To jest naprawdę dobre pytanie, Alinka. I myślę, że odpowiedź jest taka, że zmiany były minimalne i bardzo powolne. Rod Hierofantów - ród Eumolpidów - sprawował pieczę nad rytuałem przez pokolenia. Oni musieli obserwować, co się dzieje z wtajemniczonymi, nawet jeśli tamci milczeli. Reakcje ciała, miny, stan po wyjściu z Telesterionu. Można zbierać informacje bez słów.
Właśnie - czy Hierofanci sami przechodzili inicjację? Pytam, bo wydaje mi się, że ktoś, kto tylko organizuje rytuał, ale go nie przeżył, to trochę jak... chirurg, który nigdy nie miał operacji. Coś może rozumieć inaczej.
Dobrze, ale cofnijmy się do czegoś konkretnego. Mamy Telesterion, ciemność, błysk, kilka tysięcy ludzi. Mamy wzmiankę o kykeon - tym napoju z mąki i mięty. Pytanie, które cały czas krąży w tle: czy kykeon mógł zawierać sporysz? Bo jeśli tak, to mamy potencjalne wyjaśnienie farmakologiczne dla wizji, niezależnie od całej reszty.
Sporysz to ten grzyb, który rośnie na zbożu i z którego potem zrobiono LSD? Przepraszam, że pytam tak wprost, ale chcę się upewnić, że rozumiem.
I tu jest problem z tą hipotezą, bo jest zarówno kusząca jak i zbyt prosta. Sporysz w nieodpowiedniej dawce jest śmiertelnie trujący. Czy Grecy przez tysiąc lat podawaliby coś, co przy małym błędzie w proporcjach mogłoby zabić tysiące pielgrzymów na raz? To ryzyko byłoby ogromne.
A nie mogli po prostu nauczyć się dawkowania? Znaczy, jeśli to robiło się przez tyle pokoleń, to może jednak wiedzieli co i ile?
Właściwie to nie pomyślałem wcześniej o tym aspekcie, ale skoro tylu różnych ludzi uczestniczyło - to zapis o tym, że 'nie wolno było mówić' musiał być naprawdę poważnie traktowany, skoro przez tyle wieków nikt nic konkretnego nie wygadał. To znaczy, że albo strach był ogromny, albo doświadczenie było naprawdę tak nieprzetłumaczalne jak tu wcześniej padło.
To mnie zastanawia. Bo z jednej strony mówimy o czymś nieprzetłumaczalnym, z drugiej - Plutarch, Ciceron, Pindar pisali o tym, że wtajemniczenie zmienia stosunek do śmierci. Skąd to wiedzieli, skoro sami nie mogli tego opisać?
Słuchajcie, wracam do czegoś, co Walentynkaa mówiła wcześniej o przygotowaniach. Jeśli rok przygotowań obejmował posty, pielgrzymkę, ablucje - to kiedy człowiek już wchodził do Telesterionu, jego ciało i psychika były już w zupełnie innym miejscu niż normalnie. Może to w ogóle była główna 'substancja czynna' - sama asceza?
I tu masz coś bardzo trafnego, Klarysa. Poszczenie potrafi wywoływać stany zbliżone do transowych - to jest fizjologia, nie mistyka. Połącz to z odwodnieniem, wielodniową pielgrzymką pieszo z Aten do Eleuzis, brakiem snu w noc rytualną, tłumem, dźwiękami, ciemnością. Nawet bez jakiejkolwiek substancji mózg jest w stanie, w którym normalny próg percepcji całkowicie się przesuwa.
ale to rodzi pytanie, które mnie trochę nieswojo drażni - czy to znaczy, że całe doświadczenie dało się 'wyprodukować' i kontrolować przez kapłanów? Że wiedzieli: zrób człowiekowi tak i tak, a zobaczy to i to? To brzmi trochę jak manipulacja.
Właśnie. I tu jest coś, o czym rzadko się mówi - Hymn do Demeter to jest tekst, który czytali wszyscy Grecy. Był powszechnie dostępny. A mimo to misteria pozostawały tajemnicą. To znaczy, że tekst i rytuał to były dwie zupełnie różne rzeczy. Można było znać historię na pamięć i nadal nie wiedzieć, co się wydarzyło w Telesterionie.
O, to jest bardzo ciekawe rozróżnienie. Dziękuję, Hergo. Ale skoro tak, to pytanie do was - czy są jakieś inne tradycje, gdzie ta sama dwuznaczność występuje? Że 'nie wolno' i 'nie można' stają się tym samym?
A czy jest jakiś zapis od kogoś, kto był w Eleuzis i próbował jednak opisać co poczuł, nawet ogólnie? Bo rozumiem, że konkrety były tajne, ale czy ktoś pisał cokolwiek o tym jak to było emocjonalnie?
No dobra, ale mnie wciąż uwiera jedno - skoro to było takie nieprzetłumaczalne, to dlaczego przez tysiąc lat co roku tysiące ludzi szło do Eleuzis? Jeśli nie można było nic powiedzieć, to jak propaganda szła dalej? Na czym polegało 'polecanie' misteriów?
I tu wrócę do czegoś, co wcześniej pominęliśmy - do kwestii, czy ta przemiana mogła być trwała. Bo jeśli to był czysto sensoryczny efekt jednej nocy - wyczerpanie, ciemność, błysk - to powinien blaknąć. A ze wszystkich opisów wynika, że nie bladł. Ciceron pisał to dekady po inicjacji. Plutarch też. Co to mówi o naturze tego doświadczenia?
Słucham was od jakiegoś czasu i mam takie pytanie trochę z boku - czy wy w ogóle myślicie, że to doświadczenie było dla wszystkich takie samo? Bo jest tysiąc ludzi w jednej sali i każdy ma swoją historię, swoje lęki, swoją wiarę. Czy Hierofanci mogli zrobić coś, co zadziałało tak samo na wszystkich? Dla mnie to niemal nie możliwe.
To nie musiało działać identycznie na wszystkich - i może właśnie o to chodziło. W wielu tradycjach inicjacyjnych zakłada się, że rytuał tworzy przestrzeń, a każdy dostaje z tej przestrzeni tyle i to, czego potrzebuje lub na co jest gotowy. Pytanie, czy Grecy myśleli w tych kategoriach, ale biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z tradycją liczącą ponad tysiąc lat - zakładam, że wiedzieli, iż nie wszyscy wychodzą z tym samym.
I jest na to pośredni dowód - wiemy, że niektórzy inicjowani przychodzili drugi raz, na wyższy stopień, tak zwane Wielkie Misteria po roku od Małych. Gdyby doświadczenie było identyczne dla wszystkich i jednorazowe, po co dawać możliwość powrotu na wyższy poziom? To sugeruje jakąś strukturę, coś, co można pogłębiać.
To, co Walentynkaa napisała o dwóch stopniach - Małych i Wielkich - jest według mnie kluczem do całej rozmowy. Bo jeśli Małe Misteria były progiem, a Wielkie dopiero właściwym doświadczeniem, to znaczy, że cały ten system był zaprojektowany jako droga, nie jednorazowy wstrząs. Pytanie do Hergi - czy masz jakieś źródła na to, czym Małe faktycznie się różniły od Wielkich? Bo ja natrafiam głównie na spekulacje.
Czekajcie, bo ten kłos pszenicy mnie rozbił. Serio? Po całej nocy inicjacji - kłos? To jest albo najbardziej rozczarowujące co można sobie wyobrazić, albo... coś z tym jest. Czy ktoś ma inne źródła, które to potwierdzają? Bo Proclus to neoplatonik, pisał kilkaset lat po Eleuzis, mógł spekulować.
To ciekawe, co Bolek mówi o powiązaniu z Atenami. Tzn. ja się na tym nie znam, ale zastanawiam się - czy to nie jest tak, że Eleuzis działała między innymi dlatego, że miała prestiż polityczny? Żeby iść do Eleuzis, trzeba było być nieskalanym morderstwem, mówić po grecku. To był znak przynależności do świata cywilizowanego. Może część 'przemiany' była społeczna, a nie tylko duchowa?
Wracając do tego kłosa - mi się nasuwa skojarzenie z tym, co Walentynkaa mówiła wcześniej o Hymnie do Demeter. Pszenica, ziarno, śmierć ziarna w ziemi i odrodzenie - to jest ta sama metafora co śmierć i zmartwychwstanie, prawda? Może kłos nie był przypadkowym rekwizytem, tylko symbolem, który inicjowani 'rozumieli' po tej nocy inaczej niż przed nią?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy krążymy wokół czegoś, co może być trudne do uchwycenia wprost. Pamiętam, jak byłam na rytuale rekonstrukcyjnym, nie Eleuzis oczywiście, ale opartym na podobnej logice psychodramatu. I ten moment końcowy, prosty gest z przedmiotem, który wcześniej byłby bez znaczenia, po tej nocy rzeczywiście był inny. Nie umiałabym wytłumaczyć dlaczego. Więc kiedy czytam o kłosie, to mi to nie brzmi ani śmiesznie, ani banalnie.
Wracam do Bolka i jego pytania o trwałość - bo mi się wydaje, że to jest mocniejszy argument niż doceniamy. Mamy jedno bardzo konkretne świadectwo: Aleksander Wielki miał być inicjowany, ale nie zdążył przejść całości. I w listach jego otoczenia jest wzmianka, że sam o tym mówił z żalem. Człowiek, który podbił pół świata, żałował, że nie dokończył rytuału. To nie brzmi jak ktoś, kto się bał, że 'przepisowi na misteria' nie poznał. To brzmi jak ktoś, kto wiedział, że coś ominął.
No właśnie, i tu mi się coś nie zgadza z całą tą rozmową. Mówimy o 'efekcie' jak o czymś jednorodnym, ale skąd wiemy, że wszyscy inicjowani wychodzili z tym samym? Cyceron był inicjowany i stał się trochę lepszym mówcą o śmierci. Pindar napisał piękną odę. Ale nie mamy świadectwa kogoś, kto poszedł i powiedział 'nic mi się nie stało, strata czasu'. A takie świadectwo by wiele wyjaśniło.
Ja w ogóle nie rozumiem jednej rzeczy i może to głupie pytanie, ale - skoro to była tajemnica chroniona przez wieki, jak w ogóle doszło do tego, że znamy jakiekolwiek szczegóły? Tzn. Hipollit, Proclus, te wszystkie źródła, które tu wymieniacie - czy oni byli inicjowani i złamali przysięgę, czy pisali na podstawie plotek?
