Słuchajcie, to mi mocno przypomina to, co jest w systemach czakr. Siedem czakr, potem coś ponad nimi, Sahasrara jest jakby przejściem poza system indywidualny. Czy ktoś wie, czy te dwa systemy mają wspólne korzenie, czy to jest niezależna zbieżność? Bo naprawdę wygląda identycznie strukturalnie.
Przepraszam za proste pytanie przy tak trudnej dyskusji, ale zupełnie nie wiem skąd zacząć jeśli chciałabym samodzielnie coś przeczytać o tym Corpus Hermeticum które Wieszczbiarka02 wymieniała. Czy to są dostępne teksty po polsku? I czy są przetłumaczone w sposób zrozumiały dla kogoś bez filozoficznego wykształcenia?
Wróćcie na chwilę do tego co powiedział Nekromanta o Heimarmene i losie. Bo to mnie zastanawia w kontekście wróżbiarstwa. Jeśli przeznaczenie działa tylko w sferach planetarnych i można je przekroczyć, to po co w ogóle się wróżyć? Horoskop opisuje poziom, który można opuścić. Czy tradycja hermetyczna miała jakieś stanowisko wobec przepowiadania przyszłości?
A ja bym dodała, że to samo napięcie jest w każdym systemie, który ma jednocześnie poziomy hierarchiczne i cel transcendencji. Tarot ma ścieżkę przez arkany, ale jej punkt końcowy, Głupiec czy Świat zależy jak patrzysz, jest właśnie wyjściem poza system kart. Jakby narzędzia były po to, żeby wskazać na coś, po osiągnięciu czego narzędzia stają się zbędne.
To jest właśnie ten punkt, w którym chciałbym się zatrzymać. Bo Kornelia mówi o zmianie relacji do hierarchii, nie o wyjściu poza nią. I to mi się zgadza z tym, co czytałem o emanacjach w Plotynie. Henada, Nous, Dusza Świata, to nie są szczeble drabiny, które zostawiasz za sobą jak piętra w windzie. Raczej jesteś jednocześnie na wszystkich, ale budzisz się na coraz głębszym. Czy ktoś z was to tak odczuwa praktycznie, że nie chodzi o wyjście, ale o rozszerzenie pola świadomości obejmującego niższe sfery?
To jest ważna uwaga, ale chciałbym dodać, że ta linia podziału nie jest taka ostra nawet w samych tekstach. Nag Hammadi to ogromna różnorodność i są tam teksty zupełnie różniące się stosunkiem do demiurga. Niektóre go wprost potępiają, inne, jak Trójczłonowa Protenoia, mają bardziej złożony obraz gdzie demiurg sam jest w pewnym sensie nieświadomy swojej podrzędności. Więc ostrożnie z mówieniem, że gnostycyzm mówi jedno, bo to jest raczej konstelacja poglądów.
Wróćmy na chwilę do kwestii praktycznej, bo trochę uciekliśmy w historię tekstów. Jeśli te sfery mają odpowiedniki w człowieku, w psychice, w ciele energetycznym, to jak to wygląda od strony doświadczenia? Czy ktoś z was miał jakiś stan, medytacyjny, senny, cokolwiek, który można by opisać jako wejście w inną sferę albo przekroczenie granicy między poziomami?
Poimandres opisuje to przez odczuwalne odciążenie, każda sfera zostawiana za sobą to jakby zdejmowanie płaszcza. Co ciekawe, każda porzucana warstwa to konkretna jakość, przy Saturnie odchodzi chciwość i lenistwo, przy Jowiszu butność, przy Marsie pochopność działania i tak dalej. Więc jeśli iść za tym schematem, zmiana sfery byłaby rozpoznawalna nie tyle jako zmiana krajobrazu wewnętrznego, ile jako zmiana dominującej skłonności. Czy to współgra z tym, co opisujesz Kornelia?
Szczerze, to co opisujesz Leopold brzmi bardziej jak oczyszczanie niż jak jednorazowe doświadczenie. U mnie to było punktowe, nie było poczucia stopniowego zdejmowania czegoś. Więc albo mam za mało materiału porównawczego, albo to były naprawdę różne zjawiska. Chociaż ciekawe, że po tej medytacji byłam przez kilka dni jakoś spokojniejsza, mniej reaktywna. Może to i jest ten odpowiednik zdejmowania Marsowej warstwy.
Słuchajcie, przepraszam że się wtrącam, ale zgubiłam się przy tym fragmencie o zdejmowaniu płaszcza przy każdej sferze. Czy to znaczy, że te wady, chciwość, pycha i inne, to nie są nasze własne cechy, tylko coś co przylgnęło do duszy podczas schodzenia przez sfery? I że możemy je po prostu zwrócić w drodze powrotnej?
To jest niesamowita koncepcja i nagle widzę w tym analogię do tego, co robię z czakrami. Kiedy pracuję na przykład nad Muladhara i pojawiają się blokady, to może to jest właśnie ta warstwa Saturna? I oczyszczanie czakry to jest właśnie to zdejmowanie płaszcza? Może to nie jest przypadkowe podobieństwo.
To może być jeden z tych przypadków, gdzie doświadczenie jest wspólne, a systemy są różnymi językami opisu. Ale tu też jest ryzyko, że stwierdzamy, że wszyscy mówią o tym samym, i przez to gubimy to, co jest specyficzne w każdym systemie. Bo może właśnie różnica między hermetyzmem a tantrą jest istotna i coś wnosi, a nie tylko je zaciemnia.
Wróćmy może na chwilę do tego co mówiłam o ziołach, bo to ma związek z tym czym teraz dyskutujecie. Jeśli sfery mają odpowiedniki w ciele człowieka i w roślinach, to może właśnie ta troistość, kosmos, człowiek, roślina, jest tym, co pozwala na realne połączenie systemów. Nie jako teoria, ale jako praktyka. Zioło Saturna działa na sferę Saturna w człowieku i przez to jest mostem między poziomami. Czy to jest logiczne?
Dobra, to może odpowiem sam sobie, bo trochę zostawiłem to pytanie w powietrzu. Saturn w ziołolecznictwie to rośliny, które zwierają, spowalniają, wyznaczają granicę, tamaryszek, cis, czarny bez w pewnym kontekście. I wydaje mi się, że to nie jest 'aktywacja' sfery w sensie dodawania energii, raczej odwołanie do jej zasady porządkującej. Ale Werbena to ty masz tu większe doświadczenie, więc mówię ostrożnie.
Tu jest rzeczywiście rozbieżność między systemami. W ptolemejskim modelu niebios Saturn jest najdalej od Ziemi, więc najwyżej. W Poimandresie dusza idzie w górę przez sfery i Saturn jest ostatni przed ósmą sferą gwiazd stałych. Ale w tradycji chaldejskiej numeracja bywa odwrócona. I to nie jest przypadkowy detal, bo od tego zależy cała symbolika wznoszenia. Czy zostawiamy Saturna za sobą jako ostatni ciężar, czy jako pierwszą bramę?
i to jest właśnie moment, gdzie różne systemy naprawdę się rozchodzą, bo mają inną logikę kosmologiczną. W astrologii hellenistycznej Saturn jako najdalszy oznacza też najbardziej oddalony od wpływu Słońca, a więc najchłodniejszy i najsuchszy. Ale w medycynie astrologicznej to nie jest coś złego, tylko określona jakość. Czy w tekstach hermetycznych ta zimność Saturna jest neutralna, czy nacechowana?
Przepraszam, że się wtrącam z takim podstawowym pytaniem, ale dlaczego akurat chciwość i lenistwo są przypisane do Saturna? Dla mnie Saturn to bardziej czas i granice, ale nie skojarzył mi się z chciwością. Skąd to powiązanie?
Słuchajcie, zastanawiam się czy to rozróżnienie na wady przypisane do sfer ma jakiś odpowiednik w pracy z czakrami, bo tam też każda czakra ma swoje zablokowanie i swoje otwarcie, ale to nie jest kwestia zewnętrznej siły tylko wewnętrznego wzorca. Czy w systemie hermetycznym to jest moje wewnętrzne lenistwo, czy coś co Saturn mi 'nałożył'?
A może to rozróżnienie jest właśnie tym, co różni poszczególne szkoły i niekoniecznie trzeba je rozstrzygać? Bo i gnoza i hermetyzm i tantra działają, niezależnie od tego czy winy lokujemy w archontach czy w samym człowieku. Pytanie praktyczne to nie skąd pochodzi wzorzec, tylko co z nim robić.
To jest bardzo konkretna różnica i dobrze, że to wyciągnęłaś. Bo z perspektywy pracy ze snami, kiedy pojawia mi się coś ciężkiego, blokującego, zawsze mam ten sam dylemat. Czy to jest coś mojego, co chce być zobaczone, czy coś zewnętrznego, czemu należy postawić granicę. I naprawdę nie zawsze wiadomo.
Wracając do tych sfer i pytania Leopolda o liczbę poziomów, bo trochę od tego odeszliśmy. Wydaje mi się że odpowiedź brzmi: to zależy od systemu, ale zawsze jest ich tyle, ile wynosi odległość między tym co ziemskie a tym co absolutne. Siedem u hermetyków, dziesięć sefirot w kabale, pięć skandh w buddyzmie, siedem czakr, osiem jhana w buddyzmie therawady. Czy to jest koincydencja czy mówią o tym samym?
Mam pytanie trochę z boku tej dyskusji, bo słuchałam i zastanawiałam się. Czy w tych wszystkich systemach, hermetycznym, kabalistycznym, w tantrze, te wyższe poziomy są dostępne za życia, czy tylko po śmierci? Bo miałam wrażenie, że raz mówicie o wznoszeniu jako o czymś, co można zrobić w medytacji, a raz jako o tym co dzieje się z duszą po odejściu.
W hermetyzmie są oba warianty i to jest ważna obserwacja. Poimandres opisuje drogę po śmierci, ale już Corpus Hermeticum IV i XIII mówią o narodzeniu duchowym za życia, które jest tym samym co wzniesienie. Adept który przeszedł inicjację palingenesías, odrodzenia, przebył tę drogę tutaj, w ciele. Śmierć fizyczna to wtedy tylko dopełnienie tego co się już dokonało.
To jest coś, co mnie uderza w tej całej rozmowie. Że właściwie wszystkie te systemy zakładają, że hierarchia sfer to nie jest coś na zewnątrz, tylko coś przez co przechodzisz i co w jakiś sposób jesteś. Nie wiem czy dobrze to rozumiem, ale chyba o to chodzi?
To co mówisz Basieńko jest bardzo trafne i myślę, że trafiasz w sedno całej tej kosmologii. Hierarchia sfer w hermetyzmie nie jest mapą zewnętrznego kosmosu, który można by gdzieś pojechać i zobaczyć. To jest mapa stanów bycia. Każda sfera to coś, czym jesteś lub co w sobie nosisz. Dlatego właśnie wznoszenie się przez sfery to nie podróż przestrzenna, tylko przemiana. Poimandres jest pod tym względem bardzo spójny.
To otwiera dla mnie nowe pytanie. Jeśli hierarchia sfer to mapa stanów bycia, to czy te stany są do siebie uszeregowane wartościowo, czy tylko jakościowo? Bo jedno to powiedzieć, że Saturn jest cięższy od Wenus. Ale drugie to powiedzieć, że Saturn jest gorszy od Wenus. Czy hermetyzm to wartościuje, czy tylko opisuje?
A jak to wygląda z perspektywy praktycznej? Bo jeśli kosmos jest piękny i jest przejawem boga, to po co w ogóle wychodzić poza sfery? Mam wrażenie, że pesymistyczny wariant daje lepszą motywację do pracy duchowej. Optymistyczny brzmi jak zaproszenie do pozostania gdzie się jest.
