I to mnie prowadzi do pytania z którym siedzę od początku tej dyskusji - czy my tutaj na tym forum jesteśmy w stanie zaproponować jakiś model duchowości który nie wymaga ani ignorowania skamieniałości, ani wyrzekania się wiary? Bo może to jest właśnie specyfika ezoteryki - że jest bardziej elastyczna i nie musi się z geologią kłócić?
Bo właśnie to mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu - czy na forum ezoterycznym mamy w ogóle narzędzia żeby to połączyć? Znaczy my tu rozmawiamy o czakrach, o duchowości, o energiach - i jakoś nikt z nas nie ma problemu z tym że ziemia ma miliardy lat. Dlaczego to dla nas nie jest sprzeczność, a dla kreacjonisty jest?
Bo my nie budujemy tożsamości na dosłowności tekstu. To jest cała różnica. W ezoteryce tekst jest symbolem, a symbol można interpretować jak chcesz. Kreacjonista nie może sobie pozwolić na taką swobodę bo wtedy cały gmach dogmatów się sypie.
To akurat ciekawy przykład bo Bławatska pisała swoją kosmologię dokładnie w tym momencie gdy geologia i biologia Darwina robiły furorę. I w Tajnej Doktrynie jest próba wchłonięcia ewolucji, ale na własnych zasadach - ewolucja duchowa, nie tylko fizyczna, cykle manuantaryczne które są znacznie dłuższe niż biblijne sześć tysięcy lat. Czyli ona nie walczyła ze skamieniałościami, tylko je wbudowała we własną narrację.
ale czy to nie jest jednak bardzo wygodna strategia? Że jak nauka coś odkryje, to tradycja mówi 'no tak, my to wiedziałyśmy, tylko na wyższym poziomie'? Trochę to nieweryfikowalne.
Wracając do tego niszczenia fizycznego - bo trochę odpłynęłyśmy. Słyszałam kiedyś o przypadkach niszczenia skamieniałości przez społeczności religijne w Maroku albo Turcji, nie przez ISIS, tylko przez lokalne zbiorowości. Czy ktoś wie coś więcej na ten temat? Bo zastanawiam się czy to jest zjawisko izolowane czy szersze.
A czy w USA było coś w rodzaju fizycznego niszczenia? Bo tam mamy duże skupisko kreacjonistów young earth i jednocześnie dużo stanowisk z dinozaurami na terenie stanów gdzie ta wiara jest silna.
To jest ciekawa forma - niszczenie przez prywatyzację, nie przez młot. Prawnie czyste, efekt podobny. Czy to można uznać za religijną motywację czy raczej polityczną?
Ale mnie bardziej interesuje to co Kajus mówił wcześniej o hominidach jako centrum problemu. Jeśli skamieniałości ryb nie robią problemu, dinozaury robią problem tylko przy dosłownej chronologii, to hominidy robią problem zawsze i wszędzie - bo dotykają tego kim jesteśmy. Czy to znaczy że spór o skamieniałości jest w gruncie rzeczy sporem o godność człowieka?
Dokładnie to mam na myśli. I dlatego Neanderthalczyk jest religijnie bardziej niebezpieczny niż T-Rex. T-Rex nie podważa tego że człowiek jest koroną stworzenia, stworzony na obraz i podobieństwo. Neanderthalczyk podważa.
Ale chwila - Neanderthalczyk czy Homo erectus czy w ogóle cała linia ewolucyjna? Bo chyba nie chodzi o jeden gatunek tylko o sam fakt że ta linia istnieje i że my z niej wychodzimy?
A hinduizm jak to widzi? Bo tam mamy awatary Wisznu i jednym z nich jest Matsja - ryba, potem żółw, potem dzik, potem człowiek-lew, potem karzeł, potem rama. Czy ktoś to kiedyś porównywał do ewolucji? Bo mi to brzmi jakby była jakaś intuicja podobna.
To jest piękne jako interpretacja ale mam pytanie - czy to nie jest jednak nakładanie współczesnej siatki pojęciowej na coś co powstawało w zupełnie innym kontekście? Czy autorzy tekstów o awatarach mieli cokolwiek wspólnego z tym co my rozumiemy przez ewolucję?
To jest uczciwe pytanie i myślę że uczciwa odpowiedź brzmi: nie, nie mieli. Ale czy to czyni interpretację nieważną? Teksty żyją w czasie i każde pokolenie czyta je przez swoje doświadczenie. Waisznawickie teksty nie były traktatami biologicznymi, ale mogą być odczytane jako coś co pasuje - przepraszam, co współgra - z biologicznym myśleniem o zmienności form.
Właśnie ta pętla interpretacyjna jest chyba kluczem do całego tematu. Wracając do niszczenia skamieniałości - bo gdzieś to gubię - myślę że do fizycznych aktów destrukcji dochodzi dokładnie wtedy, gdy tej pętli brakuje. Gdy nie ma interpretatora który powie 'to da się pogodzić'. Gdy brakuje kogoś takiego jak Vivekananda po stronie hinduskiej albo Teilhard de Chardin po stronie katolickiej, zostaje tylko zagrożenie bez wyjścia.
czyli niszczenie fizyczne to jakby porażka teologii? Że jak teolodzy nie dają rady wymyśleć interpretacji, to zostaje młot?
Ale mi się wydaje że my przez całą tę rozmowę zakładamy że skamieniałości są problemem tylko dla religii. A co jeśli dla niektórych tradycji są one czymś świętym samym w sobie? Bo np. w Chinach smocze kości - fosylizowane szczątki - były stosowane medycznie i miały mistyczne znaczenie. To nie był problem, to był dar.
No i właśnie to jest chyba sedno - czy skamieniałość jest problemem czy zasobem, zależy nie od niej samej, tylko od systemu znaczeń w który ją wkładasz. W tradycjach które mają elastyczną kosmologię albo przyzwolenie na wielopoziomową interpretację - fosylia wchodzą jako ciekawostka albo dar. W tradycjach które mają jeden konkretny czas stworzenia i jeden gatunek człowieka - fosylia są wyrokiem.
To jest dobre pytanie i myślę że odpowiedź jest taka, że problem jest zaskakująco nowy. Starożytni Grecy znajdowali olbrzymie kości i interpretowali je jako szczątki gigantów czy herosów - to pasowało do ich kosmologii bez żadnego konfliktu. Celtowie i Słowianie nie mieli doktryny ścisłej chronologii stworzenia której skamieniałości mogłyby zagrażać. Ten konflikt staje się naprawdę ostry dopiero gdy masz jedną świętą księgę, jedną datę stworzenia i naukę która te daty obala. To jest specyficznie abrahamowy problem.
