Chciałem poruszyć temat, który przewija się przez wiele tradycji, a rzadko omawiamy go wprost: ile poziomów rzeczywistości wyróżniają różne systemy religijne i mistyczne? Mówię o kosmicznych hierarchiach, sferach niebieskich, wymiarach bytu. W kabale mamy dziesięć sefirot i cztery światy. W islamie siedem niebios. W hinduizmie lokas, których liczba zależy od tekstu. W gnozie archontów i kolejne warstwy pleroma. Chrześcijańska mistyka też ma swoje sfery, chociażby Dante nie wziął tych dziewięciu kręgów z powietrza. Zastanawia mnie, czy to są niezależne intuicje dotykające tej samej rzeczywistości, czy może wszystkie te systemy wzajemnie na siebie wpływały. I drugie pytanie: dlaczego prawie wszędzie pojawia się liczba siedem albo jej wielokrotności?
Liczba siedem to inna sprawa niż sama struktura hierarchii, bo siedem wzięło się prawdopodobnie z obserwacji siedmiu ciał niebieskich widocznych gołym okiem. Planety, które dały nazwy dniom tygodnia. Stąd siedem niebios w mezopotamskich systemach, które potem przejął islam i żydowska mistyka merkabiczna. Ale sama idea poziomów rzeczywistości jest chyba bardziej podstawowa. W systemach szamańskich masz górny, środkowy i dolny świat, czyli trzy poziomy, i to niezależnie czy jesteś z Syberii czy z Amazonii. Nie sądzę, żeby to był wyłącznie efekt kontaktu między kulturami.
Ale czy te trzy poziomy szamańskie to naprawdę to samo co siedem niebios? Bo mi się wydaje, że to zupełnie różne struktury myślenia. Trzy światy szamańskie to bardziej geografia duszy, przestrzeń wędrówki. Siedem niebios to hierarchia bytów, kolejne stopnie doskonałości albo oddalenia od bóstwa. Czytałem kiedyś o merkavah, żydowskiej mistyce rydwanu, gdzie adept dosłownie wspinał się przez kolejne pałace i na każdym poziomie musiał znać właściwe słowo, żeby strażnik go przepuścił. To jest coś zupełnie innego niż podróż szamana w dół do Dolnego Świata.
Mnie zawsze uderzało w tych systemach to, że im wyżej, tym mniej osobowe staje się to, co tam mieszka. W dolnych sferach masz duchy, demony, przodków, byty które można prosić, błagać, nawet oszukać. Im wyżej, tym bardziej bezosobowe, aż do zupełnej pustki w buddyzmie czy Einsofu w kabale. Jakby sam fakt posiadania charakteru był czymś niższym ontologicznie. Czy ktoś jeszcze zwrócił na to uwagę?
Właściwie Nekromanta dotknął czegoś ważnego. Te hierarchie kosmiczne to w dużej mierze produkt teologii systematycznej, a nie pierwotnej intuicji. Kiedy kapłani albo filozofowie zaczynają porządkować wierzenia ludowe, tworzą piękne struktury, ale pytanie, czy te struktury opisują rzeczywistość, czy tylko porządkują ludzką potrzebę porządku. Nie mówię, że jedno albo drugie, po prostu to pytanie wydaje mi się uczciwe.
Ale jak to sprawdzić? Czy istnieje jakaś tradycja, w której ktoś faktycznie badał te poziomy empirycznie, przez własne doświadczenie, a nie tylko przez spekulację? Bo jak słucham o kabalistycznych czterech światach to brzmi jak piękny schemat, ale skąd wiedzieć, że nie jest to po prostu czyjaś metafora?
To co Leopold opisuje trochę mi przypomina to, co słyszałem o stanie podczas głębokiej medytacji. Różni nauczyciele opisują podobne etapy, ale używają zupełnie innych słów. Jeden mówi o pustce, drugi o pełni, trzeci o świetle, czwarty o nicości. Może to kwestia języka i kulturowego filtru, a nie faktycznych różnic w tym, co się przeżywa. Ale to i tak nie odpowiada na pytanie, ile tych poziomów jest.
A co jeśli liczba poziomów zależy od obserwatora albo metody wejścia? Czytałem, że w niektórych tradycjach hermetycznych uznawano, że struktura sfer odpowiada strukturze ludzkiego bytu. Tyle sfer ile warstw człowieka. Ciało, astral, mental i tak dalej. Im dalej w głąb siebie, tym dalej w górę kosmicznej hierarchii. To by wyjaśniało, czemu różne tradycje liczyły inaczej, bo liczyły to, co były w stanie w sobie rozróżnić.
Ja zawsze myślałam, że czakry to bardziej mapa energetyczna ciała, a nie kosmologia. Ale teraz jak to czytam, to zaczynam się zastanawiać, czy to rozróżnienie w ogóle miało sens w oryginalnych tekstach. Czy ktoś wie, jak to wygląda w źródłach tantrycznych?
to by znaczyło, że jak ktoś pracuje z czakrami bez znajomości kosmologii, to jakby używał połowy mapy? Czy to robi różnicę w praktyce, czy może efekt jest podobny?
Myślę, że to ważne pytanie Basieńki, bo dotyka czegoś, o czym rzadko się mówi. Wyrwane z kontekstu techniki często działają, ale inaczej niż zakładał oryginalny system. Jak jeździsz samochodem nie wiedząc jak działa silnik, to też dojedziesz do celu, ale jak coś się zepsuje, to nie wiesz dlaczego. Znajomość mapy kosmicznej w systemach takich jak tantra czy kabała to nie ozdoba, to kontekst, który daje sens całej praktyce.
Wracając do pierwotnego pytania o liczbę poziomów, bo trochę odeszliśmy od tematu. Chciałem zwrócić uwagę na gnostycki system Walentyna, który bodajże ma ich trzydzieści, czyli triakontadę. To najdalej idące rozbicie hierarchii jakie znam w zachodnim ezoteryce. I co ciekawe, Walentyn twierdził, że to wiedza z bezpośredniego objawienia, nie spekulacja filozoficzna. Platon, neoplatonicy, gnostycy, kabaliści, wszyscy dochodzą do swoich hierarchii inaczej, a jednak struktury są częściowo podobne.
Czytam tę rozmowę od początku i trochę mi się kręci w głowie od tych wszystkich systemów. Chciałam zapytać o coś prostszego. Czy w którymś z tych systemów jest wyjaśnienie, dlaczego my, zwykli ludzie, jesteśmy akurat na tym poziomie, a nie na innym? Znaczy, czy to jest kara, przypadek, wybór duszy, czy coś jeszcze innego?
Dzięki za tę odpowiedź Znachorz, trochę mi to rozjaśniło. Ale teraz mam kolejne pytanie, bo chyba nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli w buddyzmie ta wielość poziomów to iluzja, to po co w ogóle te mapy kosmologiczne? Mapa czegoś, czego nie ma, to trochę dziwna sprawa.
To co Znachorz opisuje to klasyczne rozróżnienie między poziomem konwencjonalnym a absolutnym, które w buddyzmie jest bardzo wyraźne. Na poziomie konwencjonalnym masz Samsarę, sześć lub trzydzieści jeden krain, hierarchię bytów. Na poziomie absolutnym to wszystko jest pustką. Te dwa poziomy nie wykluczają się wzajemnie, co jest chyba najtrudniejszą rzeczą do przyjęcia dla kogoś wychowanego na zachodniej logice albo-albo.
Wracam do Lubczyk i jej pytania o to, dlaczego jesteśmy na tym konkretnym poziomie, bo myślę, że pominęliśmy jedną odpowiedź. W hermetyzmie jest taka koncepcja, że dusza schodzi przez sfery planetarne przy narodzeniu i na każdej sferze przywdziewa kolejną 'szatę', kolejne uwarunkowanie. Wracając po śmierci, zdejmuje je po kolei. Ta sama idea jest u Makrobiusza w komentarzu do Snu Scypiona. Tam poziom na którym jesteśmy to wynik tego, przez ile sfer przeszliśmy w dół.
Leopold, to jest naprawdę ciekawe, bo to sugeruje, że każdy jest na dokładnie tym poziomie, na którym powinien być, wynikającym z jego własnej drogi. Ale mam pytanie praktyczne: czy te sfery planetarne u hermetystów to to samo co planety w astrologii? Czy jest jakiś związek między tym, że urodzisz się pod konkretnym Saturnem, a tym, przez jaką sferę przeszedłeś?
To rozróżnienie Wieszczbiarza01 brzmi sensownie, ale zastanawiam się czy tradycje, które te systemy stworzyły, w ogóle robiły takie rozróżnienie. Mam wrażenie, że pojęcie wewnętrzne kontra zewnętrzne jest może naszą zachodnią obsesją. W wielu tradycjach szamańskich świat, do którego wchodzi szaman, jest równie realny jak ten, w którym siedzi jego ciało.
Ale może ta bariera oświeceniowa jest użyteczna, nawet jeśli jest kulturowym konstruktem? Pozwala na weryfikację, na porównywanie doświadczeń, na oddzielenie tego co wspólne od tego co jednostkowe. Bez niej wszystkie wizje mistyczne są równouprawnione i nie możemy powiedzieć nic poza tym, że ktoś coś przeżył.
Przepraszam, że przerywam tak zaawansowaną dyskusję, ale chciałam wrócić do czegoś, co powiedział Leopold o sferach planetarnych i schodzeniu przez nie przy narodzeniu. To znaczy, że my wszyscy mamy te wszystkie poziomy w sobie niejako zakodowane? Czy raczej każdy ma dostęp tylko do swojego?
Czytam tę rozmowę od początku i trochę mi się miesza. Czy ktoś mógłby powiedzieć krótko, ile tych poziomów jest według hermetyzmu i co na każdym można spotkać? Rozumiem, że to uproszczenie, ale jakoś nie mogę złożyć tego w całość.
A czy te siedem sfer planetarnych ma jakiś związek z siedmioma dniami tygodnia i planetami, które im patronują? Bo zawsze mi się wydawało, że ten podział nie jest przypadkowy, ale nigdy nie widziałam wyjaśnienia skąd dokładnie pochodzi.
A wracając do tego co mówił Leopold o mikrokosmosie, mam pytanie bardziej praktyczne. Jeśli noszę w sobie wszystkie sfery, to jak to się ma do planet w moim horoskopie? Czy planety w natywnym horoszkopie pokazują, które z tych sfer są u mnie aktywne albo zablokowane? Czy to jest ta sama struktura opisana z innej perspektywy?
to wyjaśnia dużo. Bo zawsze traktowałem horoskop jako coś zewnętrznego, opis charakteru czy losu. A tu nagle wychodzi, że to jest mapa mojej własnej wewnętrznej hierarchii sfer. To jest naprawdę inne podejście. Ale mam wątpliwość, czy w takim razie praca z planetami w medytacji to jest to samo co praca z odpowiednimi sferami?
Słuchajcie, mam takie skojarzenie, że w tradycji ziołoleczniczej każde zioło przypisane jest do konkretnej planety i to nie jest tylko poetycki zabieg. Agryppa i wcześniejsi autorzy hermetyczni traktowali to dosłownie, że zioło Saturna niesie w sobie energię tej sfery. Czy to znaczy, że pracując z ziołami planetarnymi też wchodzisz w kontakt z tą konkretną warstwą kosmicznej hierarchii?
Okej, powoli zaczynam to składać w całość. Ale mam pytanie, bo dalej mi coś nie gra. Wieszczbiarka02 wcześniej mówiła o Ogdoadzie za sferami planetarnymi. Co to jest ta Ogdoada i dlaczego jest wyżej niż sfery planetarne? Czy to jest coś w rodzaju ósmego wymiaru?
To jest ciekawy punkt, bo to znaczy, że ta hierarchia sfer nie jest tylko opisem rzeczywistości, ale też mapą wolności. Im wyżej, tym mniej zdeterminowany przez kosmiczne siły. Ale mam pytanie do Wieszczbiarski02, bo chcę się upewnić czy dobrze rozumiem. Czy to oznacza, że astrologiczny determinizm obowiązuje tylko na niższych poziomach i jest jakiś pułap, po przejściu którego planety już na ciebie nie działają?
