Dobra, to ja zacznę od siebie, skoro pytam. Próbowałem raz siedzieć cicho przez dwadzieścia minut, bo ktoś mi powiedział żebym po prostu obserwował oddech. Nie wiem czy to medytacja, czy kontemplacja, czy nic, ale coś się działo. Jakiś spokój, który potem szybko minął. Nie wiem jak to sklasyfikować i właśnie to mnie tu trzyma - bo wy rozróżniacie te tradycje, a ja doświadczyłem czegoś, zanim w ogóle wiedziałem jak to się nazywa.
Pytam serio, nie żeby oceniać. To co opisujesz - 'nic nie musi być rozwiązane' - ma zaskakujące odpowiedniki w różnych tradycjach. Budda opisywał coś podobnego jako wejście w spokój bez powodu. Chrześcijański kontemplator powiedziałby może 'spoczynek w Bogu'. Sufi - chwila fana. Różne słowa, ale to uczucie wypadnięcia z konieczności działania i myślenia - to się pojawia wszędzie.
Jaryla, to co opisałeś z tym siedzeniem bez nazwy - to jest chyba najczystszy eksperyment. Bo gdy nie wiesz jak coś się nazywa, nie możesz też 'wypełnić' doświadczenia oczekiwaniami. Mnie to trochę otwiera na pytanie, które wisi od początku wątku: czy terminologia pomaga, czy może właśnie przeszkadza dotrzeć do tego stanu?
Ale uwaga - brak terminologii nie oznacza braku interpretacji. Jaryla siedział i 'coś się działo'. To 'coś' już jest interpretacją. Umysł nie rejestruje czystego doświadczenia, zawsze coś do niego dorzuca. Więc pytanie czy możemy w ogóle rozmawiać o stanie bez jakiejś siatki pojęciowej?
Słucham tej rozmowy o 'czystości doświadczenia' i mam wrażenie, że trochę zapominamy o ciałach. Zarówno dhikr, jak i niektóre formy medytacji vipassana, jak i pewne stany kontemplacji chrześcijańskiej mają wymiar fizyczny - rytm, oddech, postawa. Czy to nie jest właśnie ta 'czysta' warstwa, wcześniejsza od interpretacji? Ciało reaguje zanim głowa cokolwiek nazwie.
Mnie uderza, że mówimy o tym jakby to była kwestia teorii, a ludzie którzy to praktykują często mówią zupełnie inaczej. Znam osobę, która jest katolicką mistyczką - w sensie, że praktykuje lectio i kontemplację od lat - i gdy rozmawiała z zazen-buddystką, to po godzinie obie siedziały w milczeniu i żadna z nich nie umiała potem opisać co się stało. Nie twierdzę, że to dowód na wspólnotę tych tradycji. Ale to nie był też przypadek.
Właśnie to zdanie 'nie było obce' - myślę, że to serce całego naszego wątku. Nie 'było identyczne', nie 'wiemy, że to samo', ale 'nie-obcość'. Może to jedyne uczciwe sformułowanie, na jakie możemy sobie pozwolić mówiąc o tych tradycjach razem. Że celują może w różne punkty, ale na drodze do tych punktów przechodzą przez coś rozpoznawalnie wspólnego.
Ale 'nie-obcość' to naprawdę niewiele. Dwie osoby mogą się rozpoznać w bólu głowy. To nie znaczy, że ich bóle są tożsame ani że mają ten sam powód. Nie chcę tu gasić tej obserwacji, bo jest piękna - ale myślę, że jako kryterium to za mało, żeby powiedzieć że tradycje 'celują w ten sam stan umysłu', jak brzmi tytuł tego wątku.
Zostajemy z otwartym pytaniem - i chyba tak ma być. Mam wrażenie, że każda tradycja, o której tu mówiliśmy, sama też zostawia adeptów z otwartym pytaniem na końcu drogi. Może to nie przypadek, że rozmowa o nich ma tę samą strukturę co one.
To zdanie Baska54 o 'nie-obcości' siedzi mi w głowie. Mam wrażenie, że to jest jakiś klucz, ale nie potrafię go do końca uchwycić. Czy to znaczy, że te stany są rozpoznawalne mimo różnic kulturowych, bo dotykają czegoś co jest w nas przed kulturą? Przepraszam jeśli to naiwne pytanie, ale nie umiem tego sformułować inaczej.
Zapisuję sobie to rozróżnienie, bo myślę że to jest właśnie ten punkt, gdzie wątek się rozgałęzia. Z jednej strony mamy doświadczenie - które może być podobne. Z drugiej interpretację - która jest radykalnie różna. I trzecia warstwa: praktykę, która je poprzedza i po nich następuje. Czy te trzy warstwy można w ogóle rozdzielić? Bo może właśnie dlatego tak trudno odpowiedzieć na tytuł tego wątku.
Mam pytanie może trochę z boku, ale wydaje mi się związane. Wspominaliście dhikr i kontemplację i medytację - ale czy ktoś tu faktycznie praktykuje więcej niż jedną z tych rzeczy? Albo praktykował i zmienił? Bo czytam tu dużo teorii i zastanawiam się jak to wygląda od środka kiedy naprawdę przeszedłeś z jednej tradycji do drugiej.
Właśnie 'rozpadanie się' kontra 'patrzenie' - to jest coś. W kontemplacji chrześcijańskiej jest jeszcze trzecia metafora: 'zatopienie'. Jan od Krzyża pisał o ciemnej nocy, gdzie nie ma ani patrzenia ani ruchu, jest tylko... brak. I to jest cel. Więc mamy trzy różne obrazy dla trzech tradycji i wszystkie trzy twierdzą, że to prowadzi do zjednoczenia. Ale to muszą być jednak różne drogi, skoro są tak różnymi metaforami.
Słucham i myślę o tej katoliczkce i buddystce, o których pisałam. One nie porównywały metafor. Nie rozmawiały o języku. Po prostu siedziały. I rozpoznały coś w sobie nawzajem. Może właśnie dlatego, że nie próbowały tego nazwać, mogły się spotkać.
Szczerze? Im dłużej czytam tę rozmowę, tym bardziej mam wrażenie, że pytanie z tytułu jest może źle postawione. Nie 'czy celują w ten sam stan' tylko 'czy jest jakiś stan w ogóle, do którego się celuje'. Bo może medytacja, kontemplacja i dhikr to nie są łuki wystrzelone w ten sam cel, tylko trzy różne sposoby na to, żeby przestać strzelać.
To co powiedziała Strzaska jest naprawdę ważne i chcę to rozwinąć. Nawet w ramach jednej tradycji - buddyzmu - są szkoły, które powiedzą, że nie ma żadnego celu, i szkoły, które mają bardzo precyzyjnie opisane stany jhany. Więc pytanie czy różne tradycje celują w to samo nie jest nawet jednolite wewnątrz jednej tradycji. To problem wielowarstwowy.
Czytam od dłuższego czasu i mam takie wrażenie, że wy tu wszyscy mówicie o czymś bardzo głębokim, a ja dopiero zaczynam rozumieć co to w ogóle jest ta kontemplacja. Czy ktoś mógłby powiedzieć - naprawdę prosto - czym różni się siedzenie w ciszy jako medytacja od siedzenia w ciszy jako kontemplacja? Bo z zewnątrz wygląda tak samo.
To co mówi Kunia o 'darach' jest dla mnie kluczowe i chcę zapytać: czy ktoś tu miał doświadczenie, gdzie coś z medytacji lub kontemplacji przyniosło coś konkretnego do codzienności? Nie teorię, tylko coś żywego. Bo myślę, że to jest też część odpowiedzi na tytuł - nie tylko co jest 'w środku' tych praktyk, ale co z nich wynika na zewnątrz.
To pytanie Ziny wisi i mam wrażenie, że warto na nie odpowiedzieć zanim pójdziemy dalej. Sama zacznę: zaczęłam kilka lat temu od bardzo prostej praktyki - siedziałam i liczyłam oddechy, żadnej tradycji, żadnego nauczyciela. I po jakimś czasie zaczęłam inaczej reagować na złość. Nie spokojniej w sensie 'wyłączonej emocji', ale z jakimś opóźnieniem między bodźcem a reakcją. Jakby był tam oddech. Nie wiem czy to jest dowód na cokolwiek, ale jest żywe.
Zina, to co opisujesz z tym 'opóźnieniem' - ja to czuję dokładnie tak samo po swoich praktykach i nigdy nie umiałam tego nazwać. To jest właśnie ta przestrzeń, o której czytałam, ale nie wierzyłam że naprawdę istnieje. Czy to opóźnienie pojawia się zawsze, czy tylko w pewnych sytuacjach?
To rozróżnienie między stanem a nawykiem jest naprawdę ważne i myślę, że właśnie tu rozchodzą się buddyzm i kontemplacja chrześcijańska na poziomie praktycznym. W vipassanie mówi się o treningu uwagi - czyli nawyku. W tradycji hezychazmu mówi się o łasce - czyli czymś, czego nie można wypracować. Dhikr jest gdzieś pomiędzy: jest rytm, jest powtórzenie, jest ciało, ale sufich powiedzą, że Bóg musi odpowiedzieć. Czy nawyk to właściwe słowo dla czegoś, co może nie zależeć od praktykującego?
To co Profeta mówi o szybie i świetle - to jest chyba pierwsza metafora w tym wątku, która mnie naprawdę złapała. Bo dotychczas miałem wrażenie, że kontemplacja to coś co robisz, a tu nagle wychodzi, że to coś co przestajesz robić. Czy dobrze rozumiem?
To jest świetne pytanie i myślę, że odpowiedź zależy od szkoły sufickiej. W niektórych nurtach dhikr zaczyna się od głośnego powtarzania, a zmierza ku ciszy wewnętrznej - jakby słowo samo siebie zużywało. Rumi pisał o tym, że język jest drabiną, którą w końcu odrzucasz. Ale są też takie ujęcia, gdzie forma nigdy nie znika - bo Bóg jest bliski przez Imię, nie poza Imieniem.
Sennica, to co opisujesz o języku jako drabinie - mam poczucie że ta metafora łączy się z tym, co wcześniej mówiliśmy o rezygnacji z celu. Bo drabina jest po to, żeby ją odrzucić. Ale żeby ją odrzucić, musisz najpierw na nią wejść. Może właśnie dlatego wszystkie te tradycje mają formy i rytuały - nie jako cel, ale jako wejście?
Właśnie ta myśl o formie jako wejściu, a nie celu - to jest coś, co słyszę też w tradycji zen. Koan jest bzdurą logiczną, ale rozwiązujesz go przez siedzenie z nim tak długo, aż coś odpada. Forma jest po to, żeby cię zmęczyć ze swoją własną logiką. Czy to jest podobny mechanizm do tego, o czym mówi Sennica o dhikrze?
To pytanie o różnicę między 'zanik w Bogu' a 'zanik pusty' - ja to czuję jako coś bardzo istotnego, choć nie potrafię tego dobrze uzasadnić. Kiedy siedzę cicho i jest po prostu cisza, to jest inne uczucie niż kiedy ta cisza jest do kogoś skierowana. Nawet jeśli wynik wygląda podobnie z zewnątrz.
To co Baska mówi o niewyzerowaniu siebie - to jest jeden z argumentów, którym posługuje się Katz w debacie o mistycyzmie. Twierdzi, że nie ma 'czystego doświadczenia' poza kontekstem - zawsze widzisz przez soczewkę tradycji, języka, oczekiwań. Ale Stace mu odpowiada, że rdzeń doświadczenia jest wspólny, a kontekst tylko opakowuje. I ta debata trwa od dekad bez rozstrzygnięcia. Co ciekawe - obaj mają rację w pewnym sensie i obaj pewnie medytowali znacznie mniej niż dyskutowali.
