W islamie jest coś, co się nazywa 'ijaz al-Quran', czyli nieomylność naukowa Koranu. Niektóre środowiska tureckie i pakistańskie naprawdę intensywnie promują kreacjonizm - tam też działa Harun Yahya, czyli Adnan Oktar, który wysyłał swoje 'Atlasy Stworzenia' do szkół w całej Europie. Więc mechanizm jest bardzo podobny, tylko opakowanie inne.
A wracając do tych tradycji rdzennych, bo Wiezowa pytała a nikt nie odpowiedział - zanlazłam kiedyś coś o tym że Navaho mają własną opowieść o wielkich kościach i nazywaja je 'pozostałościami poprzedniego świata'. Czy to nie jest piękna interpretacja? Nie negacja, nie fałszowanie, tylko wpisanie w swoją kosmologię.
Trochę podobnie jest u niektórych ludów australijskich z ich koncepcją Czasu Snu. Megafauna australijska - diprotodony, wielkie wombaty - znikła kilkanaście tysięcy lat temu, ale ślady po niej są w mitach Aborygenów. Część badaczy uważa, że opisy 'duchowych zwierząt' w australijskich tradycjach to echo pamięci o tych gatunkach. Nie niszczenie, nie fałsz - echo.
To znaczy, że problem nie jest w samej religii, tylko w tym, czy religia ma potrzebę bycia jedyną prawdą o faktach? Bo jak Aborygeni mówią 'to są duchowe zwierzęta z Czasu Snu', to nie twierdzą, że paleontologia się myli - mówią coś innego. A kreacjonizm mówi 'paleontologia się myli'. To jest zupełnie inny poziom roszczenia.
Ale tu pojawia się pytanie, które mnie trochę niepokoi - czy my tu nie zbyt szybko stawiamy 'zachodnie religie abrahamiczne' naprzeciwko 'mądrych tradycji rdzennych'? Bo w Azji Wschodniej, w hinduizmie, też są nurty, które mają bardzo konkretne roszczenia kosmologiczne. Jak hinduska mitologia z cyklami yug wchodzi w relację z paleonteologią?
Czyli de facto skala czasu to jest klucz do tego, czy religia będzie w konflikcie z geologią? Jeśli twoja tradycja mówi 'świat ma kilka tysięcy lat', masz problem ze skamieniałościami. Jeśli mówi 'świat jest prawie nieskończenie stary' - skamieniałości mogą być częścią systemu. Upraszczam, ale czy mniej więcej tak to działa?
Chyba tak, Poludnico - ale jest jeszcze jeden czynnik, który pominęliśmy. To, kto interpretuje. Katolicyzm oficjalnie nie ma problemu z ewolucją od 1950 roku, encyklika Humani Generis. A mimo to istnieje katolicka wersja kreacjonizmu. Więc nawet jeśli oficjalna doktryna jest otwarta, lokalna wspólnota może pójść zupełnie w przeciwnym kierunku. I to chyba wraca nas do pytania - kto w danej tradycji ma władzę nad interpretacją?
No i Kajus trafił w sedno. To jest właśnie ta pułapka - oficjalna doktryna może być elastyczna, ale wspólnota lokalna żyje własnym życiem. Katolicyzm ma hierarchię, która może zmieniać stanowisko, ale ile parafii w Polsce w ogóle o tej encyklice słyszało? Pytam serio, bo mnie to naprawdę ciekawi.
Ale mnie zastanawia coś innego w tym wszystkim - czy ktoś w ogóle badał, co sami wierni myślą o skamieniałościach? Nie o ewolucji jako abstrakcji, ale właśnie o tym, czy dinozaury były przed człowiekiem, czy obok niego. To jest chyba bardziej konkretne pytanie, które lepiej ujawnia napięcie.
Pamiętam jak w szkole był kolega, którego rodzice byli z jakiegoś kościoła protestanckiego i on naprawdę wierzył, że dinozaury żyły razem z ludźmi. Mówił, że smoki w legendach to właśnie dinozaury. Wtedy myślałam, że to jakiś margines, ale chyba nie jest to takie rzadkie.
a czy te legendy o smokach na wszyskich kontynentach naprawde mogą miec coś wspólnego z wykopywanymi kościmi? bo gdzieś czytałam że np w starożytnej grecji znajdowali kości wielkich zwierząt i interpretowali je jako szczątki gigantów albo gryfów. to by tłumaczyło skad brały sie te mityczne stwory
To jest bardzo piękna myśl, ale trochę odwracamy problem. Pytanie w temacie dotyczy tego, kiedy skamieniałości zagrażają wierze i co się wtedy dzieje. A tu dochodzimy do sytuacji odwrotnej - kiedy skamieniałości wiarę budują. Obie sytuacje istnieją, ale to chyba zależy od tego, czy tradycja ma narrację stworzenia, która jest 'falsyfikowalna' przez geologię.
To jest stary problem filozofii religii - czy twierdzenia religijne są w ogóle zdaniami o faktach, czy raczej ekspresją wartości i sensu. Antony Flew miał słynne ćwiczenie z ogrodnikiem, który jest niewidzialny i niesprawdzalny - i pytał, w czym to się różni od 'nie istnieje'. Kreacjoniści wpadają w pułapkę, bo chcą mieć empiryczny ogrodnik i jednocześnie unikać empirycznej weryfikacji.
Czyli mamy kolejny mechanizm - nie niszczenie skamieniałości, nie ich negowanie, ale selektywne przywłaszczanie nauki. Bierzemy to co pasuje, ignorujemy resztę. To chyba działa we wszystkich tradycjach, nie tylko w islamie.
Ale to trochę niesprawiedliwe, bo tak samo selektywnie dobieramy fakty w wielu dziedzinach, nie tylko w religii. Pytanie jest raczej o to, co się dzieje, gdy selektywność już nie wystarczy - gdy skamieniałości są tak ewidentne, że nie da się ich wciągnąć w żadną narrację potwierdzającą. I wtedy właśnie pojawia się destrukcja albo delegitymizacja nauki.
Wróćmy może do konkretnych przypadków destrukcji, bo trochę odpłynęliśmy w filozofię. Talibowie zniszczyli posągi Buddy w Bamjanie - to jest dobrze znany przykład. Ale czy ktoś słyszał o celowym niszczeniu stanowisk paleontologicznych z pobudek religijnych? Bo mam wrażenie, że to jest rzadsze niż niszczenie artefaktów kulturowych.
Chyba trzeba rozróżnić między celowym niszczeniem a zakazem badań. Bo słyszałam, że w niektórych krajach z powodów religijnych albo kulturowych są ograniczenia przy wykopaliskach - czy to też liczy się jako 'niszczenie przez zaniechanie'?
I to jest chyba najbardziej realny wymiar tego problemu - nie spektakularne niszczenie młotkiem, ale administracyjne blokowanie wiedzy. Straty są nie mniejsze, tylko mniej widowiskowe. A temat tematu brzmi 'biologia grozi wierze' - może lepiej zapytać odwrotnie: kiedy to religia grozi biologii, i w jakiej formie ta groźba realnie istnieje?
To pytanie na koniec poprzedniego postu Kajusa jest chyba kluczowe - czy wiara grozi biologii? Bo patrząc na te przykłady z Arabią Saudyjską, z kreacjonistami, z i'jaz al-Quran, to chyba właśnie odwrotna zależność jest bardziej realna. Biologia sobie idzie do przodu, a religie muszą jakoś reagować. Nie widzę, żeby paleontologia kiedykolwiek zatrzymała się przez wyznanie wiary geologa.
Właśnie ta 'ewolucja strategii' jest świetnym określeniem. Najpierw zakaz, potem równy czas, potem inteligentny projekt - za każdym razem gdy jeden argument pada, pojawia się nowy. Czy to nie jest właśnie odpowiedź na moje pytanie z poprzedniego posta? Wiara nie tyle zagraża biologii co próbuje ją wchłonąć albo oswoić, a niszczenie skamieniałości czy zakazy to tylko jeden z przejawów.
Ale ten inteligentny projekt to nie jest już religijny argument, przynajmniej nie wprost, prawda? Bo chodzi o to, że złożoność biologiczna wymaga projektu, nie konkretnie Boga z Biblii. Czy to nie jest właśnie próba stworzenia czegoś, co wygląda jak nauka, żeby ominąć te konstytucyjne ograniczenia? Bo jak mnie pytacie, to to jest uczciwe może o tyle, że przynajmniej nie niszczy skamieniałości, tylko je reinterpretuje.
Czekaj, ale czy inteligentny projekt nie jest teologicznie kłopotliwy dla samych religii? Bo jeśli przyjmujesz miliardy lat ewolucji, to Bóg stworzył świat przez miliony lat śmierci, cierpienia, wymierania - Bóg dinozaurów, które zniknęły zanim pojawił się człowiek. To jest zupełnie inny Bóg niż ten z Księgi Rodzaju. Czy to nie jest dla wielu wierzących trudniejsze do przyjęcia niż sam fakt istnienia skamieniałości?
Ale czy teologia ewolucyjna nie próbuje jakoś odpowiadać na ten problem? Bo słyszałam coś o teologii procesu, gdzie Bóg nie jest wszechmocny w sensie dosłownym, tylko działa razem ze stworzeniem, przez czas. Wtedy te miliony lat wymierania to nie jest okrucieństwo Boga, tylko... wspólna droga? Nie wiem czy dobrze to rozumiem.
Czyli nie ma wyjścia bez kosztów, tak? Albo odrzucasz skamieniałości, albo przeprojektujesz Boga, albo pogodzisz się z jakimś napięciem między wiarą a geologią. Każda z tych opcji ma cenę. Który z tych wariantów jest według was najczęściej wybierany w praktyce, nie w teologii akademickiej, ale przez zwykłych wierzących?
wydaje mi sie ze zwykli wierzacy po prostu... nie myślą o tym? Mam koleżankę bardzo wierzącą, chodzi do kościoła, a jednocześnie zupełnie spokojnie ogląda dokumenty o dinozaurach i jej to nie przeszkadza. Ona po prostu nigdy nie konfrontuje tych dwóch rzeczy ze sobą. Czy to jest jakiś mechanizm psychologiczny czy po prostu normalne?
Myślę że Runiarka trafia w sedno. Większość ludzi żyje w tym co psychologowie nazywają chyba 'compartmentalization' - wiara w jednej szufladce, nauka w drugiej, i te szufladki nigdy się nie otwierają jednocześnie. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś z zewnątrz - nauczyciel, ksiądz, inny wyznawca - wymusza konfrontację. I właśnie wtedy zaczyna się ta 'groźba' w tytule tematu.
ale czy to compartmentalization nie jest po prostu zdrowe? Znaczy, ja jestem sceptyczna w kwestii wielu rzeczy, ale rozumiem że można jednocześnie wierzyć w coś nieprawdziwego w sferze sakralnej i działać racjonalnie w sferze codziennej. Może problem nie polega na tym, że ktoś wierzy inaczej, ale na tym, gdy ta wiara próbuje wyjść z szufladki i zmienić programy nauczania czy niszczyć stanowiska wykopaliskowe.
