To jest naprawdę stara debata i nie tylko w hermetyzmie. W buddyzmie też masz dwa bieguny, cierpienie jako fundament Czterech Szlachetnych Prawd versus radość i wyzwolenie jako cel. Nagarjuna i Nagardżuna wybrali inną drogę niż tybetańskie szkoły dzogczen. Ale wróćmy do sfer, bo mi się wydaje, że to nie motywacja decyduje o tym ile ich jest, tylko ontologia. Ile poziomów zakładasz w strukturze bytu, tyle masz sfer.
A co z chrześcijańską tradycją siedmiu niebios? Paweł w Liście do Koryntian mówi o człowieku uniesionym do trzeciego nieba. Ale w tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej bywa ich siedem, jak w Księdze Henocha. Czy to jest ten sam schemat co hermetyczny, tylko inaczej nazwany?
Przepraszam, że znowu z podstawowym pytaniem, ale co dokładnie miał Paweł na myśli mówiąc o trzecim niebie? Czy on uważał, że był tam naprawdę, fizycznie, czy metaforycznie? Bo on sam pisze, że nie wie czy w ciele czy poza ciałem.
Właśnie ta niemożność opisania wyższych stanów pojawia się we wszystkich tradycjach które tu omawialiśmy. Plotyn mówi o ekstazie jako wyjściu poza myśl. Kabała ma Ejn Sof jako to, o czym nic nie można powiedzieć. Taoizm zaczyna się od Tao które nie może być nazwane. Czy to jest po prostu granica języka, czy może te systemy opisują faktycznie tę samą rzecz, tylko z różnych stron?
To co Znachorz mówi o wskazywaniu przypomina mi coś z zenbuddhizmu, to słynne wskazywanie palcem na księżyc. Palec nie jest księżycem, ale bez palca trudno wiedzieć gdzie patrzeć. Może sfery, sefirot, czakry, to są wszystko różne palce wskazujące na tę samą niemożliwą do uchwycenia rzecz?
to co mówisz o strukturze drogi jest kluczowe, ale mam pytanie: czy nie jest tak, że liczba poziomów w każdym systemie wynika bardziej z kosmologii danej tradycji niż z realnej mapy doświadczenia? Innymi słowy, czy mistyk przechodzący przez siedem sfer hermetycznych naprawdę doświadcza czegoś innego niż kabbalista na ścieżce sefirot, czy tylko różni się język opisu?
Właśnie ten problem niedualistycznych doświadczeń u mistyków chrześcijańskich zawsze mnie zatrzymuje. Mistrz Eckhart i jego Grunt Duszy, albo Jan od Krzyża i jego nic, to są miejsca, gdzie system hierarchiczny jakby się załamuje i przestaje być drabinką do wspinania. Czy można w ogóle powiedzieć, że te tradycje mają sfery i poziomy, jeśli cel jest zniesieniem wszelkich poziomów?
To co Znachorz mówi o rusztowaniu bardzo do mnie trafia, bo sam to czuję w praktyce medytacyjnej. Mam wrażenie, że na początku potrzebuję jakiegoś schematu, czegoś do trzymania się, a im dalej, tym ten schemat robi się przezroczysty. Tylko nie wiem czy to znaczy, że schemat był prawdziwy i go przekroczyłem, czy że był sztuczny i go zostawiłem.
Bardzo dziękuję za tę wymianę, bo to jest właśnie coś czego szukałam w tym wątku. Mam pytanie do Leopolda i do Wieszczbiarki: czy w którymś z tych systemów, hermetyzm, kabała, neoplatonizm, jest cokolwiek o tym, co się dzieje gdy ktoś próbuje przejść przez sfery bez systemu? Tzn. bez inicjacji, bez nauczyciela, bez mapy?
Trochę się boję tego co Leopold napisał o zatrzymywaniu przez demony na niższych sferach. Czy to nie jest trochę tak, że te systemy celowo straszą żeby ludzie potrzebowali nauczyciela i nie próbowali sami? Może te straże to tylko metafora oporu wewnętrznego, a nie żadne realne byty?
