Zastanawiałam się nad tym od jakiegoś czasu i chciałam zapytać, bo nie wiem jak to wygląda w innych tradycjach. Chodzi mi o to, czy w różnych religiach istnieje coś takiego jak możliwość 'ratowania' duszy po tym, jak człowiek już odszedł. U nas w katolicyzmie jest czyściec i modlitwy za zmarłych, msze gregoriańskie i tak dalej. Ale co z islamem, judaizmem, buddyzmem? Czy tam też ktoś żyjący może coś zrobić dla duszy, która już przeszła na drugą stronę? Albo czy w ogóle jest sens rozmawiać o 'ratowaniu', skoro np. w niektórych tradycjach dusza wraca w kolejnym wcieleniu i sama sobie musi poradzić?
Temat bardzo szeroki, ale wciągający. W judaizmie jest coś, co może być porównywalne - kadysz, odmawiany przez rok po śmierci rodzica. Tylko że on nie jest modlitwą 'za' duszę w takim sensie jak katolickie requiem. Kadysz to w zasadzie uwielbienie Boga, a nie prośba o łaskę dla zmarłego. Natomiast jest przekonanie, szczególnie w kabale, że przez odpowiednie działania żyjących można wpłynąć na stan duszy w olam ha-ba. To już bardziej przypomina logikę czyśćca. Moje pytanie do ciebie, bo zacząłaś temat: czy interesuje cię bardziej strona teologiczna tych wierzeń, czy może praktyczna - co konkretnie ludzie robią w takich rytuałach?
To jest właśnie kluczowe pytanie w tym temacie. Bo weźmy buddyzm tybetański - tam mamy Bardo Thödol, czyli tak zwane Tybetańskie Pismo Śmierci. Lama czyta je głośno przy ciele lub przez 49 dni po śmierci, bo wierzy się, że duch jeszcze słyszy i może skorzystać z tych wskazówek podczas wędrówki przez bardo. To jest wyjątkowo konkretna praktyka - nie ma tu wątpliwości, że chodzi o realną pomoc duszy, a nie tylko o symbolikę. Czy ktoś z was orientuje się, jak to wygląda w praktyce współczesnych klasztorów tybetańskich? Czy to wciąż powszechne?
Słyszałam, że w niektórych klasztorach tybetańskich te praktyki trwają dokładnie 49 dni bo tyle wynosi czas bardo. Ale mnie bardziej uderza coś innego - że w różnych tradycjach ten czas 'okna' dla duszy jest podobny. W katolicyzmie mamy 40 dni, w części tradycji słowiańskich też mówi się o czterdziestym dniu. Czy to przypadek, czy coś za tym stoi?
Czterdzieści dni pojawia się też w islamie, prawda? Tam też jest taki okres żałoby i modlitw. Może to nie jest przypadek i różne tradycje niezależnie 'wychwyciły' coś realnego w tym czasie przejścia?
Zostańmy chwilę przy islamie, bo Nefrytka poruszyła ważną rzecz. Sunnici i szyici różnią się bardzo w tej kwestii. U szyitów modlitwy i nawet opłacanie przez żyjących dodatkowych modlitw w intencji dusz jest dużo bardziej rozwinięte i traktowane jako naprawdę skuteczne. Natomiast u sunnitów ortodoksyjnych bywa to wręcz uznawane za bidę, czyli niedozwolone innowacje. Więc nawet wewnątrz jednej religii nie ma zgody co do tego, czy żyjący mogą 'cokolwiek zrobić' dla duszy.
Przepraszam za może naiwne pytanie, ale jak to właściwie działa w katolicyzmie z tym czyśćcem? Zawsze rozumiałam to tak, że modlitwy skracają czas, który dusza tam spędza. Ale kto to w ogóle ocenia? Czy Kościół ma jakieś dokładniejsze wyjaśnienie mechanizmu?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy ktoś zna analogię w tradycjach afrykańskich albo w voodoo. Bo tam kult przodków jest bardzo żywy i rozbudowany, i rozumiem, że żyjący regularnie 'karmią' duchy przodków - ofiary, rytuały, modlitwy. Ale to raczej utrzymuje już istniejącą relację, a nie ratuje duszę w jakimś kryzysowym momencie. Czy ktoś wie, czy w voodoo jest coś na wzór czyśćca - jakiś stan przejściowy, który można skrócić?
A co z hinduizmem? Przecież tam jest cały system rytuałów po śmierci - te obrzędy, które wykonują krewni. Jak to się ma do możliwości 'ratowania' duszy?
To niesamowite, jak ten motyw się powtarza - syn odprawiający rytuały za ojca, modlitwa za przodków. Gerwazy64, a co jeśli ktoś nie ma syna? W hinduizmie to chyba był poważny problem?
Ja się trochę gubię w tej dyskusji. Chciałam zapytać o coś podstawowego: czy jest jakaś tradycja, która mówi wyraźnie nie - po śmierci żyjący nic nie mogą zrobić, dusza jest sama i koniec? Bo mam wrażenie, że wszędzie jest jakiś mechanizm pomocy.
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, naprawdę otworzyła mi oczy na wiele rzeczy. Chciałem zapytać jeszcze o jedno: czy w którejś z tych tradycji jest jakaś granica czasu, po której pomoc jest już niemożliwa? W katolicyzmie czyściec trwa do końca czasów, ale czy np. w buddyzmie tybetańskim, jeśli dusza przejdzie przez bardo i się wcieli, to już żadne rytuały jej nie dosięgną?
To bardzo ciekawy wątek z tym oknem czasowym. W numerologii 49 to też nie jest przypadkowe - 4+9=13, 1+3=4, liczba stabilizacji i zakończenia cyklu. Jakby wbudowana w samą strukturę liczby była informacja o zamknięciu pewnego etapu.
Trzy dni to też czas zmartwychwstania w chrześcijaństwie. Myślicie, że jest jakiś związek z tym, że ciało uznawano za żywe przez trzy dni i dopiero potem dusza definitywnie odchodzi?
Przepraszam, że wrócę do swojego wcześniejszego pytania, bo nie do końca dostałem odpowiedź. Pentagramia powiedziała, że po 49 dniach ta 'dusza' jest już kimś innym. Ale jeśli mamy na przykład kogoś bliskiego, kto niedawno zmarł, i czujemy, że chcemy mu jakoś pomóc - to w którym systemie to ma największy sens? Pytam praktycznie, nie filozoficznie.
Odpowiem obu jednocześnie, bo pytania są powiązane. Z perspektywy porównawczej: systemy, które dają żyjącym największe możliwości działania, to buddyzm tybetański, katolicyzm i hinduizm. W każdym z nich jest konkretna praktyka - lama czytający Bardo Thödol, msza gregoriańska, shraddha. Problem z pytaniem 'który ma sens' jest taki, że każdy z nich zakłada inną kosmologię. Nie można po prostu wziąć tybetańskiego rytuału i nałożyć go na katolickie rozumienie duszy - one operują na zupełnie innych założeniach.
Ale to trochę egoistyczne z naszej strony, nie? Zatrzymywać duszę kogoś bliskiego, bo nam jest dobrze z tą obecnością? Czy tradycje afrykańskie w ogóle o tym mówią, czy to jest dla nich normalny i pozytywny stan?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i myślę, że warto zatrzymać się na chwilę na czymś, co umknęło. Wszyscy mówimy o tym, co żyjący mogą zrobić dla duszy - ale chyba żadna tradycja nie mówi, że żyjący są jedynymi aktorami w tym procesie. W katolicyzmie są aniołowie i święci, w buddyzmie bodhisattwowie, w hinduizmie bogowie, którym składa się ofiary właśnie po to, żeby pomogli duszy. Pytanie do wątku głównego powinno brzmieć nie tylko 'czy można ratować duszę', ale kto w tym uczestniczy poza żyjącymi.
Ten szamański motyw jest dla mnie bardzo poruszający właśnie dlatego, że szaman ryzykuje własną duszą, żeby odprowadzić lub uratować duszę kogoś innego. To jest chyba najbardziej radykalna forma 'ratowania', jaką znam w jakiejkolwiek tradycji. Czy ktoś wie, czy ta praktyka jest udokumentowana we współczesnym szamanizmie, czy to bardziej historyczny opis?
Ale czy w takim razie szaman działał za zgodą tej duszy? To znaczy - czy dusza chciała być uratowana, czy szaman po prostu szedł i ją przynosił bez pytania?
Czekajcie, bo trochę się pogubiłam. Mówimy teraz o ratowaniu duszy żywego człowieka czy umarłego? Bo rozumiem, że to są dwie różne rzeczy, a rozmowa chyba miesza oba wątki.
Islam jest tu ciekawym przypadkiem, bo Du'a za umarłych - modlitwa wstawiennicza - jest w nim obecna i szeroko praktykowana, ale teologicznie jest dość ostrożna. Nie ma koncepcji czyśćca w rozumieniu katolickim, więc nie ma też przekonania, że można 'zmienić' losy duszy po śmierci. Modlitwa jest bardziej prośbą skierowaną do Boga niż mechanizmem wpływającym bezpośrednio na stan duszy. Przynajmniej tak to rozumie sunnicka ortodoksja. W islamie sufickim bywa inaczej - i to byłoby ciekawe rozwinięcie.
Jeśli patrzeć przez pryzmat numerologii i cykli - to może nie 'który jest starszy', ale 'który pojawia się naturalnie'. Kulty przodków są w praktycznie każdej kulturze, którą znamy z archeologii. Może to nie jest kwestia historycznej pierwszości, tylko tego, że ta intuicja jest jakoś wbudowana w ludzkie myślenie?
Wróćmy może do tej karmy transferowalnej, bo mnie to bardzo ciekawi. Nefrytka powiedziała, że w therawadzie transferowanie zasług jest pod znakiem zapytania - ale w praktyce popularne buddyzmy azjatyckie robią to powszechnie. Jak to się pogodził z doktryną?
W tradycji nordyckiej i w runach jest inny model - i może to coś wniesie do dyskusji. Nie mówi się tam o 'ratowaniu' duszy, ale o honorowaniu i zapamiętywaniu. Runa Tiwaz na przykład jest związana z poświęceniem i przejściem, a stawianie kamieni runicznych nie służyło wysłaniu duszy gdzieś dalej, tylko zakotwiczeniu jej pamięci w świecie żywych. To inny cel niż ratowanie - bardziej utrwalanie niż wyzwalanie. Może to odpowiedź dla tradycji, w których nie ma czyśćca ani wielu wcielenia - nie trzeba duszy 'ratować', wystarczy jej nie zapomnieć?
W tradycji egipskiej to okno jest chyba najlepiej 'zaplanowane'. Czterdzieści dwa dni po śmierci - przynajmniej według niektórych interpretacji - dusza przechodzi Ważenie Serca i albo idzie dalej, albo jest pożarta przez Ammit. I co ważne: w tym czasie rodzina odprawiała rytuały, które miały wspierać duszę właśnie w tej podróży. To jest dosłownie okno interwencji z terminarzem.
W tradycji nordyckiej nie ma takiego zamkniętego terminarza. Hel przyjmuje tych, którym nie dane było zginąć w walce, Walhalla - wybranych. Ale co ważne dla tematu: żywi mogą 'otworzyć' połączenie z umarłym przez seidr albo przez ofiarę przy mogile. Nie jest to ratowanie w sensie zmiany losu - to raczej podtrzymywanie łączności. Pytanie, czy łączność i interwencja to zawsze to samo.
