardziej znane święto z całego Koła, ale też mam wrażenie że najbardziej zlepione z anglosaskim Halloween, który jest w sumie komercją.
U mnie to najważniejszy obrzęd roku. Robię "wieczerzę dla zmarłych" - stół nakryty dla osób żywych plus dodatkowe miejsca dla zmarłych przodków, których chcę zaprosić. Każde miejsce ma swój talerz, swoją łyżkę, swoją lampę. Posiłek konkretny - kutia, chleb (tradycyjna kutia z miodem, makiem, orzechami; chleb z ciemnej mąki, samodzielnie pieczony tego dnia rano), woda, czasami kompot z suszonych owoców. Cisza przez całą wieczerzę - mówi się w trakcie tylko niezbędne, konkretne słowa, bez błahej rozmowy. Po wieczerzy ja albo ktoś z rodziny czyta na głos imiona przodków - tych co umarli w mojej pamięci, tych co przed moim urodzeniem. Talerze przodków zostają na stole przez noc, po nocy resztki wynoszę na grób babci albo do podnóża drzewa w ogrodzie, w zależności od pogody. Robię tak od dwunastu lat, każdy raz inny w intensywności, ale zawsze coś z tego zostaje.
Podobnie u mnie, choć z różnicami regionalnymi. Plus wieczór dziadowski - w noc 1/2 listopada palę świecę przy oknie wychodzącym na cmentarz (mieszkam blisko), zostawiam otwarte okno przez godzinę, "żeby przeszli". Klasyczna praktyka udokumentowana u mojej babki, robię to jak ona, ze świadomością że to konkretna rodzinna tradycja. Plus odwiedziny grobów następnego dnia, oczyszczenie miejsc, świece, czasem szept rodzinnych formuł zamawiania nad grobem dla zmarłych przy pewnych chorobach (są takie formuły - z prośbą do zmarłych o odebranie chorób).
