Zacząłem się ostatnio mocno wgłębiać w temat powtarzanych formuł w różnych tradycjach i uderzyło mnie, jak bardzo zbliżone są do siebie w zasadzie działania, mimo że dzielą je tysiące kilometrów i zupełnie różne systemy metafizyczne. Mantra w tradycji wedyjskiej i hinduskiej, dzikir w sufizmie, Jezusowa modlitwa hezychastów, nembutsu w buddyzmie czystej ziemi - wszystko to opiera się na tym samym mechanizmie: rytmicznym, powtarzanym wypowiadaniu słowa lub frazy, które ma coś zrobić z umysłem, z ciałem, z przestrzenią wokół. Chciałem otworzyć temat właśnie dookoła tego - nie jako porównanie technik medytacyjnych, ale jako pytanie o to, czym właściwie jest ta powtarzalność. Czy chodzi o znaczenie słów, o brzmienie, o skupienie uwagi, a może o coś zupełnie innego? Bo różne tradycje dają na to bardzo różne odpowiedzi.
Dobre pytanie o fundament, bo rzeczywiście jest tu coś, o czym rzadko się mówi wprost. W tradycji wedyjskiej sam dźwięk - śabda - jest traktowany jako pierwotny, niezależny od znaczenia. Mantra Om nie 'oznacza' nic w sensie semantycznym, ale jej wibracja ma działać bezpośrednio na strukturę subtelną. Czy tak samo rozumie to sufizm w dzikirze? Nie jestem pewien. Mam wrażenie, że tam znaczenie słów - zazwyczaj imion lub przymiotników Allaha - jest jednak centralnym elementem, a powtarzanie to forma koncentracji na treści, nie na samym dźwięku. Ale mogę się mylić, bo nie jestem w tej tradycji zakorzeniony.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale czym właściwie różni się mantra od zwykłego powtarzania modlitwy? Bo jak się modlę różańcem, to też powtarzam w kółko te same słowa. To jest to samo?
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mi siedzi w głowie - czy to w ogóle ma znaczenie, czy rozumiesz słowa, które powtarzasz? Bo dużo mantry jest w sanskrycie i większość ludzi na Zachodzie powtarza je bez pojęcia co oznaczają. Czy to nie sprawia, że to jest takie trochę... puste?
To rozróżnienie, o które pyta Ewaryst, jest moim zdaniem kluczowe dla całego tematu. Bo jeśli mantra działa przede wszystkim na umysł praktykującego - wyciszając go, skupiając, tworząc pewien wewnętrzny rytm - to jest to bliskie psychologii. Jeśli jednak zakłada się, że dźwięk ma własność przyzywania, łączenia z bóstwem albo wpływania na materię - wchodzimy w zupełnie inne terytorium. I co ciekawe, te dwa rozumienia często współistnieją nawet u jednego praktykanta, bo nikt nie pyta sam siebie, co właściwie robi.
Ja mam inne podejście do tego. Przez jakiś czas chodziłam do grupy, gdzie robiliśmy coś w stylu dzikiru, chociaż nie w kontekście islamskim tylko bardziej ogólnym. I powie wam, że po długim powtarzaniu coś sie działo z przestrzenią w pokoju. Nie wiem jak to opisać inaczej. Ludzie to czuli bez mówienia sobie nawzajem. To nie jest tylko 'stan umysłu' bo cisza po tym dzikiru była zupełnie inna niż przed. Dla mnie to wystarczający argument że coś wychodzi poza psychologię.
Wchodzę tu bo to porównanie z mszą mnie uderzyło. Właśnie Kyrie eleison - Panie zmiłuj się - też jest powtarzane wielokrotnie, pierwotnie po grecku nawet w Kościele łacińskim. Czy to nie jest to samo? I wracając do pytania Luriska o to, czym jest ta powtarzalność - może ona działa na uwagę? Bo powtarzanie nie daje umysłowi przestrzeni na ucieczkę w myśli, przynajmniej przez chwilę.
Ja raz powtarzałem mantrę przez ponad godzinę sam w domu i w pewnym momencie dosłownie nie wiedziałem, czy to jeszcze ja to powtarzam, czy po prostu to się dzieje. Trochę mnie to przestraszyło szczerze mówiąc. Nie wiedziałem, czy to jest coś dobrego.
kontynuowałem przez jakiś czas, ale ostrożniej, krótsze sesje. I właściwie ten stan już się nie powtórzył tak intensywnie. Może za bardzo na niego czekałem.
To ciekawe co mówi Albinek73, bo w wielu tradycjach inicjacja do mantry właśnie po to jest - żeby nie wchodzić samemu bez przygotowania w te głębsze stany. Guru w hinduizmie, szejk w sufizmie, starec w prawosławiu - to zawsze był ktoś, kto towarzyszył w przekraczaniu tych progów. A my dzisiaj sięgamy po aplikacje do medytacji i oczekujemy, że to wystarczy. Nie mówię, że to złe, ale może brakuje nam tego wymiaru towarzyszenia?
Pytanie, które mi się nasuwa po tej dyskusji - czy w takim razie mantra czy dzikir bez inicjacji, bez przekazu od mistrza, w ogóle 'działa', cokolwiek to znaczy? Czy jest to po prostu ćwiczenie koncentracji, które każdy może sobie robić sam, czy jednak tradycje zakładają, że coś ważnego gubi się bez tego łańcucha przekazu?
No właśnie, to co Jadea96 pisze, to mi coś wyjaśnia. Bo kiedy się przestraszyłem, to przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałem, czy to jest dobry kierunek czy nie. Nie miałem żadnego punktu odniesienia. Myślicie, że gdybym miał kogoś, kto by mi powiedział 'tak, to normalne, idź dalej', to bym nie przerywał?
Słuchajcie, ale mam wrażenie, że ta rozmowa zrobiła się trochę elitarna. Jakby samo powtarzanie słów bez mistrza i inicjacji to był tylko trening na siłowni, a prawdziwa sztuka walki to dopiero gdzieś za kurtyną. A większość ludzi na świecie modli się samodzielnie, powtarza różaniec samodzielnie, recytuje psalmy samodzielnie i nikt im nie mówi, że to nie działa.
Mnie ta kwestia samotności w praktyce bardzo ciekawi. Bo z jednej strony mamy te wszystkie tradycje, gdzie przekaz od mistrza jest kluczowy. Z drugiej - sporo osób w ogóle nie ma dostępu do żadnej autentycznej linii przekazu, żyje w małym mieście, nie ma kontaktu z grupą, czyta w internecie. I pytanie jest szczere: co mają robić? Odpuścić?
Salomea63 dotknęła sprawy, która jest chyba najbardziej praktyczna w całym tym wątku. I myślę, że uczciwa odpowiedź jest taka - zależy, po co to robisz. Jeśli ktoś szuka wyciszenia, skupienia, wewnętrznego rytmu - mantra bez inicjacji jest dostępna i skuteczna na tym poziomie. Jeśli ktoś szuka głębszej transformacji, jaką opisują tradycje - to sam klucz jest, ale zamek trzeba gdzieś znaleźć. I coraz więcej mistrzów działa dziś inaczej niż tradycyjnie.
Przepraszam, że może podstawowe pytanie, ale czy dzikir suficki różni się jakoś zasadniczo od mantry tym, że jest po arabsku? Bo czytałam, że arabski ma dla muzułmanów ten sam status, co sanskryt dla wedyjskich tradycji - język, w którym brzmienie jest ważne samo w sobie. Czy to znaczy, że te dwie tradycje tak samo rozumieją działanie dźwięku?
Czytam to wszystko i zaczynam rozumieć trochę więcej, ale mam jedno pytanie praktyczne. Czy jest jakaś różnica między tym, co się dzieje, gdy ktoś powtarza mantrę z pełnym skupieniem przez dwadzieścia minut, a gdy ktoś inny przez te same dwadzieścia minut robi to mechanicznie, bo mu się tak przydarzyło przy zmywaniu naczyń? Pytam serio, bo sam coś takiego miałem z różańcem.
Właściwie to, co opisuje Zywilka, brzmi jak klasyczne wejście w stan przepływu, flow, jak to nazywają psycholodzy. Ale mam pytanie do ekspertów - czy tradycje mistyczne w ogóle rozróżniają między tym efektem 'naturalnego odprężenia' a czymś, co uważają za autentyczne duchowe przejście? Bo z zewnątrz mogą wyglądać podobnie.
Mam wrażenie, że ta mapa, o której pisze Jadea96, trochę mnie uspokaja i trochę denerwuje jednocześnie. Bo z jednej strony fajnie wiedzieć, że to co robiłem nie było bez sensu. Z drugiej ta hierarchia stopni powoduje, że zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek dojdę dalej bez jakiegoś nauczyciela. Czy ktoś tu miał doświadczenie z poszukiwaniem takiego przewodnika w Polsce w kontekście mantry?
I tu wracamy właściwie do samego początku tej dyskusji, do pytania Luriska o to, czym jest ta powtarzalność jako droga. Bo z tej całej rozmowy wyłania mi się obraz, że żadna z tradycji nie traktuje powtarzania słów jako techniki samej w sobie, ale zawsze jako wejście w relację - z dźwiękiem, z tradycją, z nauczycielem, z Bogiem, zależy czego szukasz. Czy takie podsumowanie brzmi sensownie dla reszty?
Salomea63 to ładnie podsumowała, ale mam wrażenie, że ta rozmowa chodzi trochę w kółko. Ciągle słyszymy, że powtarzanie to nie technika, tylko droga, ale nikt mi nie powiedział, jak ta droga wygląda dla kogoś, kto nie ma mistrza, nie ma inicjacji i po prostu siada wieczorem i coś powtarza. Czy to w ogóle działa na coś konkretnego?
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś. Wszyscy mówimy o tradycjach - sufizm, joga, hezychazm. Ale jak ktoś żyje w kulturze, gdzie żadna z tych tradycji nie jest jego rodowodowa, to czy naprawdę może w to wejść, czy zawsze będzie trochę z zewnątrz?
Ta kwestia zapożyczania mnie bardzo zajmuje. Bo z jednej strony każda tradycja ostrzega przed eklektyzmem bez głębi. Z drugiej - chrześcijaństwo wchłonęło neoplatonizm, islam wchłonął tradycje perskie, buddyzm japoński wchłonął sintoizm. Historia religii to jest właściwie ciągłe zapożyczanie. Więc kiedy zapożyczanie jest twórcze, a kiedy tylko powierzchowne?
Wróćmy na chwilę do tej kwestii powtarzania jako takiego, bo mi umknęło - czy ktoś tu praktykuje modlitwę Jezusową, ten hezychastyczny sposób? Bo to jest akurat tradycja, która geograficznie i kulturowo jest nam w Europie Środkowej bliższa niż dzikir czy mantra, a mechanizm jest łudząco podobny.
ale to znowu jest problem z falsyfikacją. Jak odróżnić 'moc imienia' od efektu rytmu i skupienia uwagi na jednej frazie? Z zewnątrz wyglądają identycznie.
Mnie nurtuje inne pytanie bo czytam ten cały wątek - czy powtarzanie w głowie i powtarzanie na głos to jest to samo? Bo jak szepczę coś, to czuję to w klatce piersiowej, i to jest inaczej niż jak to sama sobie myśle cicho. Moze to jest trywialne ale chyba nie.
Ja zaczęłam od szeptu, dosłownie niesłyszalnego. I dopiero po jakimś czasie odważyłam się na głośniejsze. Nie wiem, czy to jest dobra metoda, ale dla mnie zadziałało jako takie stopniowe przyzwyczajanie ciała do tego, że to jest normalne.
