Zanotowałam sobie zdanie Modrzewki o 'organie percepcji'. To mnie zastanawia - czy to znaczy, że dwie osoby mogą mieć identyczny stan mózgowy, a jednak przeżywać coś fundamentalnie różnego? I jak w takim razie badania neuroobrazowania cokolwiek nam mówią o medytacji?
To jest otwarte pytanie w neurobiologii. Badania pokazują, że praktyki kontemplacyjne różnych tradycji mogą dawać podobne sygnatury w mózgu. Ale to nie mówi nic o treści doświadczenia. Dwa sny mogą mieć identyczną aktywność REM i być zupełnie inne. Neuroobrazowanie mierzy korelaty, nie znaczenie.
Ale w takim razie jak w ogóle ktokolwiek może twierdzić, że jego tradycja prowadzi gdzieś lepiej niż inna? Jeśli nie da się tego zmierzyć, to skąd to wiedzą?
To zdanie Kuni jest chyba najbliżej tego, co sama przeżyłam. Nie sprawdziłam logicznie, po prostu zaryzykowałam w jedną stronę dłużej i zobaczyłam co jest dalej. Nadal nie wiem, czy 'głębiej' znaczy 'prawdziwiej'. Ale wiem, że nie żałuję.
Wróćmy na chwilę do tego, co powiedziała Modrzewka o organie percepcji. Mam wrażenie, że to jest klucz do całej tej rozmowy, ale nie do końca to rozumiem. Czy chodzi o to, że medytacja zmienia coś trwale, czy tylko otwiera jakieś okno na czas praktyki?
Oba, ale nie równocześnie i nie u każdego tak samo. Krótka praktyka otwiera okno. Długa, prowadzona latami, zmienia sam organ - sposób, w jaki umysł podchodzi do doświadczenia zanim jeszcze zacznie je interpretować. W tradycjach kontemplacyjnych nazywa się to puryfikacją, oczyszczeniem, transformacją serca. Nazwy różne, ale coś podobnego zdaje się opisują.
Zwróciłbym uwagę na coś, co umknęło w tej dyskusji. Mówiliśmy dużo o stanach wewnętrznych, ale dhikr suficki jest przede wszystkim praktyką rytmiczną, cielesną. Powtarzanie imion Boga, często z oddechem, z ruchem całego ciała. To nie jest siedzenie w ciszy - to jest coś zupełnie innego sensorycznie. I to mnie ciekawi, bo zarówno vipassana jak i kontemplacja chrześcijańska są w porównaniu bardzo statyczne.
Myślę, że to pytanie o trasę kontra cel jest tutaj naprawdę otwarte. Bo jeśli ciało uczestniczy aktywnie, to czy wynikający z tego stan jest tym samym co cisza buddyjska? Zen ma koan, który angażuje umysł tak mocno, że można się nim dosłownie zmęczyć. Dhikr angażuje ciało. Kontemplacja chrześcijańska w formie lectio divina angażuje wyobraźnię. Może cel jest jeden, ale 'jeden' jest tu zbyt dużym uproszczeniem.
Przepraszam, że się wtrącam z czymś może oczywistym, ale nigdy nie słyszałam o lectio divina i nie bardzo wiem, co to jest. Czy to jest w ogóle medytacja, czy bardziej modlitwa?
To co opisujesz Kunia brzmi dla mnie znajomo, chociaż nigdy tego nie robiłam z tekstem. Mam coś podobnego kiedy siedzę z jednym obrazem przez dłuższy czas - nie analizuję go, po prostu jestem z nim. Nie wiem, czy to medytacja, czy coś innego.
Szczerze? Zdarzyło mi się z czymś zupełnie przypadkowym, kiedyś z plamą na ścianie. Ale efekt był inny niż z obrazem, który coś dla mnie znaczy. Trudno powiedzieć, czy to dlatego, że znaczenie otwiera jakieś drzwi, czy po prostu byłam bardziej skupiona.
To jest chyba najciekawszy moment tej rozmowy dla mnie. Plama na ścianie kontra ikona. Jeśli efekt jest różny, to co to nam mówi? Że świętość obiektu przekłada się na głębokość doświadczenia? Czy że to tylko nasze nastawienie, które sami wnosimy?
Czekaj, ale to co mówi Profeta implikuje, że chrześcijański kontemplator klęczący przed ikoną i buddysta wizualizujący jidama mogą wykonywać to samo ćwiczenie psychiczne. Czy ktokolwiek z tradycji chrześcijańskiej by się z tym zgodził? Bo brzmi jak herezja z ich perspektywy.
Mateusz Ricci w Chinach próbował czegoś podobnego, prawda? Szukał punktów stycznych między kontemplacją jezuicką a chińską praktyką. Nie pamiętam szczegółów, ale chyba trafił na jakieś podobieństwo i jednocześnie na mur, którego nie dało się przekroczyć.
Ale przecież gdybyście siedzieli razem w ciszy i oboje poczuliście spokój, to czy to nie wystarczy? Po co wyciągać z tego jakieś filozoficzne wnioski? Pytam poważnie, nie złośliwie.
To co mówi Strzaska o końcu drogi jako wyznaczającym ontologię - to mnie uderzyło. Bo jeśli buddysta mówi 'przebudzenie z iluzji jaźni', a chrześcijanin mówi 'zjednoczenie z osobowym Bogiem', to to nie są tylko różne słowa na to samo. To są dwa zupełnie różne punkty docelowe. Czy w takim razie w ogóle ma sens pytanie z tytułu wątku?
To porównanie z łopatą jest celne, ale nie jestem pewna, czy w pełni działa. Bo w praktyce kontemplacyjnej sposób i droga często kształtują to, do czego dochodzisz. Jeśli metoda jest podobna, może ona sama w sobie produkuje pewien wspólny obszar doświadczenia - niezależnie od tego, jak go potem interpretujesz w swojej tradycji.
Kunia, to jest właśnie to, co mnie trzyma przy tym pytaniu już od początku wątku. Mam wrażenie, że między 'stanem' a 'interpretacją stanu' jest jakaś szczelina. I że te tradycje mogą spotykać się właśnie w tej szczelinie - zanim jeszcze pojawi się język i doktryna. Tyle że nie wiem, jak to sprawdzić.
Sprawdzić się nie da, przynajmniej nie metodami, które mamy dostępne. Ale jest jeden fenomen, który warto tu przywołać: mistycy z różnych tradycji, gdy spotykają się po latach praktyki, często opisują coś, czego nie potrafią wyrazić w swoich własnych kategoriach, a jednak czują wzajemne rozpoznanie. To nie jest dowód, ale jest symptomem.
Przepraszam, że może trochę z boku, ale to co mówicie o tym wzajemnym rozpoznaniu - czy to nie dzieje się też na mniejszą skalę? Mam na myśli zwykłych ludzi, nie wielkich mistyków. Bo ja miałam raz taką rozmowę z kimś, kto medytuje buddyjsko i ja jakoś siedziałam z różańcem i obydwie siedziałyśmy w ciszy i potem żadna z nas nie chciała za bardzo mówić co czuła, bo wydawało się to nie do opisania. Czy to coś znaczy?
Ale czy to nie może być po prostu wspólne zmęczenie albo zakłopotanie? Pytam serio, nie złośliwie. Skąd wiadomo, że milczenie po praktyce to 'niemożność opisania głębokiego stanu', a nie po prostu brak tematu do rozmowy?
Wracając do dhikru, bo Profeta go wcześniej przywołał i trochę nam uciekł - jest jeden aspekt, o którym nie powiedzieliśmy. Dhikr nie jest tylko rytmem i ciałem. W wyższych formach, takich jak dhikr chafi, czyli cichy, przechodzi w stan bardzo zbliżony do tego, co chrześcijanie opisują jako skupienie wewnętrzne. Czy wtedy te tradycje są bliżej siebie?
To ciekawe, bo lectio divina też ma swoje etapy - od głośnego czytania, przez ciche, po milczenie. I buddyjska medytacja często zaczyna od liczenia oddechów, żeby potem puścić też i to. Jakby wszystkie te tradycje wiedziały, że człowiek potrzebuje czegoś do trzymania się na początku, zanim będzie mógł puścić.
Zina, to jest obserwacja, która mi coś otwiera. Może pytanie nie brzmi 'czy celują w ten sam stan', tylko 'czy znają ten sam problem człowieka' - że potrzebujemy drabiny, żeby potem drabinę odrzucić. I w tym sensie może diagnoza jest wspólna, nawet jeśli leczenie się różni.
To jest sformułowanie, które trafia w coś istotnego. Zen ma koan właśnie po to - żeby umysł się wyczerpał w próbie rozwiązania i sam puścił. Kontemplacja chrześcijańska mówi o 'ogołoceniu'. Dhikr doprowadza do fana - unicestwienia ego. Diagnoza: za bardzo jesteśmy sami sobą. Metoda: różna. Czy cel - też?
Ale 'puścić siebie' dla buddysty to rozpoznać, że jaźni nie ma. A dla sufiego to znaczy, że ja się rozpuszczam w Bogu, który jest pełnią. A dla chrześcijańskiego kontemplatorka, że moja wola upodabnia się do woli Boga, który pozostaje odrębny. To nie jest ten sam ruch, nawet jeśli słowo 'puścić' brzmi tak samo.
Słuchajcie, jestem tu najkrócej z was ze zrozumieniem tych tradycji, ale mam takie proste pytanie: czy ktoś z was, kto praktykuje cokolwiek z tego co opisujecie, ma jakieś własne doświadczenie z pogranicza? Że zrobiłeś coś z innej tradycji niż twoja i coś cię zaskoczyło?
