To jest chyba centralne pytanie całej tej dyskusji. Kiedy wiara jest sprawą prywatną i jak to się ma do skamieniałości - to jest problem teologiczny, i nikomu nie przeszkadza. Ale gdy kreacjonizm staje się polityką edukacyjną, albo gdy religijne zakazy blokują badania w jakimś kraju, wtedy ten osobisty wybór staje się problemem publicznym. I chyba właśnie tu leży granica, o której rozmawiamy od początku.
Wracając jeszcze do Saudyjskiej Arabii i tych administracyjnych ograniczeń - czy ktoś wie, jak to wygląda teraz? Bo słyszałam że ostatnio się tam sporo zmienia, otwierają się na turystykę, na wykopaliska... Czy to oznacza że ta religijna brama się uchyla?
Al-Ula to ciekawy przypadek, bo tam są skamieniałości morskie z okresu gdy Półwysep Arabski był dnem Tetydy - to jest material który bezpośrednio pokazuje miliony lat zmian geologicznych. Nie wiem czy tamtejsze wykopaliska obejmują też paleontologię czy tylko archeologię historyczną. Ktoś ma jakieś informacje? Bo to by była odpowiedź na pytanie, gdzie dziś leży granica.
Wracając do Al-Ula - to jest naprawdę interesujące, bo jeśli te wykopaliska obejmą też paleontologię, to będziemy mieli sytuację gdzie państwo muzułmańskie oficjalnie prezentuje dowody na geologię sprzed milionów lat. I co wtedy? Czy to staje się kolejnym przykładem pragmatycznego oddzielenia - 'to turystyka i gospodarka, a nie teologia'?
Dokładnie o to mi chodziło z tym Al-Ula. Morskie skamieniałości na Półwyspie Arabskim to jest materiał, którego nie da się zamieść pod dywan. Tetyda zalewała te tereny jakieś 100 milionów lat temu - mamy tam amonity, rekiny, różne formy życia morskiego w skałach. Ciekaw jestem czy ktoś śledził jak oficjalne media saudyjskie to komentują, bo to byłoby bardzo symptomatyczne.
Mam wrażenie że w tej dyskusji mieszamy dwa różne pytania. Pierwsze: jak instytucje religijne reagują na skamieniałości jako zagrożenie dla doktryny. Drugie: jak poszczególni wierzący to przeżywają. I wydaje mi się że te odpowiedzi są zupełnie inne. Instytucje robią politykę, budują narracje, walczą o programy szkolne. A zwykły człowiek po prostu żyje z tym jak Runiarka opisała - po prostu nie konfrontuje.
Ten podział który zaproponowała Wiezowa jest dobry, ale czy na pewno jest taki wyraźny? Bo znam ludzi, dla których nauka księdza w parafii że Biblia jest dosłowna ma realne przełożenie na to, jak patrzą na szkołę swoich dzieci. Instytucja kształtuje poglądy jednostki, a jednostki głosują i decydują o programach. To jest pętla.
W Polsce są środowiska kreacjonistyczne, ale mają zupełnie inną skalę niż w USA. Jest kilka fundacji, strony internetowe, ale nie mają realnego wpływu na programy szkolne. Natomiast nauczanie religii w szkole stwarza sytuację, gdzie różne narracje o stworzeniu są oficjalnie obecne w tej samej przestrzeni co biologia. Czy to jest forma instytucjonalnego napięcia, tylko bardziej miękka?
to jest dobre pytanie, bo lekcja religii w Polsce uczy że Bóg stworzył świat, a lekcja biologii uczy ewolucji - i nikt nie wymaga od uczniów żeby to pogodzili. Czy to jest właśnie to compartmentalization o którym mówiłeś wcześniej, ale tym razem wbudowane w system, a nie tylko w głowy?
Zastanawiam się czy w innych krajach katolickich jest podobnie. Włochy, Hiszpania, Ameryka Łacińska - tam też jest religia w szkołach, też jest Kościół silnie obecny. Ale chyba tam nikt nie robi afery ze skamieniałości? A może robią i po prostu nie słyszymy?
Czyli mamy sytuację gdzie oficjalna doktryna jest jedna, ale oddolna praktyka jest różna. To jest chyba normalne dla każdej dużej instytucji. Ale to znaczy że pytanie o skamieniałości jest dla katolika inaczej postawione niż dla ewangelikalnego protestanta w Ameryce, gdzie nie ma centralnego autorytetu który mógłby powiedzieć 'ewolucja jest ok'?
To jest kluczowe. Protestantyzm, szczególnie ten amerykański, jest radykalnie zdecentralizowany - każda kongregacja może mieć własną teologię. W efekcie nie ma żadnego odpowiednika papieża który by powiedział 'przestańcie walczyć ze skamieniałościami'. I to właśnie tam kreacjonizm naukowy, ID, Answers in Genesis - to wszystko kwitnie.
Ale czy islam jest bardziej scentralizowany jeśli chodzi o takie kwestie? Bo mamy sunnizm, szyizm, wahabizm, sufizm - czy jest jakiś odpowiednik Watykanu który mógłby stwierdzić jak muzułmanin ma patrzeć na skamieniałości?
Wracając do samego niszczenia skamieniałości, bo trochę od tego odeszliśmy - czy ktoś wie o udokumentowanych przypadkach poza tymi islamistycznymi w Iraku i Syrii? Bo jak patrzę na całą tę dyskusję to mam wrażenie że czynne niszczenie to jest margines, a główna forma 'oporu' jest bierna - ignorowanie, zakazywanie badań, przepisywanie programów.
Poczekaj - czyli przez wieki te same kości które dziś kreacjoniści chcieliby gdzieś zamieść były dowodem na prawdziwość Biblii? To jest niesamowity zwrot. Czy to nie pokazuje że problem nie leży w skamieniałościach samych w sobie, tylko w tym kto kontroluje ich interpretację?
To co powiedziała Czeremcha to chyba najważniejszy punkt tej całej dyskusji. Przez wieki kości dinozaurów wisiały w kościołach jako relikwie olbrzymów i nikt nie miał problemu. Problem pojawił się dopiero kiedy geologia i biologia zaczęły mówić 'czekajcie, te kości mówią coś innego o czasie'. Czyli spór nie jest o skamieniałości, tylko o to kto ma prawo je interpretować.
dokładnie i to jest kwestia autorytetu interpretacyjnego, nie samych faktów. Skamieniałość sama w sobie jest neutralna. Staje się problemem dopiero gdy paleontolog mówi 'to ma 65 milionów lat' i ktoś czuje że to zdanie podważa jego całą strukturę sensu. Ale czy nie możnaby powiedzieć, że to samo zdanie można przyjąć bez kryzysu wiary?
Ale chwilę - czy w islamie jest tak samo? Znaczy czy koran jest tak samo 'dosłowny' jak rozumie to część protestantów? Bo słyszałam że muzułmanie traktują koran jako słowo Boga w sensie jeszcze bardziej bezpośrednim niż chrześcijanie Biblię, ale nie wiem jak to się przekłada na geologię.
To tłumaczyłoby dlaczego w krajach muzułmańskich spory o skamieniałości wyglądają inaczej niż w biblijnym pasie USA. Tam nie chodzi o sześć dni, tylko raczej o miejsce człowieka w stworzeniu, no i o Adama i Ewę jako konkretnych historycznych ludzi. Czy ewolucja człowieka to ten główny punkt zapalny?
Czyli gdyby nie było skamieniałości hominidów, to cały spór byłby o wiele mniejszy? Dinozaury mogłyby sobie istnieć bez wielkiego problemu, bo Biblia i tak nie mówi że ich nie było?
To jak kreacjoniści young earth tłumaczą dinozaury? Serio pytam, bo nigdy nie zagłębiałam się w ich argumenty. Czy mówią że skamieniałości są fałszywe, czy że wiek jest źle obliczony, czy coś innego?
Ten trzeci wariant mnie zatrzymał. Bóg stworzył świat ze 'starością' wbudowaną? To jest w ogóle poważna teologia czy żart? Bo jeśli poważna, to znaczy że Bóg celowo stworzył dowody na coś co nie istniało, żeby... po co właściwie?
No właśnie, bo to wymagałoby żeby Bóg aktywnie oszukiwał. Albo przynajmniej działał w sposób który nas systematycznie wprowadza w błąd. Czy jakaś tradycja religijna poważnie tę opcję broni?
Wracając trochę do początku - mieliśmy mówić o niszczeniu skamieniałości, a teraz jesteśmy przy teologii stworzenia. Ale czy to nie jest właśnie odpowiedź na tytułowe pytanie? Że biologia nie grozi wierze samą sobą, tylko grozi konkretnym sposobom rozumienia wiary. Ktoś kto ma elastyczną teologię nie poczuje że skamieniałość jest wrogiem?
To jest trafne. I myślę że dlatego niszczenie skamieniałości - fizyczne, realne niszczenie - zdarza się tylko tam gdzie doktryna jest absolutnie sztywna i gdzie nie ma przestrzeni na jakąkolwiek reinterpretację. ISIS niszczyło muzea nie dlatego że bało się biologii, tylko dlatego że każdy ślad przeszłości sprzed islamu był przez nich traktowany jako bałwochwalstwo. To jest inny mechanizm niż kreacjonizm.
a właściwie ISIS niszczyło też rzeczy dużo starsze niż hominidy - asyryjskie rzeźby, babilońskie artefakty. Tam chodziło o politeizm i bałwochwalstwo, nie o wiek ziemi. Więc może jednak niszczenie skamieniałości i niszczenie posągów to dwa zupełnie różne zjawiska które wrzucamy do jednego worka?
To dobra uwaga. Bo właściwie czy w tytule tematu 'niszczenie skamieniałości' chodzi o aktywne niszczenie fizyczne, czy też o niszczenie w sensie instytucjonalnego ignorowania, zamazywania, nienauczania? Bo to są dwa różne zjawiska z różnymi sprawcami.
